UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Używamy informacji zapisanych za pomocą plików cookies w celu zapewnienia maksymalnej wygody w korzystaniu z naszego serwisu. Mogą też korzystać z nich współpracujące z nami firmy badawcze oraz reklamowe. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij na "zrozumiałem" na dole tej informacji. Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce. Czytaj więcej…

Zrozumiałem
  • Zaloguj się
  • Zarejestruj
  • niebawem również
  • Połącz z Facebook

Katowicki event niewątpliwie należy do specyficznych. Czarne Konie, czyli główne nagrody, wybiera się tu spośród filmu, animacji, gier i wideoklipów, jest więc w czym przebierać. Jak sama nazwa festiwalu sugeruje, jest to oczywiście twórczość niezależna. Pomimo imponującej liczby wydarzeń i koncertów, jak to zawsze bywa przy tego typu wydarzeniach – nie da się być na wszystkim. Na szczęście plan był ułożony na tyle sensownie, że bez problemu można było wziąć udział we wszystkich konkursowych pokazach. Uwzględniono nawet powtórki niektórych setów wideoklipów i animacji dla tych, którzy z jakichś powodów nie zdołali pojawić się na pierwszej projekcji. Całość zgrabnie łączy wernisaż gier wideo, do którego można było zajrzeć między poszczególnymi seansami. Każdy dzień festiwalu obfitował w koncert tudzież występ artystyczny oraz afterparty. Jest co robić? Ano jest.

ars independent 2016

Organizatorzy nie mogli chyba wymarzyć sobie lepszego otwarcia festiwalu niż koncert M.O.O.N. Artysta z popularnego ostatnimi czasy nurtu new retro wave, znany głównie z miażdżącego basem soundtracka do gry Hotline Miami zagrał w Polsce po raz pierwszy. Zaskoczeniem okazał się prawie dwugodzinny set artysty, który wybiegł daleko poza ramy utworów znanych z gry.

Ars independent koncert moonFot. Materiały prasowe

Prawdziwy festiwal zaczął się jednak następnego dnia, kiedy to ruszyły projekcje filmowe, czyli to, co interesuje nas tutaj najbardziej. Pomimo tego, że ludzi było dość sporo, w żaden sposób nie dało się odczuć tłoku. Na pierwszy seans przyszedłem praktycznie na styk, mimo to udało mi się znaleźć miejsce, które na tamtą chwilę wydawało mi się idealne. Oczywiście nic bardziej mylnego. Ciąży nade mną swego rodzaju klątwa, która  ingeruje w wszechświat sytuując centrów drużyny koszykarskiej miejsce przede mną, tudzież kliniczny przypadek nerwicy natręctw zaraz obok mnie. Jeśli na sali kinowej znajduje się anomalia, to zazwyczaj siedzi obok mnie. W tym wypadku była to nieustannie śmiejąca się wniebogłosy kobieta miejsce dalej. Nie zrozumcie mnie źle, Maquinaria Panamericana to film, który posiada swój specyficzny humor i satyrę, więc reakcja w postaci śmiechu jest momentami jak najbardziej na miejscu. Dostawanie jednak po twarzy wokalnym sierpowym co kilkanaście sekund z byle powodu nie pozwala zbytnio zaangażować się w seans. Na szczęście po kilku upomnieniach nareszcie mogłem w spokoju cieszyć się seansem. A było czym. Autor filmu Joaquin del Paso, którego mieliśmy okazję poznać osobiście, pojawił się zarówno na seansie, jak i na krótkiej sesji Q&A po projekcji. Reżyser z meksyku stworzył film o wielu rzeczach, przede wszystkim jest w nim swego rodzaju krytyka kapitalizmu oraz ukazuje on przywiązanie do pracy i wszelkie z nią związane nawyki pracowników. Przed seansem reżyser wyznał, że poznał się trochę na kulturze śląska, zauważył więc nasze podejście do pracy i liczył, że znajdziemy w filmie rzeczy do których możemy się odnieść. Jest to produkcja przemyślana, porusza wiele tematów nie robiąc tego natrętnie. Nawet bez wyłapania drugiego dna i wszystkich tych metafor, film ogląda się po prostu dobrze. Sam motyw zamknięcia i izolacji w miejscu pracy oraz zmiany zachodzące wśród bohaterów przypominają bardzo twórczość Bunuela, zwłaszcza pozycje takie jak Anioł Zagłady czy Dyskretny urok burżuazji. Tematyka jest oczywiście nieco inna, ale dynamika między postaciami zmieniająca się stopniowo z biegiem filmu działa na podobnej zasadzie.

