Niełatwo być Robinem. A to ktoś zatłucze cię łomem, a to freudowsko podejrzani krytycy literaccy będą sugerować dziwną relację z twoim mentorem. Tim Drake przeżył już swoje u boku Batmana, ale był tym najbardziej ułożonym spośród Cudownych Chłopców. Teraz, wpakowawszy się w czasową kabałę, musi wrócić do swej epoki. Tom otwiera cyrkowa historia i choć ten rodzaj rozrywki pasuje bardziej do obecnego Nightwinga, to Drake radzi sobie nieźle. To luźny starter dla nieco bardziej rozbudowanej opowieści, stanowiącej być może podwaliny pod coś znacznie większego.
Dalej robi się bardziej superbohatersko. Na Ziemię przybywa kapsuła z ostatnim synem swej planety. Nie jest to jednak kolejny osesek, a młody mężczyzna imieniem David Sikela, którego moce są równie zadziwiające jak Supermana. Waid używa ogranego motywu w nowy sposób, dając sobie pretekst do powiązania historii ze swoim epokowym dziełem. Pojawiają się cienie rodem z Kingdom Come i już można ostrzyć zęby na rozwinięcie tego wątku. Zwłaszcza, że David miewa chwile małej słabości, niebezpiecznie zbliżając się do roli kogoś z przeciwnej strony barykady.
Sporo tu o traumie i jej skutkach. David, w przeciwieństwie do Clarka, był w pełni świadomy zagłady swej planety. Fakt, że trafił pod skrzydła Supermana może i łagodzi samotność oraz szok po stracie, ale nagłe wrzucenie chłopaka w wir superbohaterskiego kotła skutkuje dość nieprzewidzianymi konsekwencjami. A jedną z nich jest Joker i łotr o ksywce Klucz. Obaj są wagą nieco zbyt ciężką dla Davida i gdy już wydaje się, że zdarzy się coś naprawdę paskudnego, Waid wykręca nam psikusa. Zdejmuje nogę z gazu i zmienia kierunek jazdy. Zamiast narodzin potencjalnego zła, mamy próbę przezwyciężenia samego siebie. Choć finał historii nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi co do dalszych losów młodego bohatera... W efekcie typowo superbohaterski komiks wskakuje półeczkę wyżej niż inne współczesne dzieła tego nurtu. I to samo dotyczy rysunków.
Już szykowałem swój jad, by sączyć go w stronę Dana Mory, wyrzucając mu pójście na peleryniarską łatwiznę, ale artysta mi na to nie pozwolił. O ile czysta akcja superbohaterska nie wyróżnia się nadto, to zdarzenia związane z łotrami zasługują na ukłon. Klucz to ciekawy złol, sprawnie powiązany pewnymi szczególikami z Jokerem. Bywa mrocznie i psychodelicznie. Może nie w ogromnej skali, ale w znaczący i zapamiętały sposób. Batman/Superman: World's Finest potrafi zaskoczyć również dojrzałością. Przywykliśmy, że nader częste retrospektywne sceny ginącego Kryptona były symboliczne. Państwo El żegnają swego syna i bum - planeta ulega zagładzie. Tu rodzimy glob Davida odchodzi w konwulsjach, choć bez epatowania przemocą. Mora wykonuje swoją pracę znakomicie.
Batman/Superman: World's Finest tom 2: Dziwny przybysz to sukcesywne kształtowanie się wizji Marka Waida dla tytułowego duetu, ale nie tylko. To komiks nie tyle o Supku i Gacku, co o ich dziedzictwie i wpływie, jaki mają na młodsze pokolenie. Różnice między nimi są widoczne, ale gdzieś na drugim planie. Główną oś fabularną stanowi tytułowy dziwny przybysz, którego dalsze losy mogą namieszać. Nie jestem entuzjastą tego, co dzieje się w ostatnich latach w DC Comics, a i pierwszy tom tej serii uznałem za godny poznania, ale bez zachwytów. Tym razem muszę pochylić czoła przed Waidem i przyznać, że jego wizja ma szansę na duży sukces.
Tytuł oryginalny: Batman/Superman World's Finest vol.2: Strange Visitor
Scenariusz: Mark Waid
Rysunki: Dan Mora
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Egmont 2025
Liczba stron: 156
Ocena: 80/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.