
Od finału drugiego tomu Baltimore minęły dwie dekady. Nad Europą zawisa widmo kolejnej wojny, a wdowa po lordzie Batlimorze, Sofia Valk, kontynuuje misję swego ukochanego. Wraz z nazistami zło szerzą o wiele starsze i groźniejsze wiedźmy. HexenKorps wspierają Adolfa, daleko wykraczając poza jego ezoteryczne dziwactwa. Grupa Sofii musi zewrzeć szyki, by móc zetrzeć się z nimi na równych zasadach. A wszystko w mrocznej wówczas Czechosłowacji, gdzie w tle majaczy duch ukochanego głównej bohaterki.
Można tu narzekać, że Mignola znów podaje nam to samo danie, ale w innym sosie. I jest w tym dużo racji. Ale zastanówcie się przez chwilę, czy podobnie nie jest choćby z superbohaterami? Sofia to postać ciekawa i chociaż nie powinniśmy oczekiwać po niej tego, czego od innych bohaterów Mignoli, to idzie szlakiem bojowym lorda Baltimore'a, stawiając bardziej na rozsądek i działania zespołowe niż samotnicze, wręcz straceńcze akcje. I tu pojawia się element wspólny wszystkich dzieł scenarzysty. Sceny bitewne mają identyczny charakter jak w jego pozostałych seriach. Bohater nie zawsze jest górą, zło często ma przewagę i potrafi zaskoczyć, a zwroty akcji bywają naprawdę zaskakujące.

Przyznam, że początkowo miałem pewien dystans do Lady Baltimore. Choć wiedziałem, że Pozawersum to interesujący świat, to finał Baltimore wydawał mi się kompletny. Sofia ma jednak sporo do pokazania, a i sam świat przedstawiony wyrasta na coś więcej niż zdublowane uniwersum Biura Badań Paranormalnych i Obrony. Mignola zdaje się nie czuć tu presji tworzenia ambitnej wizji, a popuszcza wodze fantazji i wraz ze swym kumplem Christopherem Goldenem zabierają nas na przygodową przejażdżkę i nie zamierzają obiecywać, że dostaniemy coś więcej niż historię z charakterem, ale bez wiekopomnych aspiracji.
Często powtarzam, że w scenariuszach Mignoli jest za mało jego rysunków. Tu ponownie scenarzysta nie chwyta za ołówek, ale nie ma co wylewać łez. Lady Baltimore tom 1: Królowe czarownic to dzieło Bridgit Connell, autorki jakże różnej od Mike'a, ale jakże utalentowanej. W tym świecie i przy bohaterce jak Sofia, jej styl sprawdza się bardzo dobrze, a nawet lepiej niźli historię miałby ilustrować ojciec Hellboya. Więcej tu bowiem awantury, a mniej mroku. I to nawet odnosząc to do Baltimore, a co dopiero naznaczonego apokaliptycznym przeznaczeniem świata Anung Un Ramy. Czasem jednak miałem wrażenie, że Europa Środkowa i Wschodnia w wyobrażeniu Jankesów to miejsce zupełnie inne niż w rzeczywistości. Ot wiochy, lasy, jakieś stare miasto i mroczna magia z folklorowym sznytem. Zbyt ogólnikowym, by mówić o faktycznej inspiracji słowiańszczyzną.

Lady Baltimore tom 1: Królowe czarownic to powieść pulpowa, w tym lżejszym niż inne dzieła Mignoli znaczeniu. Nie jest może definicją tego, co nazywamy odcinaniem kuponów, ale powiela pewne sprawdzone metody przyciągania czytelnika zafascynowanego pracami twórcy Rogatego. Sięgałem po ten komiks z dozą niechęci i zmęczenia nie-Hellboyowymi projektami scenarzysty, ale zamykałem go już z satysfakcją z całkiem udanej lektury. Jak się domyślacie, jest to jedynie początek serii, a Egmont pewnie coś dorzuci do rosnącej mignolowskiej biblioteczki. Pozycja idealna dla fanów Mignoli i tych, którym nie straszna pulpowa groza. Z zastrzeżeniem, że warto poznać pozostałe dzieła Pozawersum i jego klimatu.

Tytuł oryginalny: Lady Baltimore: The Witch Queens
Scenariusz: Mike Mignola, Christopher Golden
Rysunki: Bridgit Connell
Tłumaczenie: Marek Starosta
Wydawca: Egmont 2026
Liczba stron: 144
Ocena: 70/100
Dziennikarz, felietonista. Miłośnik klasyki SF, komiksów i muzyki minionych bezpowrotnie dekad.