Kolejny seans poprzedziło ostrzeżenie, bowiem osoba zapowiadająca film z góry założyła, że część widzów może nie dotrwać do końca spektaklu. Oczywiście nie mogło mnie to zachęcić bardziej. Proroctwo jednak się spełniło. Przez większość czasu widzowie wytrwale śledzili losy bohaterów, jednak długa scena, w której bohater zaczął wkładać poszczególne przedmioty do pochwy bohaterki, nie obeszła się bez dźwięku otwieranych drzwi kinowych. Z początku wyszła jedna osoba, później w jej ślady nieśmiało poszło kilka kolejnych. Reżyserski debiut Lee Seung-Wona pt. Komunikacja i kłamstwa okazał się jednak moim bezapelacyjnym faworytem festiwalu. To dość nietypowa historia dwóch osób z bagażem ciężkich doświadczeń i psychicznego zmęczenia, których losy zderzyły się i zaowocowały w powiedziałbym nawet bardziej nietypową relację. Obraz przykuwa uwagę już od pierwszych długich scen, częstych ujęć tzw. z ręki oraz rzadko używanego dzisiaj kadru w formacie 4:3. Nie jestem do końca w stanie stwierdzić, co sprawiło, że tak bardzo zaangażowałem się w losy bohaterów. Stawiam na całokształt poszczególnych środków przekazu i formy, wybór konkretnych scen, także tych, które stanowiły retrospekcję. Obraz cierpliwie buduje postacie przeplatając główny wątek z retrospekcjami. Nawet sceny, które z pozoru wydaję się być wyrwane z kontekstu, w jakiś sposób składają na tworzenie portretu bohaterów. Nic tutaj tak na prawdę nie jest czarne albo białe. Po każdym seansie wychodząc na papierosa lubię wyłapywać pojedyncze opinie ludzi opuszczających sale kinowe. Zazwyczaj są to krótkie jednozdaniowe stwierdzenia pokroju fajny/niefajny. Po seansie byłem jednak zaskoczonym jak różnorodnie został odebrany film. Obraz nawet nie sugeruje jakoś natarczywie wielu interpretacji fabularnych czy symboliki, mimo wszystko zdołał wywołać wśród widzów aż tyle różnych emocji, co czyni go wartym polecenia dla każdego, kto lubuje się w takich filmowych doświadczeniach.

Old Stone to jeden z dwóch filmów na festiwalu oprócz Maquinarii, które były względnie łatwe w odbiorze. Poprzez łatwe w odbiorze rozumiem brak powykręcanej formy i zawiłości w interpretacjach. Jest to całkiem udany mix kina azjatyckiego połączonego z amerykańskimi kliszami thrillerów. Całość dobrze współgra z tłem zatłoczonych uliczek i chińskiej, przepełnionej papierosowym dymem biurokracji. Nasz główny bohater zmaga się z chińskim prawem i ubezpieczeniowym absurdem, wpędzając go w finansowe kłopoty po wypadku, który domniemanie spowodował. Już w pierwszych minutach film uraczył nas dość oczywistym foreshadow. O ile pomarańcze w Ojcu Chrzestnym czy krzyżyki w pierwszym Scarface należą do subtelnych, tutaj wyszło dość dosadnie. W szeroko pojętym kinie ambitnym zazwyczaj nie ma przypadkowych scen, więc kiedy słyszymy audycję radiową mówiącą o konkretnym zdarzeniu, jako, że jest to początek filmu i nic się jeszcze nie wydarzyło, jest dość oczywiste, że tak będzie wyglądał koniec. Nie przeszkadza to jednak w oglądaniu, reżyser wiele razy zbija nas z tropu, rzucając głównemu bohaterowi kolejne przeszkody. Z biegiem filmu stopniowo zmienia się też moralność naszego protagonisty. Finansowy impas, presja najbliższych i trudne wybory kształtują naszego bohatera praktycznie przez cały seans. 

Wracając do filmów dziwnych i dziwniejszych, Motel Mist z całą pewnością należy do tych drugich. Jeśli miałbym streścić fabułę filmu w jednym zdaniu to byłoby to połączenie pedofilskich fetyszy BDSM z kosmitami. Jakkolwiek kuriozalnie to brzmi, obraz zaskakuje świetnymi zdjęciami, wzorowym zastosowaniem szerokiego kadru i wszechogólnej estetyki. Prowadzone są tu jakby dwa równoległe wyżej wspomniane wątki momentami, przeplatając się ze sobą w tytułowym motelu. Wątek nadprzyrodzony filmu, czyli właśnie ci domniemani kosmici, burzy jednak trochę konwencję filmu. Jednym się to spodoba, inni uznają to za niepotrzebny zabieg. Motyw ten balansuje pomiędzy przekazaniem szczątkowej treści o zagładzie cywilizacji, a całkowitą abstrakcją. Jeśli by pójść śladem całkowitej abstrakcji, film byłby czysto estetycznym przeżyciem. Nie mniej jednak widowisko absorbuje widza w całości. Decyzję o tym, czy nam się podobał czy nie, podejmujemy dopiero po seansie, w trakcie trwania projekcji jesteśmy w transie.

