Zegar zagłady – recenzja komiksu

Alan Moore nie słynie z pozytywnego podejścia do interpretacji swoich dzieł, a ostatnio nawet do całego medium komiksowego. Można tylko sobie wyobrażać, jaką minę miał na wieść o wydaniu Zegara zagłady, będącego kontynuacją jego opus magnum – Strażników, łączącego jego bohaterów ze światem klasycznych herosów DC. Przyznam, że częściowo go rozumiem, bo jego praca jest często przetwarzana w miałką pulpę na szklanym ekranie, ale po poznaniu komiksu Johnsa i Franka nie obawiałbym się na jego miejscu o profanację. Co nie oznacza, że niniejszy album to dzieło równie przełomowe.

Strona komiksu Zegar zagłady

W świecie Strażników, po kilku latach pokoju, na jaw wychodzi intryga Ozymandiasza. Veidt, u boku nowego Rorschacha i pewnej przestępczej pary ze średniej półki, rusza na poszukiwania Doktora Manhattana, który znalazł się w dobrze nam znanym świecie. A i tam nie dzieje się najlepiej. Społeczeństwo buntuje się przeciw swoim obrońcom w pelerynach, których przeważająca większość żyje w kraju Wuja Sama. Stąd też pojawia się teoria supermanów, mówiąca, że Jankesi tworzą metaludzi jako broń. Precyzując – wszystko się sypie, zegar zagłady tyka, a nad wszystkim unosi się cień pewnej ekshibicjonistycznej omnipotencji.

Johns to sprawny twórca. Nie jest to jednak ktoś tworzący wielkie oryginalne dzieła, jak Morrison czy właśnie Moore, a bardziej architekt najlepiej budujący eventowe gmachy, gdzie Najczarniejsza noc i Wojna Darkseida to dobre tego przykłady. Zegar zagłady to jednak większe wyzwanie. Nie dość, że autor odziedziczył po Strażnikach bagaż złożonych bohaterów, to opinia fanów i krytyków dyszała nad nim, wypatrując potknięcia. Liczne opóźnienia kolejnych odcinków miniserii sprawiły, że rozjechała się ona koncepcyjnie z resztą tytułów i chyba dopiero po Death Metal ujrzymy klarowniejszy obraz bałaganu znanego bardziej jako uniwersum DC. A co z samą treścią Zegara zagłady?

Strona komiksu Zegar zagłady

Całość wygląda zaskakująca świetnie. Komiks zachowuje mroczny klimat oryginału, a superludzie DC dopasowują się nieco do „watchmenowego” schematu. Album ten to w sporej mierze hołd dla Strażników, ale niemało ukłonów kierowanych jest w stronę Supermana. I tu istotny punkt. Superman i cała reszta, mimo wyraźnego wpływu Strażników, zachowują heroiczny, szlachetny, ale też naiwny w porównaniu z dziełem Moore’a i Gibbonsa charakter. Acz spośród wszystkiego, co zawiera Zegar zagłady, najbardziej interesowało mnie to, jak Johns zaadaptował postaci Moore’a.

Geoff Johns wziął się bowiem za rozliczanie strażnikowych bohaterów. Ozymandiasz i jego metoda na pokój nie jest tak błyskotliwa, a nawet została wykpiona przez innego superłotra. Manhattan to antyteza superbohatera, zbyt nieludzki, by być obrońcą swego gatunku. Ciekawy jest tu Rorschach. Jeśli liczyliście na powrót Kovacsa, to możecie czuć się rozczarowani. Osoba w charakterystycznej masce to ktoś zupełnie inny, co finalnie nie oznacza, że mniej niebezpieczny. Mógłbym coś napisać o reszcie Strażników, ale byłby to bezduszny spoiler. Każdemu jest jednak dane to, na co zasłużył…

Strona komiksu Zegar zagłady

Johns wiele zawdzięcza Gary’emu Frankowi, z którym współpracował sukcesywnie przy innych dziełach. Rysownik nie dość, że zrozumiał wizualny język Dave’a Gibbonsa, to jeszcze odnalazł w nim miejsce dla standardowych superbohaterów. Sporo tu hołdu dla oryginału, choćby podział strony na dziewięć kadrów, ale są chwile, w których Frank nie zapomina o klasycznym przedstawianiu herosów. Ciężko byłoby mi wyróżnić konkretne kadry, bo sporo ich zebrało się w dwunastu zeszytach, ale z pewnością prym wiodą te z Doktorem Manhattanem i jego postrzeganiem rzeczywistości.

Zegar zagłady to dzieło, z którego Geoff Johns może być dumny. Mimo licznych opóźnień, zgrzytu na linii z resztą świata DC i ciężarem legendy Strażników udało mu się wykonać dobrą robotę. Jego wizja przemówiła do mnie bardziej, niż przeszarżowany w porównaniu z nią serial Damona Lindelofa, a przy tym udało mu się mimo wszystko załagodzić kilka bolesnych zmian z The New 52!. Mam wrażenie, że jeszcze ujrzymy kilka postaci z Zegara zagłady za jakiś czas. Jeśli znajdą się pod opieką Johnsa, to możemy być spokojni o ich los. Twórca zdał egzamin, tworząc po prostu dobrą opowieść i raczej nie siląc się na powtórzenie sukcesu Moore’a i Gibbonsa. Na rynku od niedawna ukazuje się też seria Rorschach Toma Kinga, mająca pewien potencjał – oby tylko DC nie pokusiło się o zrobienie z kultowych postaci kolejnych drugoplanowych bohaterów swego stałego uniwersum.


Okładka komiksu Zegar zagłady

Tytuł oryginalny: Doomsday Clock
Scenariusz: Geoff Johns
Rysunki: Gary Frank
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Wydawca: Egmont 2020
Liczba stron: 456
Ocena: 85/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?