Wojna królów: Preludium – recenzja komiksu

W historiach z superbohaterami zawsze musi się coś dziać. Bo jak inaczej wiedzielibyśmy, że są tacy super? No i co by niby robili bez ciągłych zagrożeń z każdej strony? Po Fali Anihilacji i inwazji Phalanxów w kosmosie Marvela przyszedł czas na kolejne zamieszanie. Tym razem w centrum działań mamy dwie koronowane głowy – cesarza Wulkana i króla Black Bolta. Zanim panowie staną na udeptanej ziemi, wydarzy się kilka istotnych rzeczy, domykających pewne wątki. Wojna królów: Preludium właśnie o nich opowiada i nie jest to tylko banalna ścieżka ku właściwej historii.

Strona komiksu Wojna królów: Preludium

Imperium Shi’ar ma nowego władcę. Niezrównoważony brat Alexa i Scotta Summersów jest jak dziecko z zapałką w składzie prochu. Do tego dochodzą kwestie rozogniające sytuację w postaci dawnych wrogów Shi’ar i ciągły konflikt między siłami nowego władcy z byłą cesarzową i jej sojusznikami ze Starjammers i X-Men. W to wszystko wpleciony zostaje motyw braterskiej walki, a gdzieś z dala odzywają się echa nadchodzącego konfliktu.

Drugą ścieżką fabularną jest ta związana z Inhumans. Black Bolt wciąż dochodzi do siebie po niewoli u Skrulli podczas Tajnej inwazji (historie te ukazały się w ramach kolekcji Hachette) i pała żądzą zemsty na swych oprawcach i nie tylko. Po drodze obrywa się innym nacjom, a efekt tego jest taki, że Kree uginają kolana przed Blackagarem, czyniąc go władcą swego imperium. Figury na szachownicy są więc rozstawione. Dwóch potężnych monarchów zaczyna swą partię.

Strona komiksu Wojna królów: Preludium

I to by wystarczyło do opisu Wojny królów: Preludium, gdyby nie fakt, że autorom udało się stworzyć dobrą kosmiczną epopeję. Wszystko jest na pewno bardziej przejrzyste od Anihilacji, lecz jest za wcześnie, aby jednoznacznie odpowiedzieć, który event przoduje. Składową tego komiksu są wydarzenia z Uncanny X-Men: Powstanie i upadek Imperium Shi’ar. Może Ed Brubaker nie stworzył w tym przypadku wiekopomnego dzieła, ale warto je znać, choćby ze względu na fabularną ciągłość. Chociaż z drugiej strony… Wydawca umieścił pod koniec komiksu streszczenie wydarzeń prowadzących do albumu Wojna królów: Preludium. Dotyczy ono sporej liczby wydarzeń i dochodzę do wniosku, że taki bonus powinien znaleźć się w wielu innych historiach, nawet jeśli nie byłby tak obszerny.

Wspomniany już cykl Anihilacja został zilustrowany przez kilkunastu rysowników i podobnie zaczyna być z Wojną królów. Jedno mogę stwierdzić bez cienia wątpliwości – nie uraczycie tu złych rysunków. Najbardziej przypadły mi do gustu prace Paula Pelletiera, ale Dustin Weaver i Paco Diaz Luque nie pozostawali w tyle. Każdy z nich daje czytelnikowi wszystko, czego ten mógłby oczekiwać od space operowego komiksu. Obok statków różnej maści i superludzi różnych ras mamy kosmiczne pejzaże i niemożliwe technologie. Jeżeli Strażnicy Galaktyki tom 1 Abnetta i Lanninga wam się podobał, to tu też będziecie zadowoleni.

Strona komiksu Wojna królów: Preludium

Wojna królów: Preludium, jak na historię będącą mostem łączącym kilka wątków i drogą ku większemu wydarzeniu, spisuje się dobrze. Twierdzę nawet, że niejedna właściwa historia mogłaby pozazdrościć jej poczytności. Całość jest spójna, pomimo iż tworzy ją kilkoro autorów na łamach różnych serii i co najważniejsze wzmaga oczekiwanie na dalszy ciąg. Przede wszystkim cieszy mnie, że twórcy wyprowadzili z mielizny wątek Wulkana, który z nadętego wyrośniętego dzieciaka stał się badassem, idealnie odgrywającym rolę szurniętego kosmicznego władcy. Do tego dochodzi Black Bolt i Inhumans, którzy są zdecydowanie niedoceniani, a których wprowadzenie na pozaziemską scenę Marvela już teraz przynosi pozytywy. Kolejny tom ukaże się w lipcu i jeśli będzie zawierał to, co oryginalne wydanie, to czeka nas opasłe tomiszcze, pełne kosmicznego rozmachu.


Okładka komiksu Wojna królów: Preludium

Tytuł oryginalny: X-Men: Emperor Vulcan, Road to War of Kings
Scenariusz: Christopher Yost, Dan Abnett, Andy Lanning, Andy Schmidt
Rysunki: Paul Pelletier, Dustin Weaver, Frazer Irving, Bong Dazo, Paco Diaz Luque
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Egmont 2020
Liczba stron: 292
Ocena: 80/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?