Astonishing X-Men tom 1: Życie X – recenzja komiksu

Na czym polega przemysł komiksowy, zwłaszcza ten związany z herosami DC i Marvela? Jeden event wszystko niszczy, a drugi naprawia, po to by trzeci pomieszał, a czwarty uspokoił sytuację… I tak w kółko. Niekończąca się spirala wydarzeń, która jeszcze ma swój sens, gdy następujące po sobie historie są na przyzwoitym poziomie. O ile run Briana Michaela Bendisa w X-Men całkiem mi się podobał, o tyle dalsze dzieła innych autorów szybko złapały zadyszkę. Na naszym rynku po Extraordinary X-Men Lemire’a przyszedł czas na Astonishing X-Men Charlesa Soule’a. Czy budzący pozytywne skojarzenia tytuł nieco zbalansuje chwiejną pozycję mutantów?

Strona komiksu Astonishing X-Men tom 1: Życie X

Jak w skrócie wygląda sytuacja w Astonishing X-Men tom 1: Życie X? Cyclops nie żyje, a społeczność mutantów jest podzielona jeszcze bardziej niż zwykle. Jest jednak wiele pozytywów, które zawdzięczamy autorowi. Dobrze się bowiem stało, że Soule przywrócił postacie jak Gambit czy Fantomex, którym dotąd dane było egzystować gdzieś w pobocznych seriach z literką X. Jeszcze lepiej, że dał szansę mocnym złolom z przeszłości, jak choćby Shadow King, tu przetłumaczony nieco niepotrzebnie jako Król Cieni. Osobnik ten swego czasu nieźle namieszał w życiu Charlesa Xaviera, teraz z kolei powraca, korzystając z chwilowej nieobecności założyciela X-Men. Rozproszeni mutanci, pozbawieni mocnego lidera, zdają się łatwym łupem dla Amahla Farouka, gdyż tak zwie się złowrogi psionik.

Odgrzewany kotlet? Raczej odświeżenie formuły pewnej postaci i przemyślane odkręcanie tego, co zostało zepsute. I o ile ze śmiercią Xaviera można było się pogodzić, o tyle cały eksperyment z Red Skullem i trepanacją po czasie wydaje mi się mocno nietrafiony. Soule sposobem prowadzenia fabuły cofa się co prawda o kilka lat, co jednak jest dobrym ruchem zwłaszcza po pustych i niewiele wnoszących wydarzeniach z Extraordinary X-Men i na dobrą sprawę całym zamieszaniu narastającym od X-Men: Rozłam. Pewnie wielu z was mruknie, że to wygodne działanie, pozbawione ambicji ciągłej ewolucji bohaterów. Soule nie czyni jednak resetu, a stara się odtworzyć to, co było dobre, a zostało niepotrzebnie porzucone.

Strona komiksu Astonishing X-Men tom 1: Życie X

Kojarzycie smak jedzenia z sieciowych restauracji? Na pewno macie swojego faworyta, ale nie zaprzeczycie temu, że cheeseburger klauna Ronalda i kurczaki w panierce pułkownika Sandersa smakują identycznie w Tokio, Paryżu czy Kielcach. Ot monokultura żywieniowa. Jim Cheung to właśnie monokultura superbohaterskiego rysunku. I nie chce tu obrazić artysty, ale spójrzcie na trzeci tom Ligi Sprawiedliwości i Astonishing X-Men tom 1: Życie X, a łatwo zauważycie, że rysownik ten stawia na sprawdzone i bezpieczne schematy. I wychodzi mu to dobrze, bo obok rysunków nieco psychodelicznego Mike’a Del Mundo czy uznanego Eda McGuinnessa wypada równie przekonująco. W kwestii wizualnej dostajemy to, czego oczekiwać można po serii z mutantami, której wyraźnie głównym zadaniem jest wyciszenie i przywrócenie kilku spraw.

Strona komiksu Astonishing X-Men tom 1: Życie X

W Astonishing X-Men tom 1: Życie X autorzy przestają eksperymentować z przenosinami w czasie i wymiarze czy inną Ospą M. Chciałbym móc napisać, że przywracają godność X-Menom, ale na to za wcześnie i po pierwszym tomie byłoby to twierdzenie na wyrost. Wszystko jeszcze przed nami, choć już widać tendencję stabilizującą po trzęsieniach ziemi ostatnich lat. Na pewno wielu sobie zadaje pytanie, które Astonishing X-Men jest lepsze? Czy to, o którym jest niniejsza recenzja, czy może okres zapoczątkowany przez Jossa Whedona i wydawany przez Mucha Comics? Prywatnie skłaniam się ku drugiej opcji, ale nie skreślam poczynań Charlesa Soule’a, który już teraz skłonił mnie do śledzenia dalszych losów jego wizji X-Men.


Okładka komiksu Astonishing X-Men tom 1: Życie X

Tytuł oryginalny: Astonishing X-Men vol.1: Life of X
Scenariusz: Charles Soule
Rysunki: Jim Cheung, Mike Del Mundo, Mike Deodato Jr., Ed McGuinness, Carlos Pacheco, Ramon Rosanas
Tłumaczenie: Maria Jaszczurowska
Wydawca: Egmont 2020
Liczba stron: 144
Ocena: 75/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?