Ostatni kryzys – recenzja komiksu

Nie lubię dzielić artystów na lepszych i gorszych. Sztuka to materia niebywale trudna do oceny i nawet najwięksi partacze i beztalencia mogą ująć kogoś za serce. Gdy jednak trafia się taki Grant Morrison, ciężko nie zauważyć, że jego dzieła mają „to coś”. Nawet regularne serie pozytywnie się wyróżniają, czego przykładem może być wybitny wręcz run Batmana. Jak ceniony autor poradził sobie z kolejnym wielkim wydarzeniem uniwersum DC? Czy Ostatni kryzys to kolejne huczne widowisko, czy może dzieło bardziej niejednoznaczne?

Strona komiksu Ostatni kryzys

Ziemię i broniących jej herosów znów dotyka kryzys na skalę multiwersalną. Darkseid, wygrawszy wojnę z Nową Genezą, rusza na dalszy podbój, a Błękitna Planeta jak zawsze wydaje się kusząca. Pomóc w jej podboju ma mu dopracowane po latach Równanie Antyżycia. Te niewesoło brzmiące zjawisko zmusza dotknięte nim istoty do niewolniczego wręcz posłuszeństwa wobec władcy Apokolips i czyni z nich istoty na modłę mieszkańców tej planety. Na drodze stają mu jednak superbohaterowie, choć szybko dane jest im przekonać się, że ani lasery z oczu, ani nawet batarangi w tej potyczce się nie przydadzą.

Czym charakteryzowały się poprzednie „kryzysy”? Marv Wolfman w Kryzysie na nieskończonych ziemiach i Geoff Johns w Nieskończonym kryzysie dali nam prawdziwe komiksowe blockbustery. Działo się w nich dużo, głośno i z przytupem. Tu cały harmider, związany z pozaziemskimi wydarzeniami, jest umiejętnie spychany do kąta. Pełni on ważną funkcję, ale ważniejsze wydają się osobne historie. Dramaty Supermana i Batmana, walka z próbami zniewolenia czy nieludzkość systemu Apokolips. Autor nie próbuje wymyślać idei, którymi kierują się siły Darkseida. Jeśli miałbym jakoś je określić, to byłby to totalitaryzm ociekający sadyzmem i masochistyczną autodestrukcją. Twórca We3 zachowuje przy tym komiksową sensacyjność. Nie dostajemy w twarz elaboratami, przydługimi opisami czy filozofującymi banałami. Morrison nadaje oczywiście pewną głębię, lecz nie słowami, a samą dynamiką scenariusza.

Strona komiksu Ostatni kryzys

Obok tytułowej historii, w powyższym albumie znajdują się też opowieści poboczne, poświęcone kolejno Supermanowi, Black Lightningowi i Batmanowi. Ten pierwszy wyrusza na międzywymiarową wyprawę, w celu znalezieniu remedium na ciężki stan ukochanej Lois, co prędko okazuje się zadaniem ciężkim, nawet jak dla niego. Black Lightning, przetłumaczony jako Czarna Błyskawica, walczy z kolei na poziomie ulicy i szkoda, że heros ten tak rzadko się u nas pojawia. Tym bardziej, że dorobił się przecież własnego serialu. Najlepszą historią jest jednak ta z Mrocznym Rycerzem. Aby nie zdradzać zbyt wielu szczegółów powiem tylko, że fani Batmana będą zadowoleni. Moc Obrońcy Gotham tkwi nie w pasie i batmobilach, a w nim samym, o czym dane jest przekonać się jajogłowym Darkseida. Piękny hołd dla całej historii herosa, dla którego ten event będzie kluczowy.

Główna oś fabularna ilustrowana jest przez J.G. Jonesa, autora, któremu dane było już współpracować z Morrisonem na łamach Marvel Boya i to z sukcesem. Ostatni kryzys również wygląda bardzo dobrze, głównie za sprawą pomysłowości rysownika. W swych projektach dba on o szczegóły i dokonuje tego, co lubię najbardziej w komiksie superbohaterskim. Mianowicie znajduje równowagę między pomnikowym sposobem ukazywania superludzi, a ich ludzką, śmiertelną stroną. Herosi dostają po grzbietach, lecz gdy nadchodzi czas na ripostę, prezentują się jak należy. Miejscami Jonesa wspierają inni autorzy, ale są to zmiany płynne, niemal niezauważalne. Dodatkowe historie rzecz jasna rysuje już ktoś inny. Kal-Elem zajął się Doug Mahnke i spośród wszystkich pobocznych opowieści, ta wizualnie jest najlepsza. Najgorzej trafił Black Lightning. Matthew Clark nie zostanie przeze mnie zapamiętany dobrze, głównie przez kilka wpadek z mimiką, oscylujących na granicy karykatury. Lee Garbett i jego prace z Batmanem to piękny przekrój historii bohatera, wywołujący nostalgię i chęć powrotu do kultowych opowieści.

Strona komiksu Ostatni kryzys

Ostatni kryzys to dla mnie najlepsza część z całej „kryzysowej” trylogii. Grant Morrison uniknął błędów poprzedników i z powodzeniem wyciągnął z nich to, co najlepsze. Nie uraczycie tu przekombinowania i nie pogubicie się w ogromnie wydarzeń. Dostaniecie za to potyczkę, w której bohaterowie zbierają solidny łomot, choć nie w dosłownym, pięściarskim kontekście. Szkoda, że Darkseid został znów wrzucony do szufladki zwykłego złoczyńcy czyniącego zło w okresie Nowego DC Comics!. Grant Morrison nie miał w tym swego udziału i przy okazji polecam bliżej przyjrzeć się temu nietuzinkowemu twórcy. Jeżeli każdy „kryzys” wyglądałby jak Ostatni kryzys, to życzyłbym sobie ich więcej. Co prawda DC jest w trakcie wydawania eventu Heroes in Crisis, lecz to zupełnie inny rodzaj opowieści, choć Doomsday Clock zaczyna nabierać znamion podobnych do tych przełomowych wydarzeń.


Okładka komiksu Ostatni kryzys

Tytuł oryginalny: Final Crisis
Scenariusz: Grant Morrison
Rysunki: J.G. Jones, Doug Mahnke, Carlos Pacheco, Matthew Clark i inni
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Egmont 2019
Liczba stron: 420
Ocena: 85/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?