Advertisement
Advertisement

X-Men. Jim Lee. – recenzja komiksu

Lata 90. w powieści graficznej to okres już po najwybitniejszych dziełach przedstawicieli Brytyjskiej Inwazji i pewnej racjonalizacji komiksu superbohaterskiego. Co nie oznacza, iż tworzone przez DC i Marvela komiksy były wyłącznie poważne, nasycone realizmem i mrokiem codzienności. W tym czasie mutanci Chrisa Claremonta stali w opozycji do takich założeń i niemal każdy tytuł związany z X-Men dawał czytelnikowi przygody esencjonalnie wręcz superbohaterskie, przyprawione jednak niepokornym urokiem. Przed Wami album X-Men. Jim Lee., gdzie klasyczne już dziś przygody mutantów zilustrował cieszący się zasłużoną sławą rysownik.

Strona komiksu X-Men. Jim Lee.

Historii jest tu kilka, a to ze względu na to, iż album składa się wyłącznie z tych zeszytów, które ilustrował Jim Lee. Jest więc trochę wybiórczo i niezrozumiale, ale myślę, że rozjaśniający sytuację wstęp Kamila Śmiałkowskiego czy dostępne w drugim obiegu archiwalne numery TM-Semic uzupełnią luki. I tak X-Men. Jim Lee. otwiera opowieść konfrontująca mutantów z połączonymi siłami Mandaryna i Dłoni. Kolejno widzimy pierwsze spotkanie Logana z Kapitanem Ameryką. Dalej jest nieco mniejsza regularność, gdyż wydarzenia z X-Tinction Agenda mocno odbiły się na kondycji zespołów New Mutants, X-Factor i X-Men, a widzimy tylko konsekwencje tego eventu. Szybko jednak przenosimy się na dwie równoległe płaszczyzny, w których akcja toczy się w Savage Landzie i odległym kosmosie. W finale Wolverine, Storm i Colossus przekonują się, że odrzucony mężczyzna może być niebezpieczny. Czy jednak brak ciągłości fabularnej faktycznie jest wadą?

Chris Claremont jest jak dotąd najdłużej prowadzącym X-Men twórcą, co nie oznacza, że stał on w miejscu. Mutanci w jego rękach realnie ewoluowali i nie chodzi tu o kosmetyczne zmiany ubrań, składów czy nawet o nowe postaci. Scenarzysta dbał o ciągły rozwój ich postaw, filozofii i związków między poszczególnymi bohaterami. X-Men. Jim Lee. przedstawia czas, w którym dobrotliwy profesor Xavier czy ekstremistyczny Magneto są jedynie cieniami z przeszłości, a podopieczni tego pierwszego wybrali własne ścieżki, niekiedy mijające się z naukami ich mentora. Patrząc na postaci występujące w tym komiksie nie sposób nie zauważyć, iż mutanci Claremonta byli bardziej niepoprawni. Jubilee biła hardością na głowę obecnych super-nastolatków, a Wolverine był o wiele bardziej dziki i morderczy. Czy to oznacza, że dzisiejsi mutanci to banda pierdół bez wyrazu? Poczynania Jonathana Hickmana temu zaprzeczają, choć nie da się ukryć, że okres tu zaprezentowany miał w sobie „to coś”.

Strona komiksu X-Men. Jim Lee.

Pora na kilka słów o najważniejszym człowieku tego albumu, czyli Jimie Lee. Twórca ten jest jak Stonesi w świecie rocka lub Ford Mustang wśród muscle carów. Jest marką, sprawdzonym standardem, bożyszczem dla wielu. Wystarczy przypomnieć sobie kolejki po autograf na jednym z MFKiG. I nie ma w tym krzty przesady, wystarczy zerknąć na jego unikalne rysunki, będące ikonami przemysłu komiksowego. Jedyny problem z Jimem Lee jest taki, iż wielu artystów małpuje jego kreskę, przez co mistrz dla nieobeznanych w komiksie może wydać się wtórnym przeciętniakiem. Lecz właściwie co czyni współtwórcę wydawnictwa Wildstorm tak wyjątkowym?

Superbohaterowie w standardowym założeniu muszą być rysowni w określony sposób. Dumniej, z podniesionym czołem i pełnym pasji spojrzeniem. W latach 90. dochodziły do tego fantazyjne fryzury, muskuły i wyeksponowane kobiece krągłości. W wykonaniu Jima Lee wszystko to było wyważone. X-Men. Jim Lee. jest dowodem na jego mistrzostwo na każdej stronie. Twórca zatrzymywał się, gdzie trzeba i nie przekraczał granicy kiczu, a nawet jeśli to robił, to w dobrym stylu. Najlepiej zobrazuje to porównanie jego prac z twórczością Roba Liefelda, autora kultowego, lecz w sposób, w jaki kultowy jest reżyser Uwe Boll.

Strona komiksu X-Men. Jim Lee.

Gdy myślę o X-Men, nie przychodzą mi na myśl pierwsze wcielenia grupy, ani nawet najbardziej przeze mnie ceniony team Granta Morrisona. Przed oczami pojawia mi się pstrokaty, nieco futurystyczny i glamowy skład, który występuje w X-Men. Jim Lee. Oczywiście jest to drobny wycinek ich perypetii z tamtych lat, lecz może stanie się on furtką dla innych historii z tego okresu? Część z nich uzupełniana jest w ramach prasowych kolekcji komiksowych, lecz to stanowczo za mało, aby szerzej poznać niezwykłe i często niedoceniane lata 90.


Okładka komiksu X-Men. Jim Lee.

Tytuł oryginalny: X-Men Visionares: Jim Lee
Scenariusz: Chris Claremont, Ann Nocenti
Rysunki: Jim Lee
Tłumaczenie: Maria Jaszczurowska
Wydawca: Egmont 2019
Liczba stron: 312
Ocena: 80/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?