Kaznodzieja tom 1 – recenzja komiksu

Jedną z najważniejszych komiksowych wiadomości tego roku było wznowienie przez Egmont kultowej w wielu kręgach serii Kaznodzieja, wydanej już raz w latach 2002 – 2007, lecz już dawno wyprzedanej i osiągającej zawrotne, astronomiczne ceny na portalu na literkę „A”. O nową edycję dopominały się rzesze fanów tej obrazoburczej, bardzo wulgarnej i nie uznającej żadnych świętości opowieści i ich modły zostały w końcu wysłuchane. W czerwcu ukazał się pierwszy z sześciu tomów twardoookładkowej edycji zbiorczej. Sprawdzamy, czy wspólne dzieło Gartha Ennisa i nieodżałowanego Steve’a Dillona po latach nadal robi takie wrażenie. Ale ostrzegam – to historia wyłącznie dla dorosłych czytelników.

Strona komiksu Kaznodzieja tom 1

Bohaterem tej opowieści jest Jessie Custer, małomiasteczkowy kaznodzieja, który ma problem z poszukiwaniem Boga. Przeszłość naszego protagonisty odmalowana jest w bardzo mrocznych barwach – utrata rodziców w brutalnych okolicznościach, alkohol, seks, bolesne rozstania, wreszcie trauma z dzieciństwa, wynikająca z obcowania z fanatyczną babką. Życie Jessiego zmieni się jednak na zawsze, kiedy zostanie wybrany przez tajemniczą siłę zwaną Genesis, stanowiącą efekt współżycia anioła z demonem. Wnikając w ciało Custera, potężny byt obdarzył go jednocześnie ogromną mocą wpływania na innych za pomocą słowa. Słowa Bożego. Od tej pory wystarczy, że kaznodzieja coś komuś nakaże, a ten będzie musiał to zrobić. Tu warto zaznaczyć, że w takim przypadku naprawdę trzeba uważać na słowa, bo niefortunnie wypowiedziane „pie**ol się” może zostać odebrane wyjątkowo dosłownie.

Już na początku opowieści Jessie łączy siły ze swoją byłą partnerką Tulip, obecnie dorabiającą jako cyngiel, a także Cassidym, wyjątkowo cynicznym wampirem, który lubi sobie golnąć, pogadać o seksie i wyżłopać czyjąś krew prosto z gardła. Groteskowe trio rozpocznie w pierwszym tomie podróż przez USA, której celem będzie – uwaga – odnalezienie Boga. Niekoniecznie w duchowym znaczeniu, bowiem Stwórca po prostu rzucił wszystko w cholerę, zostawiając niebo bez opieki. Na swojej drodze nasi bohaterowie spotkają niesamowite indywidua, które narodziły się w głowie Gartha Ennisa. Dla przykładu będą to demoniczny rewolwerowiec zwany Świętym od Morderców, dzieciak, który wzorem Kurta Cobaina włożył sobie lufę do ust, czyniąc sobie na twarzy takie spustoszenie, że teraz nazywany jest Gębodupym, czy gnieżdżący się w umyśle Jessiego duch Johna Wayne’a!

Strona komiksu Kaznodzieja tom 1

Siła oddziaływania Kaznodziei wciąż jest ogromna, teraz może nawet jeszcze bardziej niż kiedyś. Seria jest bezkompromisowa, groteskowo brutalna, miejscami niezwykle zabawna, ale i zdarza jej się zwolnić i zmusić czytelnika do refleksji. Ta różnorodność wspaniale współgra z konsekwentnym budowaniem świata przez twórców. Chociaż początkowo dość trudno było mi się „wkręcić”, tak każdy kolejny rozdział pochłaniałem z coraz większym zapałem, a kiedy wreszcie przerzuciłem ostatnią stronę, autentycznie pożałowałem, że to już koniec. A to rzadkość.

Scenariusz powoli odsłania kolejne wątki, czasem wracając do przeszłości, innym razem skupiając się na interesujących, tylko z pozoru nieistotnych postaciach pobocznych. W tle, na drugim planie, dzieje się bardzo dużo, a wszystko stanowi ciekawą i co najważniejsze spójną całość. Duża w tym zasługa warstwy graficznej, stworzonej przez zmarłego w zeszłym roku ilustratora Steve’a Dillona. I chociaż nie wszystkie prace tego artysty są doceniane (vide Thunderbolts), to, co wyczynia w Kaznodziei jest klasą samą w sobie. Styl rysownika jest dość prosty i kanciasty, ale w miarę możliwości realistyczny, chociaż o zachowanie tej ostatniej cechy naprawdę ciężko, szczególnie w przypadku takiej psychodelicznej fabuły.

Strona komiksu Kaznodzieja tom 1

Właściwie wszystko w Kaznodziei ma niezwykłą moc przyciągania i bardzo mi się podobało: zarówno pierwszo i drugoplanowe postacie, fabuła, rysunku, humor, czy doskonałe okładki poszczególnych zeszytów. Oprócz oczywistej chęci jak najszybszego sięgnięcia po kolejne tomy, naszła mnie też ochota na obejrzenie serialu stacji AMC, który zadebiutował w ubiegłym roku, zdobywając umiarkowane, ale nie pozbawiające nadziei recenzje. Drugi sezon właśnie zadebiutował i podobno widać znaczącą poprawę. Do poziomu komiksowego oryginału oczywiście nadal sporo brakuje, niemniej jednak obrany kierunek wygląda na dobry.

Podsumowując: Kaznodzieję trzeba znać. Oczywiście nie każdemu klimat komiksu przypadnie do gustu, z pewnością obrazi uczucia religijne niejednego odbiorcy, dobrze byłoby też zabezpieczyć go przed dziećmi, jednak ta groteskowa, mroczna i brutalna opowieść drogi ma w sobie coś, czego brakuje wielu współczesnym dziełom. Jestem jak najbardziej na tak i czekam z niecierpliwością na kolejne tomy.

Okładka komiksu Kaznodzieja tom 1

Tytuł oryginalny: Preacher vol 1
Scenariusz: Garth Ennis
Rysunki: Steve Dillon
Tłumaczenie: Maciej Drewnowski
Wydawca: Egmont 2017
Liczba stron: 348
Ocena: 95/100

Zastępca redaktora naczelnego

PR-owiec, recenzent, okazjonalnie tłumacz. Kocha kino, seriale, książki, komiks i gry. Kumpel Grahama Mastertona. W MR odpowiedzialny za dział Popkultura.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?