Advertisement

Arthur C. Clarke – Koniec dzieciństwa – recenzja książki

Inwazja kosmitów jest tematem eksplorowanym przez twórców popkultury już od wielu lat. Zazwyczaj ma ona niewesoły dla Ziemian scenariusz. Złe ufoludy traktują nas laserami, co bardziej pechowych zabierają na pokład swych spodków, by poznać biologię przedziwnych bezwłosych małp. Arthur C. Clarke na szczęście nie jest twórcą kina klasy C i w swej powieści Koniec dzieciństwa pokazuje spotkanie człowieka z przybyszami z gwiazd zupełnie inaczej.

Człowiek jest panem świata. Zarządza jego zasobami, niszczy go i czasem naprawia. Buduje swe siedziby w miejscach dawnych lasów i patrzy w gwiazdy chciwym wzrokiem, nie bardzo jednak pojmując, co się wśród nich kryje. Pewnego dnia na Błękitną Planetę przybywają goście, którzy mają wobec człowieka wspaniałe plany. Goście ci nazywani są Zwierzchnikami, ze względu na funkcję, którą zaczynają sprawować na ludzkością. Mówiąc zwięźle, istoty te przynoszą gatunkowi homo sapiens kaganek kosmicznej oświaty. Narzucają w subtelny, ale i stanowczy sposób pokój i filozofię rozwoju, hamując tym samym małpie odruchy człowieka. Czy to wychodzi mu na dobre? Zanim przejdę do konkluzji, kilka słów o owych kosmitach.

Zwierzchnicy to dość niezwykły rodzaj istot pozaziemskich. Stoją wyraźnie wyżej w drabinie ewolucyjnej, a przy tym nie wywyższają się, ani nie próbują wykorzystać Ziemian do eksperymentów. Bliżej im raczej do łagodnych aniołów- stróżów, którzy w końcu zechcieli objawić się człowiekowi, co paradoksalnie kontrastuje z ich fizjonomią. Właśnie ona jest jednym z najbardziej przewrotnych elementów, po których zbierałem szczękę z ziemi.

Zrozumienie pewnych rzeczy i opanowanie umiejętności przychodzi z wiekiem. Dotyczy to także społeczeństw. Co jednak, jeśli nagle przyjdzie ktoś, kto niemal mechanicznie przyśpieszy rozwój cywilizacji? Bez odpowiednich procesów społecznych, etapowego rozwoju technologii, ale też śmiałości w wynajdywaniu nowych wynalazków? Clarke udziela jasnej i smutnej odpowiedzi, zrzucając przy okazji człowieka z piedestału istoty wybranej przez Stwórcę wszechrzeczy. Okazujemy się bowiem jedynie trybikiem w machinie wszechświata. Na dodatek dość wadliwym i niekompatybilnym z resztą maszynerii.

Koniec dzieciństwa zawiera elementy postapokaliptyczne. Ludzie, pozbawieni swoich atomowych rakiet i wszystkich innych możliwości zagłady, działając pod kuratelą sprawiedliwych Zwierzchników i tak przejawiają skłonności autodestrukcyjne. Gdzieś znika to ludzkie dążenie do gwiazd, które właściwie przyszły do nich same. Są niczym finalny miot myszy z eksperymentu Calhouna, z o wiele tragiczniejszym skutkiem. Najsmutniejsze jednak jest to, że scenariusz Clarke’a nie jest tak całkiem nieprawdopodobny. Nawet pomijając kwestię kosmicznych kontrolerów.

Koniec dzieciństwa stoi na szczycie listy pozycji SF, które miałem zaszczyt przeczytać. Branża rozrywkowa nauczyła nas błędnie, że fantastyka naukowa to kosmoloty i blastery, podczas gdy gatunek ten to szerokie pole do działań dla futurologów i wszelkiej maści naukowców i myślicieli, którzy nie obawiają się kreślić śmiałych wizji przyszłości ludzkiego gatunku. I takim właśnie SF jest Koniec dzieciństwa. Książka o bardzo adekwatnym do treści tytule, wiele mówiącym o kondycji człowieka w skali nieco wyrastającej ponad jego planetę.


Okładka książki Arthur C. Clarke – Koniec dzieciństwa

Tytuł oryginalny: Childhood’s End
Autor: Arthur C. Clarke
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki, Andrzej Sawicki
Wydawca: Wydawnictwo Rebis 2019
Stron : 272
Ocena: 90/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?