Deadpool tom 7: Grzech pierworodny – recenzja komiksu

W poprzednich tomach Deadpoola sporo wydarzyło się w życiu osobistym głównego bohatera. Najemnik dowiedział się, że ma córkę – owoc chwilowej pozornie miłostki, a jakiś czas później w wyniku zetknięcia się z Drakulą los połączył go z piękną królową potworów – Shiklą. Po ślubie i miesiącu miodowym nadszedł czas na prozę życia – a ta nie jest łatwa. Shikla z trudem utrzymuje władzę, a nad Wilsonem zbierają się czarne chmury – demony z przeszłości powracają przy okazji Grzechu pierworodnego, a przeciwnicy dotąd kryjący się w cieniu, spektakularnie się ujawniają.

Strona komiksu Deadpool tom 7: Grzech pierworodny

W obliczu zagrożenia ze strony wampirów, Wade dzielnie wspiera swą ukochaną. Rozprawianie się z krwiopijcami nie idzie jednak tak łatwo nawet jemu – zmuszony jest więc prosić o wsparcie. Pomocną dłonią miałaby być w mniemaniu Wilsona Dazzler – mutantka potrafiąca emitować światło o natężeniu zdolnym z łatwością pokonać nawet najtwardszego sługusa Drakuli. Sytuacja z Alison Blaire, będącą teraz agentką organizacji Nicka Fury’ ego, jest nieco skomplikowana – tu odsyłam do serii All New X-Men i Uncanny X-Men. Deadpool jednak nie odpuszcza i stwierdzając, że X-Men i tak traktują linię czasową jak „swoją własną dziwkę”, cofa się w czasie i pozyskuje pomoc u młodszej Dazzler – będącej u szczytu kariery artystki disco, która na dodatek jest, najdelikatniej mówiąc, naiwna. Krucjata przeciw wampirom zostaje nagle przerwana. Oto nadchodzą konsekwencje Grzechu pierworodnego.

Dotknięty nimi zostaje jednak nie Wade, a para zaprzyjaźnionych z nim agentów S.H.I.E.L.D. – agentka Preston i agent Adsit. Kobieta poznaje szczegóły dotyczące spraw teraźniejszych, związanych z córką Wilsona, co kontynuuje wątek z tomu Dobry, zły i brzydki. Adsit ma nieco bardziej ponure widzenie – przeszłość najemnika nie należy do kolorowych, a współpraca z kimś takim jak Sabretooth nie wróży nic dobrego. Krótki epizod i lekkość, z jaką tytułowy bohater dokonuje szokującego czynu, są prawdziwym dramatycznym majstersztykiem. Deadpoolowi przychodzi się też zmierzyć z Flag- Smasherem i jego organizacją Ultimatum. Potyczka w pewnym momencie zamienia się w iście tarantinowskie widowisko.

Strona komiksu Deadpool tom 7: Grzech pierworodny

Za ilustracje odpowiadają Scott Koblish i John Lucas – ten pierwszy jest lepiej znany fanom serii, ten drugi to zupełna nowość. Jego kreska pasuje do lekkiej narracji, lecz jest coś, co nieco mnie do niej zniechęca – mimika, a przede wszystkim kształt głów postaci. Nie uważam lekkich wynaturzeń czy przejaskrawień za coś złego, lecz powinny one być wykonane przemyślanie, w przeciwnym wypadku sprawiają wrażenie, iż twórcy zabrakło czasu lub talentu do należytego wykonania swej pracy. Lucas otrzymuje jednak plus za niezwykle soczyste przedstawienie krwi i flaków. Największe pochwały należą się jednak Koblishowi – prowadząc nas w przeszłość, idealnie odwzorowuje styl rysowania, jaki cieszył się popularnością w latach 90. Wyeksponowana muskulatura, neonowe i kiczowate ubrania, fantazyjne fryzury, a do tego udział grupy Alpha Flight, która jest tu tak kanadyjska, iż można odczuć nagłą chęć na syrop klonowy i przepraszanie wszystkich dookoła.

Strona komiksu Deadpool tom 7: Grzech pierworodny

Siódmy tom Deadpoola obfituje w humor, lecz epizod związany z wizją Adsita zmienia całkowicie nastrój. Posehn i Duggan konsekwentnie nadają postaci Deadpoola bardziej posępnych barw – tym bardziej tragicznych, iż wynikają one z nieświadomości zainteresowanego, co ubogaca tę postać, jak i samą serię. Autorzy nie zostawiają jednak fanów lekkiej rozrywki nienasyconych – udział Dazzler z przeszłości i sposób bycia Wade’ a, w tym potyczka z Alpha Flight sprawiają, że mroczniejsza treść nie przytłacza i pozwala się cieszyć tym, co w Deadpoolu najbardziej charakterystyczne – nietuzinkowym i szalonym humorem oraz sporą ilością tryskającej juchy.


Okładka komiksu Deadpool tom 7: Grzech pierworodny

Tytuł oryginalny: Deadpool, Vol. 7: Original Sin
Scenariusz: Gerry Duggan, Brian Posehn
Rysunki: Scott Koblish, John Lucas
Tłumaczenie: Oskar Rogowski
Wydawca: Egmont 2017
Liczba stron: 144
Ocena: 80/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?