Avengers – Czas się kończy tom 4 – recenzja komiksu

Tajne Wojny Jima Shootera są dziełem kultowym, przynajmniej pod względem roli, jaką odegrały w historii Marvela i przemysłu komiksowego, nie pod względem wniesionego bagażu artystycznego, a komercyjnego. Sporych rozmiarów crossover służył przede wszystkim jako nośnik do promocji linii zabawek i nawet jego tytuł był dobrany pod względem zwiększenia sprzedaży.

Czy trzecia odsłona Tajnych Wojen okaże się lepsza od dwóch poprzednich? Zanim się o tym przekonamy, pora na ostatni akord runu Jonathana Hickmana w Avengers: Czas się kończy tom 4.

Strona komiksu Avengers: Czas się kończy tom 4

Zagrożenie uniwersalnego kolapsu sprowadziło nad planetę Ziemia floty kosmicznych imperiów, z Gladiatorem z Shi’ar, jako dowodzącym. Kto czytał choć jedną opowieść z jego udziałem wie, że nie jest to spolegliwy wojownik. Tym samym do wielu problemów Mścicieli i ich koalicjantów doszło jeszcze zagrożenie na kosmiczną skalę. Powraca wielki nieobecny tej opowieści, czyli Tony Stark, jak zawsze ukrywający asa w rękawie. Z kolei Doktor Doom i Molecule Man podążają swoją ścieżką, zaś Thor, Hyperion i pozostali członkowie ich drużyny zmierzyć muszą się z iście boskimi przeciwnikami. A to tylko kilka z wielu linii fabularnych, jakie składają się na monumentalny scenariusz historii Czas się kończy.

Kontynuując – Jonathan Hickman rozpoczął wiele wątków i jakby tego było mało, niektóre z nich porozbijał na mniejsze linie fabularne. Obawiałem się więc, że pod koniec pewne sprawy zostaną niedomknięte i powstaną niespójności wpływające na ostateczną ocenę jego pracy. Artysta nie dość, że nie pozostawił żadnego bohatera bez należnej mu chwały, to w kilku przypadkach solidnie mnie zaskoczył. Wątek Doktora Strange’a to tego najlepszy przykład, choć jest też ktoś, kogo prawdziwa tożsamość zastanawiała mnie od dawna.

Strona komiksu Avengers: Czas się kończy tom 4

Od startu New Avengers wspomina się tajemniczego i potężnego jegomościa, zwącego się Rabum Alal. Jego opisy pasowały do istot pokroju Galactusa, osobników o mocy na skalę kosmiczną. Jakież poczułem zdziwienie, gdy jego tożsamość została ujawniona, nie mam jednak zamiaru zdradzać, kto to taki. Napomknę jedynie, że ma on kluczową rolę w Tajnych Wojnach. Przyznam się, że dopiero tutaj naprawdę doceniłem tę postać, dotąd klasyfikując ją jako arcyważną w świecie Marvela, lecz nie tak potężną, jak Pożeracz Światów czy Thanos. To bodaj najlepiej poprowadzone rozwiązanie, jakie zaserwował nam scenarzysta, które znacznie podniosło poziom nie tylko tej historii, ale całego jego runu.

Strona komiksu Avengers: Czas się kończy tom 4

Podobnie jak w seriach związanych z X-Men moim osobistym faworytem został Chris Bachalo, tak w Avengers i New Avengers stawiam na Mike’a Deodato. Jeśli zastanawiacie się dlaczego, odsyłam do rozdziału z grupą Thora i Beyonderami.. A pozostali artyści? Stefano Caselli czy Kev Walker dobrze oddają swą pracą napiętą atmosferę, jaka panuje w finale Czas się kończy. Nie ma tu miejsca na chaos, jaki panował choćby w Avengers kontra X-Men, gdzie kilkoro rysowników o różnych stylach wyraźnie od siebie odstawało. Jak widać, współpraca scenarzysty i rysowników przebiegała bez problemów, mimo całych stad postaci i skomplikowania fabuły.

Całość runu Hickmana w moich oczach jest czymś co najmniej bardzo dobrym. Twórca Black Monday Murders miał dużą skłonność do tworzenia scenariuszy o ogromnej skali, ale jednocześnie nie zapominał o wątkach personalnych, dotyczących zarówno relacji Stark/ Rogers, jak i pomniejszych bohaterów. Historia Czas się kończy, zawarta w czterech albumach, mogłaby kiedyś ujrzeć światło dzienne w porządnym omnibusie. Jednak radujmy się z tego, co nam dano, oczekując Tajnych Wojen. Zaczęło się od dwóch mężczyzn. Jeden był życiem, a jeden był śmiercią. I ten niepozorny cytat najlepiej chyba podsumowuje całokształt prac Jonathana Hickmana.


Okładka komiksu Avengers: Czas się kończy tom 4

Tytuł oryginalny: Avengers: Time Runs Out vol. 4

Scenariusz: Jonathan Hickman

Rysunki: Mike Deodato, Stefano Caselli, Kev Walker, Mike Mayhew

Tłumaczenie: Marek Starosta

Wydawca: Egmont 2018

Liczba stron: 156

Ocena: 85/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?