Informacja o plikach cookies

Nasz portal korzysta z plików cookies. Pozostając na Movies Room wyrażasz zgodę na korzystanie z tych plików i podobnych technologii. Czytaj więcej…

Zrozumiałem
  • Zaloguj się
  • Zarejestruj
  • Połącz z Facebook
reklama-ama-artykuly-top

Spis treści

W sztuce każdy jest złodziejem. Kubrick kradł od Maxa Ophülsa, Lynch od Buñuela, a wszyscy od Fritza Langa. W sztuce puzzle są zawsze takie same, ale starasz się je układać po swojemu.

Sztuka jest wszakże dziedziną wtórną, przetwarzającą zastane schematy, non stop sięgającą do dorobku czasów minionych. Swego czasu Nietzsche pokusił się nawet o teorię, iż sztuka, jej oryginalność i zdolność do tworzenia ponadrzeczywistych światów, sięgnęła swych kresów już dawno, dawno temu, wraz z nadejściem filozofii sokratejskiej, względnie platońskiej. I choć nie nam rozstrzygać, ile w tej myśli jest prawdy i czy rzeczywiście od czasów starożytnej Hellady nikt nie zabrał nas do artystycznej Nirvany, to z pewnością słusznie zwraca ona uwagę na aspekt odtwórczości sztuki. I to jest fakt. Postmodernistyczna myśl filmowa starała się wprawdzie zatrzeć wszelkie granice, uczynić z filmu nurt ahistoryczny i aformalny, ale i ona ostatecznie wpadła w sidła tak zwanego efektu déjà vu. Konstrukcja fabularna, narracja, zabiegi stylistyczne – to wszystko już było, a twórcy w mniej lub bardziej zgrabny sposób żonglują doświadczeniami swoich kolegów po fachu. W kinie komercyjnym zależność ta przejawia się między innymi w wszechogarniającej modzie na sequele, prequele, czy rebooty, a w kinie artystycznym czy też autorskim w estetycznych cytatach bądź konwencjach. Jednak to nie tyczy się wyłącznie samych filmowców. Spójrzcie bowiem, jak my - kinomani - zwykliśmy oceniać wszelkie nowe zjawiska zachodzące w świecie kina. Czy to nowy aktor, czy reżyser, czy film, zawsze poszukujemy jego sedna w przeszłości. Wiecznie staramy się je opisać za pomocą znanych już cech i kategorii. Na tej zasadzie przez ostatnie kilkadziesiąt lat przemknęło nam przed oczyma mnóstwo nowych Marlonów Brando, czy Alów Pacino, a slogany typu "nowy film reżysera Gladiatora" (przypadkowy film – nie sądzę, aby akurat Ridley Scott musiał w ten sposób się reklamować) urastają do rangi chleba powszedniego. Jak więc w takich realiach odnajduje się jednostka, indywiduum, które pragnie związać swoją karierę z przemysłem filmowym? Czy jest ona skazana na bierne podporządkowanie się istniejącej materii? Czy musi dźwigać na swoich barkach brzemię przeszłości? Czy może ona nas czymś zaszokować, wywrócić nasze postrzeganie rzeczywistości do góry nogami i sprawić, aby po seansie widzowie z podziwem na twarzy wypowiadali słowa: "zaiste, ten gość ma grande cojones"?

nicholas winding refn 001 fists up and punching at camera 1000x750Fot. BFI / Nicolas Winding Refn

