Wiedźmin: Racja stanu – recenzja

Obecnie stosunkowo intensywnie reklamuje się reedycję „Wiedźmina” autorstwa Bogusława Polcha i Macieja Parowskiego. Siłą nostalgii i na fali popularności gier próbuje się czytelnikom wcisnąć komiks, który już w momencie swojej premiery, kilkadziesiąt lat wcześniej nie zyskał żadnego szczególnego uznania, a dziś wygląda jak relikt przeszłości. Szkoda, że korzystając z panującej mody promuje się w najlepszym razie przeciętne adaptacje prozy Sapkowskiego, a zupełnie zapomina o innych dobrych interpretacjach „Wiedźmina”. Stąd też wszystkim miłośnikom tej postaci pragnę przypomnieć naprawdę wartą uwagi historię z tego uniwersum, która ukazała się w komiksie „Wiedźmin: Racja stanu”.

Gdzieś w okolicach 2011 roku w ramach promowania drugiej części gry studia CD Projekt RED na rynku pojawiła się cała masa lepszych i gorszych gadżetów związanych z „Zabójcami królów”. Do empików rzucono też dwa niepozorne zeszyty komiksowe, w których można było poczytać ciekawostki ze świata Wiedźmina, informacje o innych mediach, wywiady z twórcami i opowieści o procesie tworzenia. Bezapelacyjnie jednak danie główne ów „gazetek”, nad którymi się dzisiaj pochylam, stanowił stworzony specjalnie na tę okazję komiks ze scenariuszem Michała Gałka i rysunkami Arkadiusza Klimka. Jak się okazało, była to dobrze przygotowana, pełnokrwista i sycąca potrawa, a nie tam żaden chwyt marketingowy rodem z chińskiej restauracji.

Aczkolwiek opowiedziana historia prezentuje się dość standardowo. Geralt dostaje zlecenie ubicia potwora, ale ten okazuje się nie być tym, kim przedstawiał go zleceniodawca. Proste zabójstwo komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Wiedźmin odkrywa, iż cała sprawa ma silne podłoże polityczne, a gra rozgrywa się nie tyle o bezpieczeństwo prostych ludzi, lecz o dziedziczenie rodowych włości z dobrze prosperującym tartakiem i konkretnym zamkiem na czele. W trakcie prostego śledztwa na jaw wyjdą rodzinne brudy, stare waśnie, niespełnione ambicje i tragiczna miłość. Może całość trąci lekko telenowelą, ale finalnie wszystko zostaje odpowiednio wyjaśnione przy użyciu dobrze naostrzonego miecza w trakcie tradycyjnej zacnej rzezi.

Scenariusz na pewno nadaje się na quest poboczny do „Dzikiego Gonu”, więc mimo że odkrywczy w żaden sposób nie jest, to wstydu też nie ma. Ostatecznie ogranicza go stosunkowo mała objętość komiksu. Na niecałych 60 stronach twórcom udało się przedstawić historię prostą, acz wciągającą, co na pewno trzeba zaliczyć na plus. W dodatku dobrze rozumieją oni medium, którym się posługują i nie zawalają wszystkich stron przesadną ilością tekstu, tylko umiejętnie nim szacują, ograniczając w odpowiednich momentach i tym samym przyśpieszając też akcję. Nie samymi dialogami żyje człowiek, zwłaszcza iż tu brakuje nieco w nich charakterności czy jak kto woli kreatywności przy tworzeniu adekwatnych do epoki bluzgów. Ciut zbyt łopatologicznie wbijana jest czytelnikowi fraza „racja stanu”, więc nie ma mowy, aby zapomnieć o jakim tytule właśnie czytamy opowieść. Z drugiej strony złego słowa o walkach powiedzieć nie można i na pewno warto zawiesić na nich chwilę oko. Starcie z kotołakiem to po prostu pierwsza klasa, wizualna poezja. Sztywna, acz dokładna kreska Klimka sprawdza się w tych realiach wyśmienicie i nadaje całości odpowiednio poważnego klimatu. Dodatkowo Geralt stworzony jest na podobieństwo swojego growego odpowiednika, więc gracze natychmiast poczują się jak w domu. Czasem może w natłoku szczegółów ciężko skupić się na właściwym elemencie kadru, aczkolwiek największy problem na pewno stanowią kolory, które szczególnie w nocy są zarówno zbyt ciemne jak i jednolite. Niektóre plansze po prostu zlewają się ze sobą. Widać tutaj może pewien brak doświadczenia u twórców, ale talentu oraz pasji na pewno nie można im odmówić.

Co ostatecznie przekłada się na wart sprawdzenia produkt, nawet po wielu latach od wydania. Nie mogę nie zwrócić również uwagi na sposób wydania „Racji stanu”. Dwa zwykłe zeszyciki w miękkiej okładce, ale wciąż ładnym, kolorowym papierze, rzucone po dyszce do najbliższego empiku to dobry sposób popularyzacji tego medium i przy okazji szansa dla takich laików jak ja, którzy nie planują wydawać fortuny i nie traktują komiksów jak relikwii. Szkoda, że więcej tego typu pozycji nie trafiło na rynek. „Wiedźmin: Racja Stanu” zaczął jako zaledwie element szeroko zakrojone kampanii marketingowej, a okazuje się, że nawet po upływie połowy dekady od premiery wciąż broni się sam w sobie i stanowi ciekawy element uniwersum wykreowanego przez Andrzeja Sapkowskiego. Także każdy miłośnik Wiedźmina może w ciemno po niego sięgnąć.

„Wiedźmin: Racja stanu”

Scenariusz: Michał Gałek

Rysunki: Arkadiusz Klimek

Kolory: Łukasz Poller

Wydawca: Egmont Polska 2011

Ocena: 78/100

Dziennikarz

Miłośnik prawdziwego kina, a nie tych artystycznych bzdur.
Jeśli masz ciekawy temat do opisania, pisz tutaj - [email protected]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?