Advertisement Advertisement
banner

Hellblazer tom 1 – recenzja komiksu

Zastanawiać może czemu DC Comics, mając taki bagaż świetnych postaci, skupia się na herosach z otoczenia Ligi Sprawiedliwości? Odpowiedź jest prosta. Superman i reszta bandy w rajstopach to materiał lżejszy od zawiłych i wymagających fabularnie komiksów z Sandmanem czy Swamp Thingiem. Do tej grupy swoistych outsiderów zaliczyć też można Johna Constantine’a – ucieleśnienie antybohatera, z niegasnącym papierosem w ustach, traktujące wszystkich dookoła z nonszalancką i bezczelną pogardą.

Polski rynek dotąd nie mógł pochwalić się pokaźną reprezentacją jego przygód, a jeśli już, to dość wybiórczą i rażącą przez to lichotą. Wydawnictwo Egmont postanowiło zmienić tę sytuację i wydać komiks zatytułowany Hellblazer tom 1 autorstwa Briana Azzarello. O tym, czy warto po niego sięgnąć i czemu moim zdaniem wydawca zaczął wypuszczanie kultowej serii prawie od jej półmetku, przeczytacie poniżej.

Strona komiksu Hellblazer tom 1

Album otwiera opowiadanie, w którym John Constantine trafia za kratki. Od początku widać, jaki styl narracji przyjął tu Brian Azzarello. To nie moralizatorska opowiastka więzienna, a brudny, woniejący rynsztokiem kryminał, w którym grupy skazańców lada chwila mogą skoczyć sobie do gardeł, a strażnicy wydają się skazani w tej batalii na rozszarpanie. Główny bohater zaś musi uważać, aby przy wszystkich swoich superlatywach nie zapomnieć, że nawet najmroczniejsza magia nie działa, gdy ma się nóż w plecach. I tu chciałoby się nawiązać do klasyka komiksu i powiedzieć, że to nie on jest zamknięty z kryminalistami, a kryminaliści są zamknięci z nim.

Wolny duch, jakim jest Constantine, nie może usiedzieć długo w jednym miejscu. Kolejno autor wrzuca nas na przysłowiowe zadupie, rzecz jasna mocno przerysowane na potrzeby medium i klimatu serii. Tak jak w polskiej kinematografii wieś to kraina wesołej bogobojności i disco polo, tak w USA południe i tereny prowincji to krainy pełne żądnych krwi rednecków. W komiksie sprawdziło się to znakomicie, momentami zastanawiałem się wręcz, czy Azzarello nie został zastąpiony na chwilę przez Gartha Ennisa, który w Kaznodziei sięgał po podobną stylistykę. Dobre chęci to opowieść z tych, które niełatwo zapomnieć i jeśli jesteś czytelnikiem nawykłym jedynie do pięknych mów Supermana czy Kapitana Ameryki, to radzę nieco przygotować się na inną specyfikę. Jeśli miałbym do czegoś to porównać, to komiks superbohaterski jest słodziutkim latte, a opowieść Azzarella nieco nawet zbyt mocnym wywarem z kawy.

Strona komiksu Hellblazer tom 1

Piekło zamarznie to opowieść niezwykle kameralna z racji miejsca akcji i moja ulubiona w całym tomie. Akcja ma miejsce w knajpie na odludziu, przysypanej śniegiem, z tego też powodu można jedynie do niej wejść, a wyjście i dotarcie gdziekolwiek okazuje się utrudnione. W nieco dusznej atmosferze pojawia się wątek dość bezczelnie żyjącego sobie człowieka, który miał nie żyć. Tak, jak otwierająca tom historia nie zdobyła mojego uznania, tak ta część, jak i jej krótki wstęp zasługują na dużo wyższą notę.

Brian Azzarello ma ogromny talent do zjadliwych dialogów. Widoczne to było już w 100 nabojach, lecz w Hellblazer tom 1 uwypukla się to jeszcze silniej. Wszystkie bolączki fabularne można wybaczyć mu dzięki właśnie niepoprawnym, rozbrajającym miejscami relacjom, które objawiają się nie tylko słownie, ale i wizualnie, poprzez gesty czy spojrzenia. W przypadku opowieści, w której bohaterowie nie są ekstrawertycznymi gadułami, to bardzo istotne. Z jednej strony nie uraczycie tu pustosłowia, a z drugiej, gdy bohater już otwiera gębę, to w konkretnym celu.

Strona komiksu Hellblazer tom 1

Ilustracje w Hellblazer tom 1 to sprawa warta omówienia. Steve Dillon i Richard Corben to autorzy, o których można się solidnie rozpisać. Kłopot w tym, że ząbkujący czytelnik komiksów może zniechęcić się do ich plansz ze względu na oryginalną estetykę tego, co tworzą. Sam długo nabierałem respektu do Dillona, a i Corben nie został przeze mnie należycie doceniony po pierwszym spotkaniu. Na etapie albumu Hellblazer tom 1 mogę jednak już powiedzieć, że trochę tych panów poznałem i polubiłem. Mam jednak jeden problem. W więziennej historii rysowanej przez Corbena lepiej sprawdziłby się Dillon. I na odwrót. Barowy charakter plansz z ilustracjami rysownika Kaznodziei oddałby umiejętniej Corben. Również z Marcelo Frusinem miałem przez kilka chwil mały kłopot. Mianowicie nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że za rysunki podpisane jego nazwiskiem odpowiada Eduardo Risso. Panowie mają miejscami niemal identyczną kreskę, choć to wrażenie tylko na pierwszy rzut oka. Frusin po bliższym kontakcie wyraźnie się odróżnia. Klasycznie warte wspomnienia są okładka Bradstreeta, który znany jest również z tworzenia ich choćby do serii Punisher MAX.

Seria Hellblazer zostanie u nas wydana w dość dziwnej kolejności. Po Brianie Azzarello za sterami kolejnych tomów zasiądą Garth Ennis i Warren Ellis. Chwilowo pominięci zostaną więc liczni mniej popularni u nas autorzy. Czy to dobry ruch, zaczynać genialną skądinąd serię od jej niemalże półmetka? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Polski rynek komiksowy nie cieszy się kondycją amerykańskiego i wydanie swoistych pewniaków to zrozumiały ruch Egmontu. Czy czytelnik na tym traci? Na pewno znajdą się chronologiczni ortodoksi, którym nie w smak będzie seria stojąca na półce bez świętego dla nich porządku. Jeśli zaś chodzi o bardziej merytoryczną i racjonalną stronę, to odbiorca może poznać przygody Constantine’a od znanych mu autorów, po których mniej więcej wie, czego się spodziewać. Jestem jednak pewien, że popyt na przygody Jana Konstantyna będzie rósł. Hellblazer tom 1 to komiks naprawdę solidny, choć nie porywający mnie tak, jak seria z agentem Gravesem. Marudziłem jednak przy okazji pierwszego tomu wielu wspaniałych pozycji, więc i wy dajcie szansę Johnowi.

PS: Czy tylko ja czytam w myślach tytuł w rytm refrenu „Hellraiser” zespołu Motörhead…?


Okładka komiksu Hellblazer tom 1

Tytuł oryginalny: Brian Azzarello presente Hellblazer Vol.1
Scenariusz: Brian Azzarello
Rysunki: Steve Dillon, Richard Corben, Marcelo Frusin, Dave V. Taylor
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Wydawca: Egmont 2019
Liczba stron: 408
Ocena: 85/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?