Jedną z możliwych odpowiedzi na te pytania zaserwował nam Nicolas Winding Refn, którego powyższa wypowiedź w prosty acz dosadny sposób opisuje wyznawany przezeń etos reżyserski. Duńczyk, mawiający o sobie per "reżyser z przyszłości", przyzwyczaił nas nie tylko do nonszalancji i tupetu, z jakimi opisuje swą wizjonerię, ale również do odwagi, kiedy przychodzi mu dywagować nad stanem dzisiejszej oraz dopiero nadchodzącej kinematografii. Jego zdaniem to właśnie indywidualność już wkrótce stanowić będzie o sile filmu jako takiego i tylko indywidualność zapewni twórcom przetrwanie i - co nie mniej ważne - popyt na filmowe dzieła. Nie ważne bowiem, czy twór wzbudzi powszechną fascynację, czy doprowadzi widzów do konwulsji oraz grypy żołądkowej, i tak zaznaczy swoją obecność w ich świadomości. Bo sztuka powinna przede wszystkim szokować, pobudzać do akcji lub reakcji, dzielić wręcz opinię publiczną na dwa obozy. I w tym kontekście należy przyznać Refnowi sporą dozę konsekwencji oraz symetrii słów względem czynów, gdyż ostatnie jego dzieła rzeczywiście podpisywały się pod takim rozumowaniem czterema rogami kadrów. Wszystkie filmy następujące po przełomie stylistycznym (bo taki u Refna nastąpił, choć jego istnienie zweryfikuje dopiero historia), którego początku należy upatrywać wraz z premierą filmu Valhalla: Mroczny wojownik, celowały w czystą ekspresję, zabawę z formą, przeestetyzowane kadry i zdjęcia oraz hipnotyzujące barwy (no może poza Drive, które jako jawny flirt z Hollywood, nie mogło być tak dosłowne). Jednocześnie oskarża się je o klasyczną przypadłość przerostu formy nad treścią, porzucenie spójności fabularnej na rzecz fetyszyzowania estetyki i brodzenie po intelektualnej płyciźnie. W skrócie rzecz ujmując – jedni Refna kochają, inni szykanują. Dla jednych kolorystyczna wyrazistość i otrzymywanie po oczach nieustającą wiązką neonów wystarczy, aby wystawić filmowi filmwebową ocenę 9/10, podczas gdy dla drugich będzie to nic innego jak pretensjonalny krzyk wołający o uznanie pseudoartystycznych zapędów. Oczywiście upraszczam w tym momencie sprawę, lecz mniej więcej tak rysuje się obraz stosunków pomiędzy zwolennikami oraz przeciwnikami stylu Refna.

tnd9324 copyFot. Amazon Studios

Zobacz również: Koszmar związany z oceną i krytyką filmów. Czy istnieje idealny system?

Tak czy owak, zaprzeczeniu w tej dyskusji nie może ulec chyba tylko jeden fakt – wspomniane elementy warsztatu reżyserskiego Duńczyka istnieją i, co sam twórca zdążył nam zakomunikować, bynajmniej nie są oderwane od kontekstu historycznego. Choć sam Refn unika "zaszufladkowania" jak ognia, to nie sposób ukryć bezpośredniej inspiracji reżysera konkretnymi dokonaniami Kubricka, Lyncha i Jodorowskiego. I to wcale nie w małej ilości. Potwierdzałoby to zatem jego słowa o "układaniu identycznych puzzli wedle własnego mniemania", jednak jednocześnie stworzyłoby problem interpretacyjny w innej kwestii. Otóż czy przez indywidualizm i oryginalność sztuki rozumiemy wkład własny w jej ewolucję i rozwój, czy jedynie umiejętne posługiwanie się zastanym materiałem? Czy bycie wyjątkowym oznacza przysłowiowe wymyślanie prochu, czy raczej montowanie wcześniej widzianych obrazów w nieco odmienny sposób? A może to właśnie to innowacyjne spojrzenie na dorobek poprzedników jest miarą oryginalności? Ale wobec tego, czy możemy uznać sztukę za dziedzinę zakończoną, kompletną? Skoro - jako rzecze Refn - "wszyscy kradną od Fritza Langa", to czy w kinematografii już dawno powiedziano ostatnie słowo, a cała reszta jest wyłącznie swoistym odpryskiem i wariacją na jego temat? Pytań cała masa, a odpowiedzi na razie brak. Postarajmy się więc co nieco rozjaśnić sytuację na przykładzie twórczych inspiracji Nicolasa Windinga Refna.

Wiesz, co z tym zrobić


Tomasz Małecki

Tomasz Małecki

Redaktor

O mnie:

Najbardziej tajemniczy członek redakcji. Nikt nie wie, w jaki sposób dorwał status redaktora współprowadzącego dział publicystyki i prawej ręki rednacza. Ciągle poszukuje granic formy. Święta czwórca: Dziga Wiertow, Rene Clair, Luis Bunuel i Stanley Kubrick.


Więcej informacji o:

Powiedz coś tutaj...
Odrzuć
Zaloguj jako ( Zalogować ? )
albo wyślij jako gość
Wczytywanie komentarza... The comment will be refreshed after 00:00.

Be the first to comment.

MOVIES ROOM POLECA

Najnowsze Wiadomości

Polub nas

reklama-ama-artykuly-top

© 2016 MOVIESROOM.PL · Wszystkie prawa zastrzeżone · Korzystanie z serwisu jest równoznaczne z akceptacją regulaminu.