Punisher: Born – recenzja

Garth Ennis – być może nie kojarzycie tego nazwiska, ale facet zrobił dla Punishera więcej niż jakikolwiek inny twórca. Żywa legenda, istny gigant komiksu, który przez wiele lat tworzył scenariusze do jego przygód i opisał praktycznie całe życie Franka Castle, zaczynając od dzieciństwa, przez dorosłość, stanie się samotnym mścicielem i gorzki koniec. W swoich powieściach Ennis wykreował obraz kompletny tej postaci, a 90% „Punisherów” powstałych spod jego ręki to najwyższa półka powieści graficznych. Dlatego też chciałbym wam przybliżyć te klasyki i absolutne lektury obowiązkowe dla wszystkich fanów wojownika z trupią czaszką na piersi. Dzisiejszą pozycją jest mini-seria „Born”, wydana w Polsce 10 lat temu, ale wciąż jeszcze dostępna do kupienia w drugim obiegu. Na przestrzeni nieco ponad stu stron opowiada o służbie Franka Castle podczas wojny w Wietnamie.

Nad amerykańską bazą Valley Forge samolot schodzi do lądowania. Żołnierze spokojnie obserwują jego lot. Niespodziewanie zza drzew wylatują pociski. Maszyna traci skrzydło. Ludzie na ziemi zaczynają uciekać w popłochu. Stalowy gigant wykręca w powietrzu niezdarny piruet, a następnie w chmurze ognia rozbija się w samym środku bazy. „Płacz i płać, frajerze”. Dobiega komentarz żołnierzy obserwujących spektakl z daleka, podczas rutynowego zwiadu. Amerykańscy chłopcy nie pośpieszą jednak z odsieczą, by dorwać strzelca. Nie ma sensu. Ucieknie, zanim tam dotrą. A zresztą, w Wietnamie jest większy gnój do sprzątnięcia.

 

Tymi scenami rozpoczyna się cała historia, która od pierwszych kadrów przykuwa swoją bezkompromisowością. Amerykanie po drugiej stronie lustra. Jeśli by skorzystać z filmowych porównań, mamy tu poziom największych mistrzów. „Full Metal Jacket”, „Pluton” i oczywiście „Czas Apokalipsy” – „Born” srogo stoi razem z nimi w jednym rzędzie. To komiks dla dorosłego czytelnika, dlatego nie stroni od przemocy, brutalności i zachowuje przy tym do bólu szczery realizm. Przysięgam, że nie znajdziecie w nim nic superbohaterskiego. Postacie krwawią, mają więcej wad niż zalet, a przede wszystkim nie wierzą już w amerykański sen. Wszystko pozostaje utrzymane w fatalistycznym, mrocznym tonie, bo Amerykanie wojnę w Wietnamie sromotnie przegrywają i wszyscy dookoła są tego świadomi. Siedzą też w tym zapomnianym przez Boga miejscu na tyle długo, że kolejne masakry nie robią na nich wielkiego wrażenia. Słowo humanizm zatraciło swoje znaczenie dawno temu. Teraz liczy się tylko przetrwanie i szczęśliwy powrót do domu. Jednak wśród tego całego ponurego cyrku przeklętych odszczepieńców jest jeden człowiek, który na ochotnika odbywa w Wietnamie już trzeci turnus. Ten, który nie boi zapuszczać się głęboko w dżunglę. Ten, który trupem położył już wielu żółtków. Ten, który zakochał się w wojnie – kapitan Frank Castle.

Co ciekawe, przyszłego Punishera poznajemy tutaj oczami szeregowca, który prowadzi narrację opowieści z perspektywy zwykłego człowieka, takiego, co to ostatkiem sił walczy o zachowanie życia, a przy okazji skrawka swojego człowieczeństwa. Przez to przynajmniej w warstwie narracyjnej toczy się konflikt pomiędzy resztkami rozsądku, a ogarniającą Franka Castle ciemnością. Wątpliwości, kto wygra, w warstwie fabularnej natomiast nie ma. Nie łudźcie się, to z góry przegrana bitwa. Zgodnie z tytułem obserwujemy finalne dni przed narodzinami tej niepowstrzymanej mścicielskiej siły, jaką w przyszłości w najlepszych powieściach Gartha Ennisa stanie się Punisher. Scenarzysta serwuje nam zaledwie mały wycinek wielkiej historii, ale jest to niewątpliwie jeden z przełomowych i najintensywniejszych momentów w życiu tej postaci.

Mistrzowsko przedstawiony od strony wizualnej. Te kilkanaście lat, które już minęły od premiery „Born”, to w komiksie spory okres. Tym bardziej z radością mogę stwierdzić, iż szata graficzna wyśmienicie przetrwała próbę czasu. Rysownik Darick Robertson nie charakteryzuje się przeartyzowanymi grafikami, tworząc bardzo realistyczne obrazy, które jednak doskonale wpisują się w mainstreamową komiskową estetykę, więc nie odstraszą mało zahartowanego w ambitnych pozycjach czytelnika. Cechuje go też podobne do Glenna Fabry’ego uwielbienie detalu w scenach zbiorowych oraz przede wszystkim elementach gore, które może nie są częste, ale swoją intensywnością robią odpowiednie wrażenie. Wszystko to skąpano w budujących mroczny nastrój cieniach. Nadaje to niezwykły klimat szczególnie scenom dialogowym w bazie i powoduje, że po wszystkim zapamiętamy komiks nie tylko z obrazowych scen rzezi w dżungli, ale też subtelnych rozmów zmęczonych wojną żołnierzy.

Także po dłuższym zastanowieniu „The Punisher: Born” można uznać za nie tyle co jeden z najlepszych komiksów o tej postaci, ale również za jedną z najlepszych opowieści o wojnie w Wietnamie. Garth Ennis stworzył skromny, acz przejmujący antyamerykański dramat, traktujący o przemocy i jej wpływie na poziomie mikrostrukturalnym czy nawet jednostkowym. Są takie blizny, które się nie goją i są takie sytuacje, w których szybka śmierć przez kulę w łeb to istne wybawienie.

„The Punisher: Born”

Scenariusz: Garth Ennis

Rysunki: Darick Robertson

Wydawca: Mandragora 2006

Tłumaczenie: Orkanaugorze

Ocena: 92/100

Dziennikarz

Miłośnik prawdziwego kina, a nie tych artystycznych bzdur.
Jeśli masz ciekawy temat do opisania, pisz tutaj - [email protected]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?