Robert Ziębiński – Dzień wagarowicza – recenzja książki

Dzień wagarowicza to moja pierwsza styczność z prozą Roberta Ziębińskiego, chociaż jestem świadomy różnorodnych obszarów, w jakich autor się porusza. Ostatnio mocniej pociągnęło go w stronę horroru – najpierw dał temu wyraz w opowiadaniach z tomiku Piosenki na koniec świata, a dla Wydawnictwa Rebis (no i oczywiście dla nas) napisał pełnoprawny slasher. U Polaków z tym gatunkiem zazwyczaj trochę na bakier, ale jeśli powieść zaczyna się od dedykacji dla George’a A. Romero i cytatów z Johnny’ego Casha, Malcolma X i Biblii Tysiąclecia, to możemy przypuszczać, że jej autor wie, co robi.

Zanim przejdziemy do niuansów fabuły, słowo o autorze. Ziębiński z tekstem ma do czynienia przez większość swojego życia – pracował jako dziennikarz, redaktor naczelny mediów internetowych i drukowanych, wreszcie spełnia się jako pisarz. I to czuć podczas lektury. Operuje prostym, ale bardzo łatwo przyswajalnym stylem, nie sili się na długie, rozbudowane zdania czy kwieciste metafory. Przeciwnie, używa krótkich sformułowań, często nawet równoważników zdań, wypełnia opowieść częstymi dialogami, również nie przekombinowanymi. Nie popisuje się erudycją tam, gdzie jest to zbędne, a przy tym sprawia, że lektura Dnia wagarowicza przebiega błyskawicznie i powieść trudno odłożyć, bo cierpi na syndrom „jeszcze tylko jednego rozdziału”.

Slasher to gatunek, który wbrew pozorom dość łatwo spartolić – zarówno na ekranie, jak i w powieści. Wystarczy zerknąć na ostatnie rodzime dokonanie na tym polu – film W lesie dziś nie zaśnie nikt, który nie był ani straszny, ani klimatyczny, a to, co w założeniach miało być śmieszne i rozrywkowe, stawało się boleśnie żałosne. Ziębiński omija większość tych pułapek, chociaż nie wszystkie. Przeważnie udaje mu się utrzymać nastrój niepokoju i grozy, która atakuje z ciemności i długo jest utrzymywana w tajemnicy przed czytelnikiem. Chociaż odpowiedź na pytanie „kto zabija” z pozoru wydaje się być oczywista, to Ziębiński trzyma w rękawie kilka asów.

Autor bawi się konwencją, którą najwyraźniej zna doskonale. Wrzuca do swojego kotła wszystkie niezbędne elementy – krwawe i ponure, ale nie przesadzone opisy, kilku dekoracyjnych bohaterów będących mięsem armatnim, seks dla pikanterii, grupę nastolatków w wielkim domu nad jeziorem i tajemnicze eksperymenty wymykające się spod kontroli. A wisienką na torcie jest czas akcji: marzec 1956 roku. Co to dla nas oznacza? Wydarzenia osadzone w kontekście śmierci Bolesława Bieruta, zamieszanie w Partii, nawiązania do działalności AK i UB, czy chociażby takie detale, jak użyty w niektórych dialogach język. Autor zaznacza wprawdzie, żeby nie oczekiwać historycznej dokładności, ale kto czyta slashery, żeby nauczyć się historii?

Ziębiński dobrze prowadzi swoich bohaterów. Chociaż oszczędnie serwuje opisy z ich przeszłości, są one wystarczające, żeby nakreślić charaktery i pozwolić czytelnikowi polubić przynajmniej część postaci. Główny bohater, Roman Kielecki, jest jeszcze lepszy niż majonez kielecki. Były żołnierz, który przeżył wojnę, dużo widział i pragnie tylko spokoju, chociaż nie będzie mu dane go zaznać, a umiejętności weterana przydadzą mu się jeszcze w obliczu zagrożenia. Inga Ochab, córka TEGO Edwarda Ochaba, to z kolei klasyczna – silna i piękna – final girl, do której nie sposób nie poczuć mięty.

Ziębiński odrobił lekcję z popkultury. Nie silił się na napisanie książki ambitnej, tylko stricte rozrywkowej, ale nie idącej w parodię, pastisz i nie drażniącej się z inteligencją odbiorcy. Czuć, że bawił się przy pisaniu po prostu dobrze. Czy podobne odczucia będą mieli czytelnicy? Myślę, że tak, jeśli przymkną oko na kilka niedoróbek, takich jak przerysowany i zbyt szybki finał, ale z tym problemy miewały też tacy wymiatacze jak Graham Masterton, który zresztą poleca Dnia wagarowicza na skrzydełku.

Protagonista ma potencjał, aby powrócić w kolejnych powieściach – niekoniecznie o tej samej tematyce. Niczym Repairman Jack czy Mark Sabat mógłby stawiać czoła kolejnym zagrożeniom, uwodzić kolejne niewiasty i myślami wracać do swojej tragicznej przeszłości. Jasne, że chciałbym, aby historia była bardziej przewrotna i zaskakująca. Ale chciałbym też poznać dalsze losy bohaterów, a nawet zobaczyć Dnia wagarowicza na ekranie – wielkim lub małym. A to już dobra rekomendacja.


https://assets.gildia.pl/system/thumbs/000/430/631/430631/1589902295/800.jpg

Tytuł: Dzień wagarowicza
Autor: Robert Ziębiński
Wydawca: Rebis 2020
Stron : 276
Ocena: 75/100

Zastępca redaktora naczelnego

PR-owiec, recenzent, okazjonalnie tłumacz. Kocha kino, seriale, książki, komiks i gry. Kumpel Grahama Mastertona. W MR odpowiedzialny za dział Popkultura.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?