Frankenstein żyje, żyje! – recenzja komiksu

Można być nieobeznanym w kulturowych trendach, ale pewne postaci są znane każdemu. Frankenstein, a właściwie potwór Frankensteina, to bohater rozpoznawalny i pojawiający się w przestrzeni publicznej w wielu rolach – od maskotki na halloweenowych słodyczach, do pierwotnego uosobienia bezrozumnego monstrum z powieści Mary Shelley. Frankenstein żyje, żyje! to kontynuacja słynnego gotyckiego horroru, rozwijająca tę postać w znakomity i co ważniejsze nie niszczący jego legendy sposób.

Strona komiksu Frankenstein żyje, żyje!

Pierwsze kadry ukazują tytułowego bohatera jako członka cyrkowej trupy, która złożona jest z osób zniedołężniałych i zdeformowanych fizycznie, prezentowanych widzom jako wybryki natury. Mimo pogardliwego podejścia publiki, zespół trzyma się razem i atmosfera za kulisami jest niebywale przyjacielska. Frank, jak nazywają tytułowego bohatera, odnalazł więc upragnione wytchnienie. Początek był jednak zgoła inny.

Cofamy się w przeszłość i widzimy Frankensteina jako istotę zagubioną i błąkającą się po pustkowiach. Wspomnieć trzeba, że w scenariuszu Stevena Nilesa nie jest on średnio wygadanym kolosem z kwadratowym łbem i śrubami weń wkręconymi. Autor zachował co prawda potężną sylwetkę, ale reszta fizjonomii, a przede wszystkim charakteru, jest zupełnie inna. Frankenstein zdaje sobie sprawę z własnego „ja” i pamięta o grzechach przeszłości. Znamienne są tu namacalne wręcz wyrzuty sumienia i próby pokuty za przewinienia. Autor dokonuje rzeczy niezwykłej. Jego Frankenstein to bohater, którego się rozumie. Tak daleki od archetypu istniejącego w zbiorowej świadomości.

Strona komiksu Frankenstein żyje, żyje!

Człowieczeństwo to niebywale umowny termin. We Frankenstein żyje, żyje! Steven Niles ukazał je od strony istoty będącej popkulturowym synonimem monstrum. Czymś, co zagraża człowiekowi z samej swej natury. Prawdziwe zło tkwi jednak w osobach pozornie cywilizowanych. Pomijam potępiający Franka motłoch, gdyż to zjawisko mające się niebywale dobrze niezależnie od epoki i szerokości geograficznej. Istotniejsza jest tu sylwetka doktora Inglesa, starszego, dystyngowanego lekarza, poszukiwacza wiedzy i wszelkich niezwykłości. Człowieka, który jako jedyny okazał serce Frankensteinowi. Osobista tragedia doprowadza go do czynów, którymi sam wcześniej by wzgardził.

Bernie Wrightson był geniuszem. I nie jest to wyolbrzymianie zdolności twórcy, któremu należy się zasłużona pamięć. Gdyby każdy rysownik dbał o szczegóły tak, jak czynił to Wrightson, to przemysł komiksowy byłby znacznie piękniejszy, a twórcy filmów grozy mieliby gotowe inspiracje pod scenografie. Sam projekt postaci tytułowego bohatera jest ciekawy. Długie włosy okalające nieludzką, lecz myślącą twarz i postawa wskazująca raczej zaszczucie, niż chęć mordu mieszkańców lokalnych wiosek. To, jaki wkład w komiks wniosły plansze Berniego Wrightsona, widać też w zestawieniu ich z uzupełniającymi historię pracami Kelley’a Jonesa, artysty przecież o niemałym dorobku. Lecz przy perełkach Wrightsona wypadają wyraźnie mniej spektakularnie.

Strona komiksu Frankenstein żyje, żyje!

Frankenstein żyje, żyje! to modelowy gotycki horror, niepozbawiony jednak pewnych innowacji. To opowieść o odkrywaniu własnego człowieczeństwa i próbie odnalezienia się we wrogim świecie. Steven Niles nie demontuje mitu postaci Mary Shelley. Dopowiada raczej i rozwija jego tragedię, nadając mu głębi i tworząc perspektywę pod dalsze losy. Sporo w tym roboty Berniego Wrightsona, bez którego ten album byłby czymś kompletnie innym. Linia Kboom Horror to coś, na co powinni zwrócić uwagę nie tylko fani grozy. To prawdziwa literatura, niekładąca nacisku na banalny przestrach odbiorcy, a na wciągnięcie go w mroczny, lecz kuszący i wiele oferujący świat.


Okładka komiksu Frankenstein żyje, żyje!

Tytuł oryginalny: Frankenstein Alive, Alive: The Complete Collection
Scenariusz: Steven Niles
Rysunki: Bernie Wrightson, Kelley Jones
Tłumaczenie: Marek Starosta
Wydawca: Wydawnictwo KBOOM 2019
Liczba stron: 104
Ocena: 85/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?