Kiedy gasną światła – recenzja pełnometrażowej wersji horroru Lights Out

Kiedy gasną światła to pełnometrażowa wersja wiralowej sensacji Lights Out. Niestety David F. Sandberg, autor obu filmów, w swoim kinowym debiucie nie wykorzystuje szansy i marnuje potencjał swojego krótkometrażowego hitu.

Trzyminutowy Lights Out fantastycznie bawił się motywem paranoi i obawami przed ciemnością. Każdemu zdarzyło się w końcu nocą, w zaciemnionym pokoju nagle zauważyć jakiś cień, ruch. Następnie nadchodziła wątpliwość czy faktycznie coś widzisz, czy to umysł sprawia ci figle. Wstać i sprawdzić czy schować pod kołdrę. Kiedy gasną światła rozciągają ten koncept o kilkadziesiąt minut, lecz pomimo kilku zalet film cierpi na pare mniejszych przypadłości: nadmierną potrzebę wyjaśniania elementów fabuły czy narzuconą sobie ograniczającą formułę oraz tą największą: nie za bardzo straszy.

kiedy gasna swiatla lights out recenzja2

Zobacz również: Premiera Rekinado 4 oraz Tydzień z rekinami na kanale Sci fi – harmonogram emisji!

Sam początek filmu jednak nie zapowiadał porażki. Scenarzyści Kiedy gasną światła nie bawili się w ekspozycję i ukrywanie wrogiej zjawy.  Całość otwiera mocna scena w fabrycznym korytarzu nawiązująca do materiału bazowego (występuje w niej m.in. Lotta Losten – bohaterka krótkometrażówki), w której mroczna istota pokazuje skalę swojej mocy. Następnie przenosimy się na przedmieścia. Dowiadujemy się, że poczwara zamieszkuje w domu pogrążonej w depresji Sophie i swoją walką o atencję kobiety wystraszyła wychowywanego przez nią małego Martina. Chłopiec o pomoc zwraca się więc do swojej przyrodniej siostry Rebeki, która w przeszłości doświadczając uprzejmości tajemniczego potwora wyprowadziła się z domu rodzinnego przyjmując paranormalne zjawisko za wytwór fantazji. Mieszkająca w ciemnościach istota postanawia więc przypomnieć dziewczynie o swoim istnieniu, a blondwłosa metalówa w ramach rewanżu rozpoczyna śledztwo, aby poznać zjawisko bliżej i znaleźć sposób na unicestwienie rodzinnego prześladowcy. Dlatego też po dobrym początku tempo zwalnia, górę przejmuje śledztwo i wyjaśnianie przeszłości, a groza, aż do finału, jest na występach gościnnych.

W głównej materii twórcy nie popisują się różnorodnością metod. Oczywiście kilkukrotnie potrafią sprawić, aby podskoczyło nam tętno. W końcu dobrze rozplanowany jump-scare, to najpowszechniejszy i najskuteczniejszy środek do celu. Niestety pomysł oparcia filmu na nich samych  okazał się być strzałem w kolano. Dochodzi więc do rzeczy niezwykłej, gdyż udało im się stworzyć jump-scare’y, które nie straszą. Jednostajnie młócąc to samo tak wpłynęli na przewidywalność scen, że widz będzie wiedział kiedy nastąpi próba przerażenia, co jest przecież absolutnym zaprzeczeniem ich idei. Mniejszą konsekwencją twórcy odznaczają się za to w sposobie ugryzienia motywu zjawy. Kiedy zgasną światła stoi więc w rozkroku między Obecnością (producentem był James Wan), a Babadookiem. Scenarzyści nie mogą się zdecydować czy czająca się w ciemnościach maszkara jest wytworem najmroczniejszych zakamarków umysłu oraz zbiorowej traumy i depresji po stracie kolejnego męża-ojca, czy namacalnym duchem szukającym zemsty. W związku z tym nie udaje im się również wytworzyć odpowiedniej paranoicznej atmosfery, a film mimo 80 minutowego metrażu na długie okresy grzęźnie w retrospekcjach, zbędnej gadaninie i śledztwach Rebeki.

kiedy gasna swiatla lights out recenzja3

Zobacz również: Obecność 2 – recenzja kontynuacji przeboju Jamesa Wana

Największym atutem filmu, niecodziennym w przypadku horroru, jest więc aktorstwo. Największym promykiem światła są Teresa Palmer, jako ucząca się odpowiedzialności Rebeka oraz Maria Bello, w schizofrenicznej roli matki rozdartej między miłością do dzieci, a lojalnością wobec mrocznej istoty. Niestety nie jest to czynnik, który przyciąga nas do oglądania filmów należących do tego gatunku filmowego. Dla wyjadaczy horroru i zwykłych widzów Kiedy zgasną światła będzie niczym jazda rowerem z górki. Dla tych pierwszych czymś banalnym, dla drugich bezbolesnym spędzeniem czasu.

Zastępca redaktora naczelnego

Kinonarkoman. Fan J. Chastain, M. Wasikowskiej i kina azjatyckiego (w szczególności południowokoreańskiego). W wolnych chwilach ogląda piłkę nożną i udaje, że prowadzi bloga. Kontakt: k.stawinski@moviesroom.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?