Advertisement
banner

Predator vs Judge Dredd vs Aliens: Dziel i plącz – recenzja komiksu

Sędzia Dredd miał do czynienia z wieloma postaciami, zdawać by się mogło spoza obszaru jego jurysdykcji. Kilka spotkań z Batmanem, potyczka z Marsjanami z produkcji Burtona czy wreszcie spotkanie z zabójczym Ksenomorfem. Tym razem jego drogi krzyżują się zarówno z łowcami z kosmosu, jak i maszkarami z filmów Ridley’a Scotta. Jak poradzi sobie twardy stróż prawa i czy ziemskie kodeksy tyczą się przybyszów z kosmosu? Predator vs Judge Dredd vs Aliens: Dziel i plącz odpowiada na te pytania.

Historia zaczyna się stosunkowo niewinnie jak na codzienność Mega-City One. Sędzia Dredd i jego podkomendni znajdują gniazdo sekciarzy niejakiego Arcybiskupa Emoji. Szybko zostaje ono rozgromione, lecz sam guru czmycha na pobliskie bagna, które szybko stają się areną niecodziennej walki. Na moczarach urzęduje bowiem uznany za zmarłego doktor Reinstöt. Szalony genetyk trafia na unikalny okaz do badań, którym okazuje się przedstawiciel rasy Yautja. Każdy szanujący się fan SF zapewne kojarzy, o kogo chodzi. Na domiar złego jajogłowy trafia na jego statek, a tam zachowaną czaszkę Ksenomorfa, czyli czysty nośnik kodu genetycznego zabójcy. Szykuje się więc starcie godne tria kultowych postaci.

John Layman w swym dziele zawarł sporą liczbę popkulturowych archetypów, do których dodał jednak wiele od siebie. Weźmy takiego Reinstöta. Pozornie sztampowy, szalony naukowiec pasuje idealnie nie tylko do kosmopolitycznego świata Dredda, ale i pozaziemskich istot. Jego uwielbienie do pająków jest nieco dziwaczne, a nawet przerysowane. Finał historii pokazuje, że warto było znieść odrobinę przesady. Z kolei Arcybiskup Emoji, ze swoją emotkową mimiką, wydaje się najprawdziwszym objawieniem. Zwłaszcza w obecnych czasach. Scena, w której ucieka przed wymiarem sprawiedliwości, warta jest tysiąca memów. Ale dość o nich. Wszak są jeszcze Predatorzy i Obcy. Ci pierwsi mają tu godną reprezentację w wielu wariantach ekwipunkowych. Obecność Ksenomorfa przybiera niestety nieco inny charakter, aczkolwiek satysfakcjonujący i nieuwłaczający tej przerażającej rasie.

Dredd, Predatorzy i Obcy są postaciami rozpoznawalnymi. Bez cienia wątpliwości mogę nawet stwierdzić, że są prawdziwymi ikonami. Ich narysowanie wiąże się więc z pewnym ryzykiem, któremu Chris Mooneyham podołał śpiewająco. Projekty odmiennego wyposażenia Predatorów są czymś, czego oczekiwałem. Pokazuje to złożoność struktur Yautja i fakt, że nie jest to wyłącznie rasa zdziczałych myśliwych. Przebijają je jedynie Ksenomorfy, którym dane było zrodzić się z istot antropomorficznych, łączących w sobie na przykład cechy człowiecze z fizjonomią jelenia czy słonia. Bardzo lubię takie drobnostki, które z dość krótkiej objętościowo historii potrafią uczynić lekturę pełną treści. Predator vs Judge Dredd vs Aliens: Dziel i plącz przyciąga uwagę wspaniałymi okładkami Glenna Fabry’ego, który jest prawdziwym mistrzem w ich tworzeniu.

Predator vs Judge Dredd vs Aliens: Dziel i plącz na pierwszy rzut oka uznałbym za komiks lekki i rozrywkowy, do którego nie wraca się zbyt często. Po jego lekturze stwierdzam jednak, że to coś znacznie więcej. Udane crossovery między bohaterami z kompletnie różnych uniwersów są często naciągane, a sami ich uczestnicy tracą pazur. John Layman zachowuje siłę każdego z bohaterów i nawet antagoniści proszą się o więcej czasu antenowego. Autorowi udało się również zachować zwięzłość historii, a przy tym opowiedzieć naprawdę wiele. Hachette niebawem kończy Wielką Kolekcję Komiksów Marvela i najprawdopodobniej w jej miejsce pojawi się cykl wydawniczy związany z którymś z herosów Marvela. Piękniej jednak by było, gdyby kiedyś ukazał się taka kolekcja, której głównym bohaterem jest zakuty w hełm obrońca Mega-City One.


Okładka komiksu Predator vs Judge Dredd vs Aliens: Dziel i plącz

Tytuł oryginalny: Predator vs Judge Dredd vs Aliens – Splice and dice
Scenariusz: John Layman
Rysunki: Chris Mooneyham
Tłumaczenie: Aaron Welman
Wydawca: Scream Comics 2019
Liczba stron: 108
Ocena: 80/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?