Dziwne Dni, to kolumbijska produkcja w stylu sceny z życia, czyli przyglądamy się, w tym przypadku, parze imigrantów mieszkających w Buenos Aires W przeciwieństwie do Komunikacji i Kłamstw, gdzie dogłębnie analizowaliśmy historię i przemianę głównych bohaterów, Dziwne dni skupia się bardziej na samym aspekcie relacji między nimi. Jest w obrazie jakaś młodzieńcza wolność i energia która udziela się widzowi. Z racji tego, że główna para raczej sprawia wrażenie outsiderów, ciężko jest się bardziej zaangażować się w ich losy. Wielu może znaleźć kilka odniesień do swoich własnych doświadczeń, mimo wszystko jest to jednak widowisko puste, pozbawione emocji. Główni bohaterowie odcinają się zarówno od otoczenia jak i od widza, którego rola sprowadza się do biernej obserwacji z trzeciej osoby. Mimo wszystko, z pośród wielu obrazów tego typu, ten wyróżnia się naturalnością i swoistą lekkością w narracji. Poszczególne sceny są wybrane dość sensownie, każda kolejna buduje intymny portret związku głównych bohaterów.

Przed każdym seansem wyświetlany był krótki filmik, w którym reżyser krótko opisywał swoje dzieło, dziękując zarazem za udział w konkursie. Niby nic, ale nadaje jednak festiwalowi osobistą otoczkę. Grecka reżyserka filmu Piekielne Słońce zachęciła wręcz w swoim nagraniu do odezwania się na jej facebookowm profilu w celu podzielenia się opinią o filmie. Potrzebowałbym mimo wszystko obejrzeć produkcję jeszcze raz, aby wyrobić sobie o niej konkretne zdanie. Pomimo fantastycznych zdjęć, obraz stracił moje skupienie już gdzieś w połowie projekcji. Nie jestem do końca pewien, czy to kwestia mojego nastawienia, które minęło się z ekranowym klimatem, czy po prostu powolna narracja, która mozolnie buduje napięcie. Przez większość czasu po prostu czekałem, aż twórca uraczy mnie czymś więcej niż szczątkiem informacji, aby wyeliminować moje oczekiwania, które w końcu nie zostały spełnione. Nie można jednak odmówić autorowi sposobu, w jaki zobrazował tytułowe piekielne słońce i wszechobecny upał. Z ekranu wręcz wylewa się gorąc, dający się we znaki głównym bohaterom. Zaraz po seansie czułem jednak zmęczenie. Nie tyle co film mnie mnie wynudził, ale jakoś nie pozwolił mi zaangażować się bardziej. Z biegiem czasu poczułem jednak chęć powrotu, obejrzenia jeszcze raz, aby tym razem spojrzeć na niego pod innym kątem. Odnoszę wrażenie, że jest to obraz, który może się okazać  rewelacyjnym doświadczeniem, którego po prostu nie byłem częścią podczas pierwszej projekcji.

Raz jeszcze pełna lista wzsystkich laureatów oraz zwycięzcy festiwalu w kategorii Czarny Koń filmu

  • MAQUINARIA PANAMERICANA Joaquin del Paso, MEX / POL 2016 90′
  • KOMUNIKACJA I KŁAMSTWA Lee Seung-won, KOR 2015 103’
  • OLD STONE Johnny Ma, CHN / CAN 2016 80′
  • MOTEL MIST Prabda Yoon, THA 2016 105’
  • DZIWNE DNI Juan Sebastián Quebrada, COL / ARG 2015 70′
  • PIEKIELNE SŁOŃCE Joyce A. Nashawati, FRA / GRC 2015 88′

Wiesz, co z tym zrobić


Patryk Sławicki

Patryk Sławicki

Stały współpracownik

O mnie:

Entuzjasta seriali, coś tam wie o filmach.


Dodaj komentarz

Zaloguj się i przejdź na naszą stronę mocy! Komentuj bez weryfikacji, oceniaj, twórz własną społeczność i odkryj potęgę mocy Movies Room!

Kod antyspamowy
Odśwież

 

ZNAJDZIESZ NAS NA:
WSPÓŁPRACUJEMY Z :
  • logo1
  • logo2
  • logo3
  • logo4
  • logo5
  • logo6
  • logo7
  • logo8
  • logo9
  • logo18
  • logo-cenega
  • logo-ama
  • logo10
  • logo11
  • logo12
  • logo-netflix
  • logo14
  • logo15
  • logo16
  • logo17
  • logo18
  • logo18
  • logo-enemef
  • logo-cd-pro-red
  • logo-snap-book
  • logo19
  • logo20
  • logo21
  • logo22
  • logo23
  • logo-samsung
  • logo25
  • logo-universal
  • logo rebis
  • logo-sony-music
  • logo-techland

© 2016 MOVIESROOM.PL · Wszystkie prawa zastrzeżone · Korzystanie z serwisu jest równoznaczne z akceptacją regulaminu.

Wykonanie strony: Tomasz Szymański, projekt: Tomasz Rewers