Advertisement

Silver Surfer: Przypowieści – recenzja komiksu

Uwielbiam Silver Surfera. Nie dlatego, że jest częścią kosmosu Marvela i stanowi jedną z mocniejszych postaci uniwersum. Istotą postaci zbuntowanego herolda Galactusa są dla mnie jego wrażliwość i moralność, nieco archaiczne i bardziej pasujące do dramatu Szekspira niż komiksu z superherosami. Nie doczekaliśmy się na razie żadnej regularnej serii z jego udziałem, ale Egmont nadrobił zaległości, wydając album Silver Surfer: Przypowieści, zbierający cztery historie, wszystkie ujmujące to, co najlepsze w srebrnoskórym herosie.

Strona komiksu Silver Surfer: Przypowieści

Stan Lee i Moebius. Stanley Lieber i Jean Giraud. Dwie ikony medium komiksowego z zupełnie innych planet. Pierwszy z nich to ikona rozrywki, ojciec połowy bohaterów Marvela i wielka osobowość medialna. Drugi to tytan europejskich powieści graficznych, jakże różnych od tych jankeskich. Dwa zupełnie różne żywioły. Polecam zderzyć charaktery obu panów na przykładzie słów skierowanych do czytelnika. Pod koniec tego tomu Moebius rozpisuje się nad pracą przy komiksie. Nie jest to wodolejstwo nasączone udawaną skromnością. Jean Giraud opisuje niełatwy proces twórczy nad amerykańskim materiałem. Lektura obowiązkowa dla kogoś, kto ceni komiks jako medium, nie tylko rozrywkowe.

Ich wspólne dzieło to opowieść między innymi o człowieku i jego stosunku do istot wyższych. Do jego wątpliwej moralności, zdolnej w imię autorytetu do największych oszustw i zbrodni. Jeśli kojarzycie Stana Lee jako twórcę niedzisiejszych przygodowych komiksów z superludźmi, to tu przekonacie się, że The Man nie bez powodu jest legendą medium komiksowego. Do tego kreska Moebiusa, choć nieco inna niż zwykle, sprawia, że Przypowieść to otwarcie całego albumu z fanfarami. Złożona jest ona z ledwie dwóch zeszytów, ale wierzcie mi – nie niknie ona w zestawieniu z pozostałymi, dłuższymi historiami.

Strona komiksu Silver Surfer: Przypowieści

Silver Surfer: Łowcy niewolników to kosmiczny Marvel w całej rozciągłości. Mimo że Lee współtworzy go z Keithem Pollardem, to wpływ takich nazwisk jak Kirby czy Steranko jest tu odczuwalny. W historii widzimy tytułowych złoczyńców łupiących na swej drodze kolejne planety, których mieszkańcy czynią ich przywódcę jeszcze potężniejszym. Nie jest to byle jaka zbieranina pozaziemskich kryminalistów. Pod dowództwem Mrrungo-Mu działa cała cywilizacja wyspecjalizowana w swym procederze. Na nic zdaje się potęga ziemskich herosów, a jedyną przeszkodą do założenia kajdan na Ziemię jest jej nie zawsze mile widziany obrońca z odległych gwiazd.

Silver Surfer: Requiem to opowieść w stylu cyklu The End. J. Michael Straczyński i Esad Ribić przedstawiają finał drogi herosa, w którym to powoli tracąc swą kosmiczną moc, robi swoisty rachunek sumienia. Straczyński, nie rezygnując z etosu kosmicznego herosa, zanurza go w sentymentalizmie i gloryfikuje jego ideały. Jeśli ktoś lubi, jak heros staje się zły, mroczny i kieruje się w niewłaściwe rejony – niech sobie odpuści. Requiem to piękne pożegnanie legendarnej postaci Marvela, stworzone co prawda na zasadzie „co by było, gdyby”, ale nie umniejsza to treści tej historii. Warto dodać, że album ten został swojego czasu wydany na rynku przez Mucha Comics, ale jego wznowienie zawarto w tomie Silver Surfer: Przypowieści.

Strona komiksu Silver Surfer: Przypowieści

Ostatnia z historii, Silver Surfer: W imię twoje scenariusza Simona Spurriera, porusza tematy globalne. Od relacji między cywilizacjami i wzajemnego na siebie wpływu, po schematy w nich występujące. Przy okazji starcia dwóch nacji na kolejnej planecie w niekończącej się podróży herosa Spurrier kładzie nacisk na obraz superbohatera-filozofa, jaki przylgnął do Norrina Rada już od samego debiutu.

Surfer ma w sobie coś z kosmicznego bóstwa, a jego srebrny blask i atrybut w postaci deski jeszcze to podkreśla. Oczywiście nim nie jest, ale sami przekonacie się, że trzech różnych scenarzystów i czterech rysowników w którymś momencie przedstawia go niczym postać z antycznych mitologii. I nie jest to kolejny bóg w pelerynie czy zapożyczenie z istniejących niegdyś wierzeń.

Polecam czytać historie pojedynczo. Bynajmniej nie z powodu przesytu treścią, a czarem, jaki rzucają rysunki kolejnych autorów. O Moebiusie pisać chyba nie muszę. Francuz swoimi dziełami dawno zerwał z siebie etykietkę wyłącznie komiksowego ilustratora i choć Przypowieść nie jest dla niego typowym dziełem, to widać jego geniusz. Esad Ribić jest aktywnym twórcą w najświeższych dziełach z herosami, a tu dostajemy równie wysoką klasę ilustratorskiego kunsztu. I na koniec – Tag Eng Huat. Ten malezyjski twórca pracował już przy słynącym z nieszablonowości Doom Patrolu i na łamach Silver Surfer: W imię twoje pokazuje wszechświat Domu Pomysłów w iście kosmicznej skali.

Silver Surfer: Przypowieści to dla wielu zapewne głównie duet Stan Lee/Moebius. Konkurencja z nimi jest ciężka, ale pozostali autorzy podołali zadaniu, co w efekcie dało skoncentrowany zbiór historii z eks-heroldem Galactusa. Co najlepsze, każda opowieść ma inny wydźwięk, ale też każda przedstawia Surfera z pietyzmem, uznając pewne nienaruszalne wartości tej postaci. Okładka tomu, jak i charakter zawartości przypomina mi komiks Hulk: Koniec i inne opowieści. Chcę więcej takich albumów. Nie będących częścią konkretnego runu czy eventu, a zbierających perełki z biografii danego bohatera, które nie mogłyby sensownie zaistnieć u nas w innej formie. Kolejna wizyta w kosmosie Marvela nastąpi w Wojnie królów i na pewno na tym się nie skończy.


Okładka komiksu Silver Surfer: Przypowieści

Tytuł oryginalny: Silver Surfer: Parable, Silver Surfer: The Enslavers, Silver Surfer: Requiem, Silver Surfer: In Thy Name
Scenariusz: Stan Lee, Simon Spurrier, J. Michael Straczyński
Rysunki: Moebius, Keith Pollard, Esad Ribić, Tag Eng Huat
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Wydawca: Egmont 2020
Liczba stron: 352
Ocena: 85/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?