Ultimate Spider-Man tom 4 – recenzja komiksu

Seria Ultimate Spider-Man mogłaby zostać oskarżona o wiele rzeczy – od dość istotnych zmian w klasycznych wydarzeniach związanych z Peterem Parkerem i Spider-Manem, aż po nadmierne postawienie na akcję. O ile sam jestem wielkim fanem obu rozwiązań i złego słowa bym o nich nie powiedział, o tyle dopiero Ultimate Spider-Man tom 4 może zadowolić tych bardziej wymagających rozwoju warstwy obyczajowej czytelników.

Pierwsza część albumu jednak na to nie wskazuje – Peter spotyka bowiem młodego mutanta (wymyślonego przez Bendisa i Bagleya na potrzeby tej serii), który popisuje się swoimi mocami w nieodpowiedni sposób, zazwyczaj coś niszcząc lub podpalając. Spider-Man musi działać, ale subtelnie – nie dość, że nie chce zrobić krzywdy uczniowi ze swojej szkoły, to jeszcze Geldoff wydaje się dość niebezpieczny. Wkrótce zjawią jednak upomną się po niego sami… X-Meni.

A właściwie X-Menki, bo na ratunek Peterowi przychodzą Storm, Jean Grey i Shadowcat, czyli Kitty Pryde. Tu zatrzymam się na chwilę nad sposobem, w jaki Mark Bagley portretuje młode mutantki. Postacie są przede wszystkim seksowne – wysportowane, odziane w skąpe i obcisłe uniformy, z wyraźnie zaznaczonymi kobiecymi kształtami. Ma być przede wszystkim efektownie, niczym u Jima Lee. I tylko szkoda biednego Petera, dorastającego chłopaka z burzą hormonów, z którego artyści oczywiście przy okazji sobie pożartują.

W ogóle Parker boryka się w Ultimate Spider-Man tom 4 z samymi problemami. Nie dość, że jego jedyny kostium został uszkodzony, a nie stać go na nowy, to jeszcze ma szereg problemów z Mary Jane i ciocią May. Z tą pierwszą wprawdzie się zszedł, ale jej ojciec dość wyraźnie sprzeciwia się ich związkowi. May z kolei nie radzi sobie w relacjach z Peterem do tego stopnia, że musi chodzić na terapię do psychologa. W niniejszym albumie warstwa obyczajowa zostaje wyraźnie pogłębiona.

Ultimate Spider-Man tom 4 oferuje sporo więcej: dość interesujące nakreślenie relacji pomiędzy Kingpinem a Pajęczakiem, która jak wiadomo zawsze była w kanonie niezwykle istotna, a także debiut bardzo ważnej postaci w życiu Petera. Chodzi oczywiście o Felicię Hardy, Czarną Kotkę, przy rysowaniu której Bagley również popuszcza wodze męskiej fantazji. I znów trudno się dziwić, że Parker musi ciągle przypominać samemu sobie, że przecież jest w związku z Mary Jane.

Ultimate Spider-Man tom 4 pokazuje klasyczne problemy Parkera – z pracą, ze zleceniami, z pieniędzmi, z miłością i oczywiście z superwrogami. Siłą rzeczy Spidey zostaje też wplątany w pewne polityczne machlojki. Ach, byłbym zapomniał – jest jeszcze jedna kultowa postać Marvela, lepiej znana z przygód Daredevila. Tak, na Pajęczaka zapoluje pewna seksowna zabójczyni!

Z przyjemnością stwierdzam, że Ultimate Spider-Man tom 4 to satysfakcjonująca lektura. Brian Michael Bendis po wielu zeszytach młócki pozwala czytelnikom na chwile oddechu i cierpliwie bawi się nakreślonymi już wątkami, jednocześnie wprowadzając nowe, ale nie zapomina też o tym, żeby dać się wykazać Bagleyowi i przyspieszyć tempo akcji. Jeśli kolekcja komiksów ze Spider-Manem od Hachette nie wystartuje, dawka Pająka od Egmontu i tak będzie (nareszcie!!) wystarczająca.


https://assets.gildia.pl/system/thumbs/000/398/959/398959/1558800236/800.jpg

Okładka komiksu Ultimate Spider-Man tom 4

Tytuł oryginalny: Ultimate Spider-Man vol 4
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Mark Bagley
Tłumaczenie: Marek Starosta
Wydawca: Egmont 2019
Liczba stron: 328
Ocena: 80/100

Zastępca redaktora naczelnego

PR-owiec, recenzent, okazjonalnie tłumacz. Kocha kino, seriale, książki, komiks i gry. Kumpel Grahama Mastertona. W MR odpowiedzialny za dział Popkultura.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?