Blood Drive – recenzja 1. sezonu

Blood Drive to serial paradoksalny, bo – chociaż składa się z wyłącznie z elementów wygrzebanych ze śmietniska kina – całe jego opakowanie sprawia, że jest też jedynym w swoim rodzaju i pozostawia po sobie pozytywne wrażenie.

Po pierwszym odcinku można było zastanawiać się, czy serial stacji SyFy nie będzie przypadkiem monotonnym wyścigiem aut w stylistyce grindhouse’owej.  Na szczęście wraz z kolejnymi epizodami rozwiano wszelkie wątpliwości. Oczywiście, oczekujący sporej dawki pojedynków na szosie mogą być niedopieszczeni tym, że stricte wyścigowych odcinków jest tyle, co kot napłakał, a drogowa rywalizacja to wyłącznie pretekst do przemieszczania bohaterów po futurystycznej Ameryce roku 1999. Jednak zwiastuny obiecywały większą liczbę inspiracji, a każdy odcinek dotrzymywał danego widzom słowa. Blood Drive w idei showrunnera Jamesa Rolanda jest więc utrzymanym w otoczce najgorszego koszmaru cenzora trzynastoodcinkowym hołdem i pastiszem nie tylko dla epoki VHS-u, ale i produkcji wielu popularnych gatunków ostatnich dekad XX wieku. Estetyka jest bardzo szeroka, bo obok stylistyki kina eksploatacji znajdziemy tu też elementy dystopijnego science fiction, kina postapokaliptycznego, horroru, westernu, satyry, czarnej komedii, groteski, sitcomu, parodii spotów reklamowych i kampanii społecznych. Znaleźć możemy też nawet odcinek surrealistyczny czy nawiązujący do produkcji dalekowschodnich!

https://www.youtube.com/watch?v=9EvnElEc3uk

Tak jak pisałem w recenzji premiery – Blood Drive jest produkcją, która nie trafi do wszystkich. W końcu piszemy tu o serialu, w którym wyjątkowo niedobrany charakterologicznie duet przemierza pustynne bezdroża Ameryki w śmiertelnym wyścigu aut napędzanym krwią i, w zależności od epizodu, zmaga się nie tylko z galerią kierowców rodem z koszmaru, ale i z kanibalami, pacjentami psychiatryka, cyborgami, robotami, mutantami czy różnorodnymi sektami.  Co więcej, na drugim planie tejże produkcji oglądamy przerysowane do granic możliwości korporacyjne perypetie gospodarza zawodów oraz eksperymenty na przetrzymywanym przez seksrobota Aki Christoperze, partnerze Artura z policji, które ewoluują w miłość. O dziwo proste postacie nie nudzą, nawet te najbardziej ekscentryczne, gdyż każda z nich, dzięki przemianom, ma coś więcej do zaoferowania widzom. Fabuła naznaczona czarnym humorem nie idzie oczywistymi szlakami, dzięki czemu zawiera kilka niezłych zwrotów akcji, a do tego może służyć kinofilskiej zabawie w odszukiwanie kolejnych nawiązań. Blood Drive, choć zakończony cliffhangerem, można traktować także jak zamkniętą całość. Czego więc potrzeba do pełnej satysfakcji? Sporej tolerancji na dużą dawkę kiczu, przemocy, makabry i perwersyjności.

W końcu nie da się nie zauważyć, że Blood Drive zostało przemyślane jako satyra na świat telewizyjnej rozrywki i zmagania twórców z producentami. Służy temu wątek Slinka i prowadzonego przez niego Wyścigu Krwi, co traktować pewnie można jako alter ego showrunnera. Postać zmaga się z chlebem powszednim wielu twórców, a więc z jednej strony broni swojej wizji, a z drugiej wysłuchuje denerwującej krytyki o słupkach oglądalności, zmaga się z próbami ingerencji w show, a nawet groźbą odebrania go z jego rąk. Na naszych oczach analizowana jest żywa tkanka, czyli to, co oglądaliśmy, a słuchane komentarze równie dobrze mogą nam samym krążyć po głowie, że „za mało krwi”, „za mało wyścigu”, „ciągle Artur i Grace, a gdzie inni uczestnicy”. Jednak wiecie, nie jest to jakaś subtelna satyra, a bardziej taka, przytaczając słynne słowa Piotra Czai, która bije wielkimi literami.

blood drive syfy banner

Blood Drive okazał się być jedną z lepszych tegorocznych nowości. Oprócz wspomnianych wyżej elementów może jeszcze pochwalić się dobrze dobraną obsadą, w której prym wiodą Christina Ochoa (Grace) oraz Colin Cunningham (Slink), a do tego jest porządnie zrealizowany pod względem technicznym i, na szczęście, oszczędnie korzysta z efektów komputerowych. Niestety drugiego sezonu raczej nie będzie, bo statystyki dla miłośników produkcji klasy B okazały się bezwzględne i serial reklamowany, jako ten ,„którego nie chciała pokazać żadna telewizja” ostatecznie mało kto chciał śledzić, co potwierdziło smutną prawdę, że podobne produkcje muszą swojego miejsca szukać w innej niż telewizyjna formie dystrybucji.

Zastępca redaktora naczelnego

Kinonarkoman. Fan J. Chastain, M. Wasikowskiej i kina azjatyckiego (w szczególności południowokoreańskiego). W wolnych chwilach ogląda piłkę nożną i udaje, że prowadzi bloga. Kontakt: k.stawinski@moviesroom.pl

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?