Advertisement
banner

Oblivion Song – Pieśń otchłani tom 2 – recenzja komiksu

Przyznać się do wielkiego błędu nie jest łatwo. Szczególnie gdy jest to błąd, który wiąże się z wywołaniem katastrofy. Bo czy gdybyście przypadkowo dokonali destrukcyjnego czynu, to od razu posypalibyście głowy popiołem? Jestem pewien, że mielibyście wątpliwości, przynajmniej na początku. Nie inaczej było z Nathanem Cole’em, którego przewinienie wyszło na jaw w finale pierwszego tomu Oblivion Song – Pieśń otchłani. Międzywymiarowa skala jego występku nie przymusiła go jednak do przyznania się do winy, co nie oznacza, iż pan Cole zachował się jak rasowy polityk i udawał, że to nie jego wina. I właśnie to skłoniło mnie do sięgnięcia po dalszy ciąg. Czy jednak warto było nań czekać?

Strona komiksu Oblivion Song – Pieśń otchłani tom 2

W wielu dziełach z wątkami paranormalnymi nie zawsze są one główną osią fabularną. I tak roszada Filadelfii i wymiaru z maszkarami wszelkiego sortu w Oblivion Song po jakimś czasie staje się tłem – czymś, co popchnęło pierwszą kostkę domina. Walka z bestiami i wszystko, co łączy się z innym wymiarem, choć jest zauważalna, ustępuje pola nieco bardziej przyziemnym sprawom. Nathan Cole to człowiek obarczony ogromną winą i jego wyrzuty sumienia są uzasadnione. Odnoszę jednak wrażenie, iż Kirkman mógłby nieco mniej podkreślać tę kwestię, która z czasem zaczęła przypominać melodramatyczne wątki z telenoweli. Scenarzysta po prostu nie wyczuł balansu między sferą akcji i emocji. W efekcie czego Oblivion Song – Pieśń otchłani tom 2 jest komiksem, który mógłby być bardziej wyrazisty.

Idee są kuloodporne, ale nic tak jak one nie potrafi poróżnić ludzi. Wystarczy zerknąć na scenę polityczną dowolnego kraju cywilizacji zachodniej. W Oblivion Song – Pieśń otchłani tom 2 nie dostajemy co prawda sporu na globalną skalę, ale napięcie między dwojgiem braci ma kluczowe znaczenie dla wydarzeń. To chyba najmocniejsza część komiksu. Postawienie pytania o idee współczesnej, wygodnej cywilizacji, stojącej często w opozycji do prostego, choć bardziej ryzykownego żywota na jej obrzeżach. Całej problematyki oczywiście nie da się ująć w komiksie, lecz oklaski dla twórcy Invincible za jej poruszenie. Bracia Cole sprzeczają się jednak nie tylko o rzeczy natury filozoficznej. Panowie to zupełnie inne żywioły. W sytuacji codziennej zapewne dogadywaliby się doskonale, unikając sporów. Stojąc w obliczu niebezpieczeństw, napięcie między nimi zwiększa się i oprócz potworów mają na głowie familijną utarczkę.

Strona komiksu Oblivion Song – Pieśń otchłani tom 2

Lorenzo de Felici w drugim tomie ma więcej okazji do zaprezentowania stworów z innego wymiaru. Artysta nadal trzyma fason, nie próbując nawet upiększyć ich koślawej anatomii czy poprawić zwiędłych min braci Cole. Oblivion Song na dobrą sprawę nie jest postapo, choć mieszkańcy obozu Eda mogą poczuć się jak bohaterowie Metro 2033. Wszystko właśnie dzięki tym zabiegom de Feliciego, choć miejscami mogłoby być nieco mroczniej. Tak jak w przypadku fabuły, pierwsze dobre wrażenie minęło i niczym w kiepskim związku, powiało rutyną. Boję się, że autor może popaść w nią całkowicie, choć koniec tego albumu jest światełkiem w tunelu.

Strona komiksu Oblivion Song – Pieśń otchłani tom 2

Kirkman wymyślił coś bardzo ciekawego. Podtrzymanie wrażenia z nieźle zapowiadającego się debiutu mu jednak nie wyszło. Oblivion Song – Pieśń otchłani tom 2 nie zmierza może ku przepaści, ale na pewno nie rokuje na cykl, który wybijałby się ponad przeciętność. Autorzy zostawiają nas z solidnym cliffhangerem na koniec i biorąc pod uwagę ich talent, z pewnością go w pełni wykorzystają. Przynajmniej mam taką nadzieję. Drugi tom jest jednakowoż lekkim rozczarowaniem, choć nie jest ono gargantuicznych rozmiarów.


Okładka komiksu Oblivion Song – Pieśń otchłani tom 2

Tytuł oryginalny: Oblivion Song vol.2

Scenariusz: Robert Kirkman

Rysunki: Lorenzo de Felici

Tłumaczenie: Grzegorz Drojewski

Wydawca: Non Stop Comics 2019

Liczba stron: 136

Ocena: 65/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?