Dlaczego The Office jest jednym z najlepszych seriali wszech czasów?

Gdyby tak podliczyć czas spędzony nad wszystkimi serialami, które dotychczas obejrzałem, to wycięłoby mi pewno tyle lat z życia, że znowu musiałbym udawać, że zostawiłem dowód w samochodzie, kupując alkohol. Spośród wszystkich gigantów, które są w mojej personalnej ścisłej czołówce, najbliżej mego serca jest mimo wszystko Biuro. Nie przypominam sobie, żebym do czegokolwiek innego wracał tak często. Odkąd poznałem Michaela Scotta i jego świtę, zacząłem polecać ten serial  każdemu. Ostatecznie każdy mój znajomy zaczął oglądać i do dziś nieraz na posiadówie odpalamy losowy odcinek. Dosłownie losowy; dzień tygodnia – sezon, miesiąca – odcinek i jeszcze póki co nie natrafiliśmy się na słaby. I mimo że oglądany któryś raz z kolei, dalej wzbudza te same emocje i dalej bawi. Uwierzcie mi, kiedy powiem jedno – na co dzień jestem z pozoru chłodnym gościem i zazwyczaj nie emocjonuję się byle czym. Narzekam na zbędny i sztuczny patos pokroju Przełęczy ocalonych czy Zielonej mili, jednak The Office, cholera, zawsze mnie łapie bez gardy i sadzi emocjonalnego kopa prosto w twarz. Co więc składa się na ten nietypowy pół-sitcom czyniąc go dziełem spełnionym?

wprowadzenie

Nie mów mi, kiedy mam się śmiać

Przede wszystkim – rzecz najważniejsza – brak śmiechu publiczności. Jest to dla mnie chyba największą zmorą sitcomów (oprócz Friends, tam jestem to w stanie przełknąć), ponieważ nie znoszę, kiedy coś mi mówi, w którym momencie mam się śmiać. W niektórych serialach faktycznie jest to konieczne, w Big Bang Theory nigdy bym się tych żartów nie doszukał w inny sposób. Biuro ma też dość specyficzną formę, całość jest zrobiona w stylu dokumentalnym, czyli postacie faktycznie są świadome istnienia kamer i często mówią wprost do nich. Z pozoru wydaje się to chybionym pomysłem, który znudzi się widzowi po paru odcinkach, otwiera on jednak nowe możliwości komediowe i fabularne. Dopiero bodaj w ostatnich sezonach faktycznie pociągnięto dalej ten temat dokumentu i wszystko ładnie wyjaśniono. Tak więc mamy tu wszystkie te niezręczne zoomy, jak na nagraniach z polskiego wesela, niemrawe i mało precyzyjne ruchy kamery i wszechogólny operatorski rozgardiasz. Ostatecznie bardzo szybko przyzwyczajamy się do całego tego bajzlu i wręcz dostrzegamy w nim swego rodzaju praktyczne zastosowanie. Serial wydaje się o wiele bardziej naturalny i z miejsca kupujemy te postacie. Do tego wszystkie niezręczne sytuacje wydają się jeszcze bardziej niezręczne, kiedy w kompletnej ciszy kamerzysta strzeli zoomem na twarz jednego z bohaterów. O niezręczności jednak osobny akapit, bo to chyba najmocniejsza waluta serii. Dokumentalna forma daje też sporo swobody w ekspozycji, wszelkie rzeczy niewyjaśnione, czy też niedopowiedziane, zostaną uzupełnione przez bohaterów w czasie ich prywatnych sesji. Tak, to te takie śmieszne przerywniki, jak w polskim Dlaczego ja? i innych tego typu produkcjach, gdzie jedna z postaci mówi wprost do kamery, wyrażając jakieś tam swoje opinie. Działa to jednak rewelacyjnie, ponieważ w niewymuszony sposób pozwala nam to bardziej poznać bohaterów i widzimy pewne zależności między tym, co mówią przy innych, a tym, co mówią na boku.

awkwardoffice

Steve motherfucking Carell

Jedyny, niepowtarzalny, najbardziej groovy i najbardziej fabulous, arcymistrz Steve Carell. To, co on wyczynia w The Office, przechodzi po prostu ludzkie pojęcie. Nie jestem pewien, czy w jakąkolwiek rolę zainwestował się tak bardzo, jak Michaela Scotta. Nie jest to wyłącznie popis jego komediowego warsztatu, ale wiarygodnie wykreowana postać, która pod wieloma względami różni się od Steve’a prywatnie. Michael to z pozoru skończony idiota i niezręczny komik, z czasem odkrywamy jednak jego dziecinną, dobroduszną stronę i jesteśmy świadomi, że za większością jego wybryków kryły się dobre intencje. Mike często przykrywa fasadą żartu rzeczy, z którymi sam się zmaga, np. samotność. Po kilku sezonach znamy go na tyle dobrze, że wiemy, kiedy kłamie, jakie są jego prawdziwe zamiary, czy o co mu tak naprawdę chodzi. Jestem też pełen podziwu, że w ogóle zdołali ten serial nakręcić, zachowując w większości powagę. Przy niektórych scenach, kiedy Steve daje popis na pełnych obrotach, w tle można wyłapać ledwo powstrzymujących się od śmiechu aktorów. Ilekroć rozpoczyna się odcinek i do biura wchodzi Michael, z miejsca zaczynam się śmiać. Jego humor bywa chamski, czasem nawet żenujący, ale jest to postać, której po prostu nie sposób nie lubić. To jest życiowa rola Steve’a, a nie jakieś tam sztuczne nosy z Foxcatchera.

