Advertisement
banner

Gry komputerowe: kinowe oryginały oraz ekranizacje

Kiedy kilkadziesiąt lat temu pierwsze gry komputerowe pojawiły się na rynku, mało komu przeszło zapewne przez myśl, że w przyszłości taki typ interaktywnej rozrywki, doczeka się przeniesienia na ekrany kinowe. Takie tytuły jak „Pong” z 1972 roku, czy też radziecki „Tetris” z 1984 nie miały raczej potencjału do stania się filmowymi blockbusterami. Jednak wraz z rozwojem technologii tworzenia gier, stawały się one coraz lepsze, na przestrzeni lat otrzymując coraz piękniejszą grafikę, oraz wciągającą fabułę. Moda na granie stawała się coraz powszechniejsza, podbijając serca kolejnych użytkowników, zarówno młodszych jak i starszych.

Pong

Po wielu latach i ewolucjach przez jakie branża musiała przejść, nadeszła era kosztownych produkcji typu AAA, które zaczęły erę swej dominacji wśród graczy. Ci od tej pory mieli zostać podzieleni na dwa typy: pecetowych oraz konsolowych. Producenci mogli cieszyć się rosnącymi stale zyskami, podczas gdy gry podbijały świat, a każdy chciał na tym zarobić. Okazało się, że tkwiący w nich potencjał jest nie do przecenienia, co zachęcało kolejne koncerny do współpracy z branżą elektronicznej rozrywki. Szybko pojawiły się wszelkiego rodzaju gadżety, adaptacje komiksowe i książkowe, figurki, stroje i wiele innych rzeczy, które przykuwały coraz większą uwagę graczy. Z końcem XX wieku pojawił się również nowy, rewolucyjny pomysł, mający wprowadzić ideę gier na kolejny, prawdopodobnie najważniejszy i najpowszechniejszy rynek – filmowy.

Gra jako dodatek do filmu?

Jeśli spojrzeć na powiązania pomiędzy produkcjami Hollywood i grami komputerowymi, można zauważyć pewną zależność. W większości przypadków, gra jest jedną z metod reklamowania kasowego blockbustera, a odwrotna sytuacja praktycznie nie występuje. Rzadko kiedy zdarza się, by produkcja interaktywna bazująca na filmowej, była godnym odwzorowaniem swego pierwowzoru. Zwykle jest to bardzo przeciętna i luźno trzymająca się oryginału „gierka”, która ma za zadanie wyciągnąć pieniądze z portfela widza, któremu film przypadł do gustu. Twórcy nie muszą nawet martwić się o jakość swego „dzieła”, które, oznakowane oficjalnym logiem filmu i tak zyska spore wyniki sprzedaży. Dzięki takiej mentalności, na rynek trafiły m.in  „The Amazing Spider-Man 2” studia Activision, „Iron Man” SEGI czy też „Superman Returns” Electronic Arts.

The Amazing Spider Man 2 Game

Oczywiście, wśród setek tytułów opartych na filmowych pierwowzorach, można się dopatrzeć i takich, które były ich godne, w prawidłowy sposób oddające ich klimat i niejednokrotnie składające im hołd. Takimi produkcjami są m.in gry z serii LEGO, studia TT Games, ukazujące znane nam z filmów wydarzenia i postacie w klockowej interpretacji, z domieszką niezbędnego dla młodszych odbiorców humoru. Dzięki nim mogliśmy wziąć udział w najbardziej pamiętnych scenach z największych kinowych hitów, od finałowej walki z Imperatorem w „LEGO Star Wars II”, przez ucieczkę przed Tyranozaurem w „LEGO Jurassic World”, aż do starcia z Davym Jonesem w „LEGO Pirates of the Carribean”. I choć są one skierowane głównie do dzieci, odnalazło się w nich mnóstwo dorosłych fanów, dla których był to jeden z niewielu sposobów by pokierować losami swoich ulubionych postaci filmowych na ekranach komputerów, konsol i telewizorów.

LEGO Jurassic World

Możemy również znaleźć takie gry, które nie tylko w prawidłowy sposób ukazywały wydarzenia z ekranów kinowych, ale i niejednokrotnie okazywały się być od nich lepsze. „X-Men Origins: Wolverine” od Raven Software z 2009 roku, był o wiele dojrzalszy od swego oryginału stworzonego przez 20th Century Fox i mającego nam ukazać historię powstania mutanta ze szponami z adamantium. Twórcy gry postanowili nie podążać ślepo za mizerną fabułą i wykreowali własną wersję tej opowieści, która wraz z dynamiczną i niezwykle brutalną rozgrywką, opartą na znakomitym systemie walki, dostarczyła nam niezłej interpretacji komiksu Weapon X z 1991 roku. Niestety gra została zapomniana, co było spowodowane mieszanymi opiniami na temat samego filmu.

