Czarny Młot ’45 – recenzja komiksu

Uroboros to mitologiczny wąż zjadający własny ogon. Uproszczając – symbolizuje on nieskończony cykl odradzania. Może mieć jednak inne, bardziej przyziemne i komercyjne znaczenie. Oznaczać coś, co było bardzo dobre, ale w pewnym momencie zaczęło być zagrożeniem dla własnego bytu. Zżerać samo siebie, bez szans na progres. Czarny Młot to seria genialna. Najlepsza w kategorii superbohaterskiej w bibliografii Jeffa Lemire’a, a to już coś. Niestety w pewnym momencie zaczęły powstawać jej spin-offy…

Strona komiksu Czarny Młot ’45

Kiedy chodziło o pojedynczych bohaterów, jak Sherlock Frankenstein i Doktor Starr, autorowi udało się zachować klasę. Słabować zaczął przy Erze kwantowej, lecz historię uratowało powiązanie z dobrze nam znanymi postaciami. Czarny Młot ‘45 to wybieg w lata II Wojny Światowej. Czasy, w których herosi balansowali na granicy bycia poważnym wsparciem dla dzielnych wojaków, a oddziałowymi maskotkami. Tworząc przygody bohaterów łojących nazistów, trzeba zachować pewną rozwagę. Czy Jeff Lemire i partnerujący mu Ray Fawkes podołali temu zadaniu?

Czytałem kilka komiksów ze Złotej Ery i mimo całego szacunku dla ich autorów i tego, jaką rolę odegrały, nie potrafię ich przetrawić. O wiele lepiej czuję komiksy bliższe współczesności, które przedstawiają „nowe i nieznane” przygody grup z tamtych lat, jak Invaders, czy dość niezwykłej eskadry, jaką były Czarne Jastrzębie. I właśnie ci lotnicy byli inspiracją dla Lemire’a i Fawkesa w Czarny Młot ’45. Oto Szwadron Czarnego Młota bije po łbie nazistów i ich nadnaturalne twory, powoli stając się legendą aliantów.

Strona komiksu Czarny Młot ’45

Zwykle obyczajowa narracja Jeffa Lemire’a jest ogromnym plusem. W zasadzie to zwłaszcza Czarny Młot wiele jej zawdzięcza. Omawiany spin-off natomiast to zupełnie inne dzieło i to, co sprawdzało się na ograniczonej przestrzeni farmy, nie gra na polach bitew II Wojny Światowej. Na podstawie choćby Staruszka Logana wiem, że Lemire umie pisać inaczej, lecz tu na siłę prze w wewnętrzne monologi, emocjonalność i retrospekcje, których charakter nie przypomina autentycznych wspominek żołnierza. Nie wiem, jaki udział w komiksie miał Ray Fawkes, ale sądzę, że nieco mniejszy, niż twórca Łasucha, sądząc po znanych fanom kanadyjskiego scenarzysty zabiegach fabularnych.

Nie mogę jednak nie oddać cesarzowi, co cesarskie. Pomimo zbędnej obyczajowej otoczki pojawiają się i prawdziwie wojenne ryty. Szwadron Czarnego Młota to bohaterowie z krwi i kości. Nie jacyś tam pomnikowi bohaterowie wojenni, ucinający nożem lufy czołgów i zestrzeliwujący samoloty srogim spojrzeniem. Sam główny bohater to sztubak, którego los stawia naprzeciwko wyzwań, jak wielki sowiecki mech czy Widmowy Łowca. Postać ta porusza też zapomnianą w USA już kilka lat po wojnie kwestię czarnoskórych żołnierzy, przelewających krew za Wuja Sama. Pojawiają się też ludzie w kostiumach, w tym Abraham Slam, przywodzący na myśl wczesne lata Kapitana Ameryki. Stąd pozwolę sobie wysnuć tezę mówiącą, że gdyby Czarny Młot ’45 nie był powiązany z tą franczyzą, mógłby być naprawdę dobrym komiksem, a nie jedynie uzupełnieniem głównej historii.

Strona komiksu Czarny Młot ’45

Znacie Eda Piskora? To artysta znany u nas z serii Hip-Hop: Genealogia, zasłynął też świetnym X-Men: Grand Design. Twórca ten w perfekcyjny sposób tworzy w vintage’owym stylu, stosując przy tym współczesne środki narracji. Własne do takich pozycji, jak Czarny Młot ’45, jest on stworzony. Niestety, na stanowisku ilustratora mamy Matta Kindta. Świetnego scenarzystę, który jednak nie powinien brać do ręki ołówka. Na nic zdaje się ogólne stylizowanie komiksu na egzemplarz liczący sobie wiele lat. Pożółkłe karty czy nawet okładka są czymś wzbudzającym zainteresowanie, ale zawartość kadrów zmazuje uśmiech z twarzy. O ile samoloty i wszelkie militaria jakoś się prezentują, o tyle postaci ludzkie to koszmar. Bohaterowie Kindta nie mają głów, tylko pękate sagany. Ich anatomia przyprawiłaby o śmiech średnio utalentowanego ucznia podstawówki, a lepszą mimikę można wyciąć kuchennym nożem w bulwie ziemniaka. Jest źle.

Czarny Młot ’45 nie jest jednak komiksem bardzo złym. Na dobrą sprawę to powiązanie z Czarnym Młotem przynosi mu same negatywne konsekwencje i jest źródłem jego największych bolączek. Wrażliwość Lemire’a tylko tu mierzi, a ograniczona forma spin-offu nie pozwala rozwinąć skrzydeł. W tym kształcie to odcinanie kuponów, w kilku miejscach mogące być przecież całkiem udanym przedsięwzięciem. Ostatecznie jednak wyszło słabe dzieło, które pogrążone zostało przez stronę wizualną. Oby do drugiego tomu Czarny Młot: Era zagłady


https://assets.gildia.pl/system/thumbs/000/421/490/421490/1579300760/800.jpg

Strona komiksu Czarny Młot ’45

Tytuł oryginalny: Black Hammer’45
Scenariusz: Jef Lemire, Ray Fawkes
Rysunki: Matt Kindt
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Egmont 2020
Liczba stron: 120
Ocena: 60/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?