Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości – recenzja komiksu

Fajnie jest czytać komiksy ambitne i „wielkie”. Mieć świadomość, że obcujemy z arcydziełami literatury graficznej, którym wartości nie odmówi nawet największy książkowy snob. Czasem jednak zdrowo jest sięgnąć po rozrywkę w wysokoprocentowym stężeniu, a przy tym w miarę szlachetną. Liga Sprawiedliwości z okresu Odrodzenia nie cieszyła się szczególną aprobatą. Czy po przejęciu tego tytułu przez Scotta Snydera coś się zmieni? Historia znajdująca się w tomie Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości to widowiskowy, acz kameralny crossover, będący konsekwencją eventu Batman Metal, stanowiący pomost pomiędzy nim, a dalszymi przygodami Ligi.

Strona komiksu Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości

Ściana Źródła to mur chroniący wszechświat DC przed wpływami z zewnątrz. Po szczegółową historię odsyłam do wszechwiedzącego boga Google’a. To kawał niezłej treści, w której palce maczał sam Jack Kirby. Wracając jednak do bieżących wydarzeń, po ataku Barbatosa a murze pojawił się wyłom, przez który przełażą kłopoty o kosmicznych rozmiarach. Mowa tu o kwartecie Tytanów Omega, istot o apetycie godnym konkurencyjnego Galactusa. Naprzeciw nim stają cztery drużyny ziemskich herosów, uformowane przez Brainiaca (!), nieco wbrew ich woli. Pewne motywy są tu zauważalnie wtórne. Przejście do mrocznego świata żywcem przypomina Imperatyw Thanosa, a sami Tytani Omega styl podpatrzyli u marvelowskich Celestian. Scott Snyder lubi podpatrywać motywy nie tylko z konkurencji, choć Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości jest skonstruowana na tyle sprytnie, że można mu to wybaczyć.

Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości to generyczny crossover. Mamy tu nie tylko członków Ligi i innych zespołów, ale i wolnych strzelców, jak Lobo, Etrigan i Starro. Zwykle w takim koktajlu rodzą się zgrzyty i część postaci jest jedynie tłem. Tu każdy otrzymuje swoje kwestie i choć nie zawsze godzą się one z powszechnym wyobrażeniem o danej postaci, to razem pięknie się zazębiają. Materiał fabularny tego albumu swobodnie mógłby uchodzić za kolejny event, podczas gdy mieści się w czterech zeszytach z dodatkowym preludium. Czy mamy czego żałować? Myślę, że nie, gdyż paradoksalnie ta krótka miniseria wprowadza sporo zmian w świat DC, których konsekwencje ujrzymy pewnie niebawem.

Strona komiksu Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości

Gdyby Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości narysowana była przez mniej wyrazistego rysownika, istniałoby ryzyko, że utonie w zalewie innych historii. Prace Francisa Manapula nadały całości kosmicznego wydźwięku, a oczobitne kolory Hi-Fi wnoszą nieco magii. Ciekawie prezentują się też oryginalne prace Riley’a Rossmo, które płynnie przechodzą w kreskę Marcusa To, prezentującego już zupełnie inny styl, co może świadczyć o tym, że komiks naprawdę pochłania.

Strona komiksu Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości

Fabułę tego komiksu można by rozkręcić na naprawdę duże wydarzenie. I byłby on dobry, przynajmniej w swej kategorii. Zamiast tego dostajemy stosunkowo krótką opowieść, w której pomimo całej skali wydarzeń, nie odczuwamy nadmiernej ciasnoty i pośpiechu. Mało tego, nie jest on eventem dla samego eventu, gdyż niesie ze sobą niemałe konsekwencje. Triumwirat Snyder/ Tynion IV/ Williamson pokazał, że da się bez stosów tie-inów i w to przy kompaktowej głównej historii pokazać wciągającą opowieść. Długo czekałem na komiks z herosami, który nie będzie raził w oczy infantylnością, ale zachowa pewną dawkę zachwycającej, absurdalnej przesady. Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości to właśnie taki album. Dobry, warty przeczytania, a przy tym nie silący się do roli laureata Eisnera.


Okładka komiksu Liga Sprawiedliwości: Bez sprawiedliwości

 Tytuł oryginalny: Justice League: No Justice
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV, Joshua Williamson
Rysunki: Francis Manapul, Rikey Rossmo, Marcus To, Jorge Jimenez

Tłumaczenie: Maciej Nowak-Kreyer
Wydawca: Egmont 2019
Liczba stron: 144
Ocena: 75/100 

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?