Wolverine

Niewiele gier opartych o kinowe hity, zapadło graczom na długo w pamięć. Poza paroma wyjątkami, jak te wymienione powyżej, były one w większości produktami mającymi żerować na kasowych sukcesach swych oryginałów. Jak widać, nie w ten sposób powinny wyglądać relacje między kinematografią a przemysłem gier komputerowych. Dlatego powstała również inna koncepcja, działająca w drugą stronę. Teraz to filmy miały być jednym z nowych sposobów reklamowania gier…

Role się odwracają

Budżety gier komputerowych powoli stają się większe od sum, jakimi dysponują producenci przy tworzeniu filmów. Czym jest blisko 300 mln USD wydanych przez Disneya na „Johna Cartera” z 2012 roku, przy 500 mln, przeznaczonych przez Activision na „Destiny” (któremu udało się zdobyć popularność jedynie w USA). Gry są coraz bardziej rozbudowane, dopracowane i innowacyjne, kosztują coraz więcej, zarabiają coraz więcej i same są coraz większe. W czasach, gdy trudno o oryginalny i potencjalnie zyskowny pomysł na film, producenci coraz częściej decydują się na próby ekranizacji tytułów, które na przestrzeni lat zdobyły największą popularność wśród graczy. Czyż nie zapłaciliby oni kilku dolarów za bilet, by móc zobaczyć ich pełnometrażowe wersje na wielkich ekranach? Brzmi jak marzenie. Niestety, rzeczywistość jest mniej kolorowa.

Powiedzmy to sobie szczerze: dobre ekranizacje gier komputerowych, które oddają w odpowiedni sposób klimat, bohaterów i wydarzenia ze swego pierwowzoru, można policzyć na palcach jednej ręki. Na przestrzeni lat pojawiło się kilka obrazów, którym blisko było do osiągnięcia takiego poziomu. W 2002 roku, świat ujrzał całkiem niezły „Resident Evil” z Millą Jovovich, który zdobył sympatię fanów serii zapoczątkowanej w 1996 roku, przez grę o tym samym tytule. Niestety, kolejne części, poza „Zagładą” okazały się o wiele mniej interesujące.

Resident Evil

W 2006 roku pojawił się również pierwszy „Silent Hill”, którego twórcy wyraźnie rozumieli na czym polegał fenomen gry i potrafili jej najważniejsze elementy przekuć w dobry scenariusz. Groza i mroczny, gęsty klimat wystarczyły, by film został dobrze zapamiętany, zarówno przez fanów gry, jak i widzów, którzy nigdy się z nią nie zetknęli. Pomogła również obsada, wśród której znalazły się takie osobistości jak Sean Bean, Laurie Holden („The Walking Dead”) oraz Deborah Kara Unger („Gra”). Horror doczekał się wyjątkowo nieudanej kontynuacji, która pojawiła się w 2012 roku, pod tytułem „Silent Hill: Apokalipsa”.

Silent Hill

Wśród produkcji filmowych adaptujących bestsellerowe serie gier, warto również wymienić „Księżę Persji: Piaski Czasu” Disneya, który nie był co prawda arcydziełem, ale wystarczająco angażującym kinem przygodowo – fantastycznym by zgromadzić prawie 340 mln USD na całym świecie, co czyni z niego najbardziej zyskowny obraz oparty na grze komputerowej. Nie był to jednak tytuł godny oryginału, który zdobył uznanie graczy na całym świecie.