majkelfoto

Przeszywające ukłucie niezręczności

Niezręczność to takie śmieszne uczucie, które ciężko właściwie opisać. Najbliżej mu chyba do wstydu, ale to też nie do końca to. The Office jest dziełem, które w sposób nieskazitelnie perfekcyjny portretuje i wręcz wywołuje (intensywnie) to uczucie. Są takie odcinki, które po paru minutach po prostu wyłączam, ponieważ wiem, do czego zmierzają i czasami w danym momencie i nastroju nie jestem gotowy, aby zmierzyć się z tak pokaźną dawką niewygodnych emocji. Momentami można wręcz odczuć fizyczny dyskomfort i zwyczajnie aż głupio oglądać. Wydaje mi się, że właśnie w tym między innymi tkwi cały geniusz tej serii. Twórcy rozbrajają nas tym ciosem niezręczności prosto w nerę, sprawiając, że jesteśmy podatni na wysublimowany humor, który następuje chwilę później. 

Zobacz również: GLOW – recenzja 1. sezonu

Humor kontekstowy

Zawsze uważałem, że od samego żartu ważniejszy jest sposób jego dostarczenia, a także kontekst. Nawet najlepsza linijka traci na wartości, kiedy sprezentowana jest w nieodpowiednim momencie czy przez nieodpowiednią osobę. Nienawidzę wszystkiego, co sobą reprezentujesz – brzmi surowo i wydźwięk jest jak najbardziej negatywny. Kiedy jednak wypowiedziane przez Michaela w stronę Toby’ego, nad którym pastwi się przez całą serię – wywołuje szczery uśmiech. Seriale komediowe tego typu po prostu muszą mieć dobre postacie. To nie jest zaleta, poboczny aspekt czy też dodatek, jest to absolutny wymóg. W końcu jedyne, co oglądamy, to ich relacje, nieważne czy w biurze, czy w Central Perk. Główni bohaterowie w The Office są po prostu dobrze napisani, aż za dobrze. Wydaje mi się, że część aktorów po prostu taka jest, ponieważ nie widzę innego wytłumaczenia. To trochę tak jak nie ma opcji, żeby aktorzy w Human Traffic nie ćpali na planie – nie wierzę, że tak dobrze to zagrali. Właściwie tylko Steve Carell mógł się pochwalić jakimś warsztatem aktorskim, reszta raczej dopiero stawiała pierwszy kroki na małym ekranie (czy w ogóle na jakimkolwiek ekranie). Postacie są tu bardzo naturalne i w pewien sposób realistyczne. Mają swoje ambicje, swoje problemy, gust, charakter, upodobania i humory. Oczywiście, czasami są może nieco ekspresywniej przedstawieni z naciskiem na ich konkretne cechy, ale to już jest zabieg czysto serialowy – w końcu widz musi ich jakoś poznać. Nie oznacza to jednak, że są proste czy bazują na archetypach. Jimowi, który z pozoru wydaje się błyskotliwym leniem, ostatecznie ciąży wizja siedzenia przez długie lata w tym samym miejscu i aktywuje w sobie ambicje na coś więcej. Pam, która zmaga się z niskim poczuciem własnej wartości, szuka dowartościowania, podejmując się sztuki czy pracując nad swoją pewnością siebie. I tak dalej, i tak dalej… Są też postacie drugoplanowe, które mają jedynie kilka cech i skrupulatnie się ich trzymają. Jednak nawet oni pełnią kluczowe role i w ten sposób dopełniają całość. Ci, którzy oglądali, wiedzą, że bez Creeda to nie byłoby to samo.

Zobacz również: Wielki przegląd najciekawszych videoclipów!

W podobnym klimacie twórcy uraczyli nas również Parks and Recreation oraz Brooklyn 9-9. Pomimo tego, że przy obu bawiłem się świetnie i zdecydowanie zasługują one na uwagę, żaden z nich nie wywołał u mnie tylu emocji ani chęci powrotu, co The Office. Sprowadzając ten serial do kilku słów – jest długi, ale daje więcej frajdy niż jakikolwiek inny. Można z nim spędzać długie noce i prędko się nie znudzi.

thats what she said

 Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

https://www.facebook.com/nocnefilmowanie/
|....|
http://www.filmweb.pl/user/pestowsky
|....|
i tyle.

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nik pisze:

Bardziej cenię Przyjaciół, ale fakt, The Office jest w czołówce mej listy. Widzę, że mamy podobny gust jeśli chodzi o komediowe seriale.

Sonia pisze:

Napisałeś tak dobrą recenzję, że aż mam ochotę teraz zaraz obejrzeć ten serial.

Jarek pisze:

Serial petarda, wracam do niego po czasie, jestem na 7 sezonie i jest super 🙂

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?