Advertisement

Invincible tom 7 – recenzja komiksu

Pomysłowości Kirkmana chyba nic nie ogranicza. Choć złośliwie można stwierdzić, że jest tak dlatego, że jego twórczość opiera się na tym, co zostało już pokazane w innych światach z herosami. W Invincible tkwi jednak nieco większy potencjał i już poprzednie tomy były tego dowodem. W siódmym albumie cyklu autor idzie w bardziej bitewne klimaty, choć skondensowana dawka wątków osobistych sprawia, że nie spotykamy się wyłącznie z ringowym scenariuszem.

Mark i jego brat u boku swego ojca wyruszają na wojnę ze swoimi rodakami z Viltrum. Szybko okazuje się, że Graysonowie nie są najpotężniejszymi przedstawicielami swej nacji i nawet wsparcie ich sojuszników może okazać się nieskuteczne, gdy na drodze stają potęgi pokroju Conquesta czy de facto ich władcy Thargga. Jeśli w poprzednich tomach nie usatysfakcjonowała was ilość przelanej krwi i wyrwanych wnętrzności, to w Invincible tom 7 nie ma szans, abyście byli niezadowoleni. Tu uwypukla się duża różnica między światem Kirkmana i dwoma klasycznymi uniwersami herosów. Potężne ciosy Omni-Mana i jego pobratymców mają swe konsekwencje, czego najlepszym przykładem jest drugi pojedynek Marka i jego osobistego nemezis Conquesta. I tu też pojawia się pewna sprawa, której początkowo nie chciałem przedstawiać, lecz nie dałaby mi ona spokoju.

Invincible tom 7 budzi oczywiste skojarzenia z superbohaterską klasyką. Tym razem kosmiczne bitwy Marka i spółki z rodakami rozpaliły zupełnie inne połączenia z pozornie odległymi tytułami.  Mowa tu np. o Dragon Ball Akiry Toriyamy. Wojownicy, którzy swoją tężyzną zawstydzili Supermana? Są. Konotacje rodzinne między bohaterami, emocjonalny heroizm i różnorodny skład w stylu Team Z? Są. Może Invincible całokształtem dalekie jest od przygód Goku, ale w tym tomie starcia wojowników Viltrum żywo przypominają sayiańskie wojny. I mam nadzieję, że nikt za owe skojarzenia nie wyda za mną listu gończego…

Zauważyłem, że o wielkości niektórych tytułów z herosami często decyduje ich warstwa emocjonalna. Przynajmniej bywa tak w DC i Marvelu. Niezwiązane z wielkimi wydawnictwami opowieści z herosami jeszcze częściej zagłębiają się w tematy obyczajowe. Kirkman od pierwszego tomu nie zaniedbywał psychologii swych bohaterów, a w Invincible tom 7 nastąpiło pewne smutne wydarzenie w życiu Marka i Eve. Nie chodzi tu na szczęście o żadną melodramę, a o decyzję, której podjęcie, wbrew temu, co krzyczy lewica i prawica, nie jest oczywistością i nie podlega jakimkolwiek konserwatywnym, tradycyjnym dogmatom czy liberalnym wolnościom wyboru. Robert Kirkman w nieustające bitwy włożył naprawdę mocny ładunek emocjonalny i jeśli miałbym wybierać najlepsze motywy, które dotąd zagościły w tej serii, to ten stanąłby z pewnością na podium.

Mnogość komiksów od początku do końca tworzy grupa tych samych twórców. 100 naboi nie byłoby tym samym tytułem bez Eduardo Risso, a seria Criminal straciłaby wiele bez nastrojowych prac Seana Phillipsa. Ryan Ottley to jednak rysownik nieco mniej zdolny od wyżej wymienionych. Tworzy świetne sceny batalistyczne, z dużą ilością rzeźnickich, nieocenzurowanych momentów. Aczkolwiek po raz siódmy czuję się niestety trochę zmęczony jego pracami. Są co prawda ograniczone realiami świata Kirkamana, ale pomimo tego mogłyby być śmielsze, wykraczać poza kolorowy trykot, wyjątkowo tutaj klasyczny w swej formie. Na szczęście epizodycznie pojawiają się ludzie pokroju Cliffa Rathburna, który wnoszą powiew świeżości.

Dwanaście tomów o objętości ponad trzystu stron każdy to sporo. To wyzwanie nie tylko dla czytelnika, ale i twórcy, który przez prawie półtorej setki zeszytów musi utrzymać pewien poziom. Co prawda przy regularnych seriach z herosami to nie tak dużo, a Kirkmanowi daleko do Chrisa Claremonta, ale w pewnym momencie pomysły mogą się wyczerpać. Siódmy tom Invincible’a nie zwiastuje zmęczenia twórcy, ale widoczne jest, że autor powiedział już sporo i zapewne mniej utalentowani scenarzyści już teraz przynudzaliby wtórnymi scenariuszami. Kirkman idzie do przodu i wiele wydarzeń może jeszcze rozwinąć się w zadziwiający sposób.


Okładka komiksu Invincible tom 7

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?