Piaski Czasu

Jednak na tym koniec. Świat nie ujrzał więcej filmów, które w odpowiedni sposób interpretowałyby grę. Pojawiały się co prawda tytuły animowane i niepełnometrażowe, których twórcy, wolni od wścibskiego wzroku producentów, mogli pozwolić sobie na pełnoprawne oddanie najlepszych elementów swoich ulubionych gier, ale nie mogli liczyć na odpowiednio duży poziom reklamy i rozgłosu, na który monopol miały wyłącznie duże produkcje. Dlatego większość tytułów Hollywood, które miały wykorzystywać sukces bestsellerowych gier, okazało się kompletnymi niewypałami, które nie tylko zniechęcały do siebie widzów, ale i krytyków, z lubością wytykających im ich największe błędy i potknięcia. Filmy takie jak „Alone in the Dark: Wyspa cienia” z 2003 roku (wyreżyserowany przez legendarnego już Uwe Bolla, uważanego powszechnie za najgorszego reżysera na świecie, tworzącego adaptacje filmowe gier, z których każda kolejna jest gorsza od poprzedniej) ze średnią ocen 2,9, „Hitman” z 2007, oraz „Max Payne” z 2008 , pokazały nam, z jakim nastawieniem wytwórnie podchodzą do gier komputerowych. Widzą w nich jedynie szansę na czysty i nieskrępowany zysk, zagwarantowany przez sprawdzoną markę. Nie obchodzi ich jakość produkcji, która zostanie zaprezentowana na salach kinowych. Obchodzą ich tylko zyski.

Alone In The Dark

Pod wieloma względami, wielokrotne podejścia do przenoszenia gier na ekrany kin, przypominają próby adaptacji komiksów sprzed kilkudziesięciu lat. Dziś, spory odsetek blockbusterów trafiających do kin, bazuje na komiksach, zarówno tych, które trafiły do dystrybucji jeszcze w pierwszej połowie XX w, jak i nowych, nadal dostępnych w zwykłych księgarniach. Zastanówmy się jednak, jak wyglądała sytuacja, zanim pojawił się „Blade – Wieczny łowca” w reżyserii Stephena Norringtona, „X-Men” od 20th Century Fox oraz pierwszy „Spider-Man” z Tobey’em Maguirem. Prawie nikt nie chciał ekranizować komiksów. Prawie, bo pojawiały się takie tytuły jak „Batman” Burtona czy też „Superman” Richarda Donnera. Jednak komiksy nadal były uważane za niszową rozrywkę, nie godną zaistnienia na wielkich ekranach. Dlatego ich adaptacje były zwykle powierzane początkującym reżyserom i scenarzystom, którzy nie potrafili pojąć i odpowiednio przetworzyć  zawartego w nich sensu i źródła ich sukcesu. Dzięki temu, powstały takie obrazy jak „Kaczor Howard” (zdobył trzy Złote Maliny: za najgorszy film, scenariusz oraz efekty specjalne) oraz tragiczny „Kapitan Ameryka” Alberta Pyuna , który był tak zły, że Marvel Comics do dziś stara się odesłać go w zapomnienie.

Kapitan Ameryka

Musiało minąć wiele lat, zanim do producentów dotarło jak wielki potencjał tkwi w komiksach Marvela i DC. Wydawnictwo które dało początek Człowiekowi Nietoperzowi oraz Człowiekowi ze Stali mogło się już pochwalić udanymi filmami, natomiast Stan Lee i jego spółka nadal uparcie próbowali przebić żelazny mur otaczający Fabrykę Snów. I opłaciło im się to. Teraz, kiedy każdego roku do kin wchodzą co najmniej dwie produkcje Marvel Studios, bijąc przy tym kolejne rekordy finansowe, nikt nie potrafi wyobrazić sobie biznesu filmowego bez ich udziału. Warner Bros ze swoją licencją na adaptację komiksów DC, które zbyt długo spoczywało na laurach, musi teraz nadrabiać starty w wyścigu o widza. Wkrótce będziemy mogli zobaczyć, co z tego wyniknie. Reżyserzy wraz ze scenarzystami nauczyli się odpowiednio podchodzić do adaptowania historii obrazkowych, czyniąc z nich podstawę współczesnego kina, napakowanego dynamiczną akcją, niesamowitymi bohaterami i – obowiązkowo – masą efektów CGI.

Nowa nadzieja

Może właśnie taki los czeka adaptacje gier komputerowych? Czy ekranizacje komiksów zaczną powoli odchodzić w zapomnienie, a ich miejsce zaczną zajmować produkcje oparte właśnie na grach? Co prawda miniony rok mógłby posłużyć jako idealne zaprzeczenie tej teorii – „Hitman: Agent 47” nie był udanym filmem i nie zdobył imponujących zysków w Box Office, podczas gdy „Avengers: Czas Ultrona” oraz „Ant-Man” Marvela, świętowały liczne sukcesy. Czy z czasem, zła passa może zostać przerwana? Żeby tak się stało, twórcy muszą znaleźć odpowiedni sposób na przenoszenie tytułów multiplatformowych na ekrany kin. W końcu, gra to nie tylko fabuła. To przede wszystkim sama rozgrywka, ubarwiona jedynie o niezbędne elementy, drugorzędne dla twórców. Mało jest gier, które mogą pochwalić się wciągającą i dojrzałą opowieścią, zwłaszcza jeśli są to sandboxy. Fakt, jest seria „Batman Arkham…” od Rocksteady, jest nasza duma narodowa czyli trylogia „Wiedźmin” od CD Projekt RED. Jednak prawda jest taka, że w dobrych tytułach, opowiadana historia rzadko kiedy dorównuje samej rozgrywce. Dlatego tak ważne jest, aby scenariusze filmów były budowane nie tylko na lekko zmodyfikowanej fabule, ale i na niepowtarzalnym klimacie oraz charakterze, które każda dobra gra posiada.

Witcher 32

Rok 2016 może się okazać pierwszym, w którym takie produkcje będą świętowały prawdziwe sukcesy. Już w maju do kin trafi „Warcraft: Początek”, zapowiadający się na co najmniej przyzwoity film fantasy, mający dać początek nowej serii, która (jeśli zyski okażą się wystarczająco wysokie) będzie nas cieszyć przez najbliższe lata. Za kamerą stanął Duncan Jones, odpowiedzialny za widowisko sci-fi „Kod nieśmiertelności” sprzed pięciu lat, a w rolach głównych zobaczymy Travisa Fimmela z serialu „Wikingowie” oraz Dominica Coopera z „Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie”. Film będzie wypełniony pejzażami i postaciami wykreowanymi za pomocą technologii komputerowych, a historia zapowiada się na dynamiczną i wystarczająco ciekawą, by przyciągnąć do kin wielu widzów. Potrzebny byłby wielki antytalent, aby zaprzepaścić taką szansę.

Warcraft

Jednak prawdziwe widowisko będzie czekać na graczy dopiero w grudniu. Wtedy, po wielu latach oczekiwania, na ekranach pojawi się wreszcie adaptacja „Assassin’s Creed”, w reżyserii Justina Kurzla („Makbet”), w którym wystąpią takie gwiazdy jak Michael Fassbender, Jeremy Irons, czy Marion Cotillard. Co prawda, film będzie kolejnym elementem uniwersum stworzonego przez Ubisoft, a nie tylko jego ekranizacją. Zobaczmy nowych bohaterów i ich nieznane losy, jednak podstawy skupiające się na przedstawianiu alternatywnej wersji historii rodzaju ludzkiego, powinny pozostać niezmienione, podobnie jak wątki skrytobójcze. Aguilar de Agarorobo nie może zostać przedstawiony jako średniowieczny Rambo, ponieważ poskutkuje to zlinczowaniem twórców przez rozeźlonych fanów (jak w przypadku „Agenta 47”, w którym zostały złamane wszelkie zasady tyczące kreowania postaci Hitmana). Potencjał materiału źródłowego jest ogromny, a obsada i grono twórców imponujące.

Assassins Creed

Zobacz także: Żegnaj „Assassin’s Creed”… przynajmniej na rok!

Gry komputerowe powoli przestają być uznawane za rozrywkę przeznaczoną głównie dla dzieci i geeków. Mają przed sobą wielką przyszłość, a w połączeniu z przemysłem kinowym, mogą wytworzyć całkowicie nową gałąź rozrywki. Jeśli Hollywood stchórzy przed taką szansą, zostanie ona wykorzystana przez innych. Activision Blizzard już otworzyło własne studio filmowe, a jego pierwszym projektem, ma być tworzony właśnie serial animowany na podstawie gry „Skylanders”. Co będzie następne? Film „Call of Duty”? Adaptacja „Diablo”? Czy za ich przykładem pójdą wkrótce inne studia i zdecydują się na tworzenie filmów na własną rękę? Może za kilka lat będziemy szli do kina na „Deus Ex” lub „Grand Theft Auto”? Czas pokaże. Żeby jednak tak się stało, musi dojść do przełomu. Gry przeniesione na duży ekran nie mogą pod żadnym względem ustępować filmom akcji i adaptacjom komiksów. Muszą stać się dla nich pełnoprawną konkurencją, która wywoła istną wojnę o uwagę i przede wszystkim pieniądze widza. Czy rozpęta się ona już w tym roku? Oby.

Dziennikarz

Fan wszelkiej maści blockbusterów (dobrych oczywiście), fanatyk Star Wars, miłośnik popkultury w ogólnym tego słowa znaczeniu i ekspert w robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę. Nauki ścisłe i astronomia. Nienawidzi twórczości Mickiewicza.

[email protected]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?