• Zaloguj się
  • Zarejestruj
  • Połącz z Facebook
zajawka reklama

Spis treści

Zapowiedzi, zwiastuny i materiały promocyjne mother! były tajemnicze, zagmatwane, w zasadzie nic nie zdradzały z fabularnego przebiegu najnowszego filmu Darrena Aronofsky'ego. Nie pomogła tu nawet nasza analiza przedpremierowa, która jedynie coś tam przebąkiwała na temat tego, co w finalnym produkcie zobaczymy. Co więcej, nie pomogły też opinie zagranicznej prasy i krytyki filmowej, które napływały do nas już od zgoła dwóch miesięcy. Te jednak, choć w zasadzie różne i wciąż niewiele zdradzające, ciążyły ku jednemu wnioskowi – Darren Aronofsky przesadził z opium. mother! zostało bowiem w gruncie rzeczy zmieszane z błotem, a moją ulubioną frazą użytą w jej kontekście przez dziennikarzy stało się "najgorszy film XXI wieku". O tak, wtedy już wiedziałem, że produkcja spod szyldu Protozy spodoba mi się jak żadna inna. Wiedziałem, że ta masowa egzaltacja i polowanie na czarownice oznacza, iż Aronofsky przesadził, na co też zresztą liczyłem po dość chłodnym przyjęciu jego ostatniego dzieła (Noe był jaki był, nie ma co się oszukiwać). I jak się okazało mylić się nie myliłem, a co więcej, moje oczekiwania i przewidywania nie były nawet w części tak optymistyczne jak to, co ostatecznie na ekranie się wydarzyło. A wydarzyło się wiele. Tak wiele, że salę kinową z pokazem filmu odwiedziłem dwukrotnie, aby znaleźć potwierdzenie dla swojej tezy. Jakiej znowuż tezy, zapytacie... Zakładam, że przed wejściem do artykułu przeczytaliście jego tytuł. Jeśli tak, to wiecie już, że mother! jest (i co mówię na przekór zagranicznym malkontentom) NAJLEPSZYM filmem XXI wieku. A jest tak z przynajmniej kilku powodów. Na przykład z takiego, że...

motherpostersFot. materiały prasowe / kolaż własny

... dawno nie było w kinie tak świeżego spojrzenia na toposy biblijne

Jak sytuacja z Biblią się ma, doskonale wiemy. Od setek lat służy ona wszelkiej maści artystom za podstawę twórczości własnej i Aronofsky bynajmniej od tej reguły nie jest wyjątkiem. Już u zarania swej profesjonalnej kariery interesowały go motywy biblijne. Przy realizacji takiego na przykład Źródła prawdopodobnie częściej niż do Siegfrieda Kracauera, sięgał właśnie do Starego Testamentu. I to jest fakt, którego sam reżyser nie ukrywa nawet na ekranie, prezentując pewne nawiązania i motywy w sposób bezpośredni i dostatecznie czytelny. Ale nie toporny. Uniwersalność i powszechna, a także nierzadko podskórna, znajomość Świętej Księgi umożliwia bowiem konstruowanie filmowych opowieści obfitujących w bogactwo aksjologiczne, bez uciekania się do abstrakcyjnych pojęć i alegorii. Innymi słowy, każdy w jakimś tam stopniu Aronofsky'ego zrozumie, ale jednocześnie nie uzna jego tworu za infantylny czy banalny. Wszystko dzięki sposobowi, w jaki Amerykanin żydowskiego pochodzenia podchodzi do tworzenia takiej historii. Z jednej strony jest to niby typowa, postmodernistyczna zabawa w rozszyfrowywanie znaczeń, lecz zamiast do intelektu widza, reżyser odwołuje się do jego emocjonalności. Kiedy po raz pierwszy oglądaliście takiego Mickeya Rourke'a czy Natalie Portman wykonujących skok ostateczny w finałowych scenach odpowiednio Zapaśnika i Czarnego łabędzia, to nie odkrywaliście tego symbolu na nowo, lecz przyjmowaliście go w najczystszej postaci. Po prostu symbol jako symbol sam w sobie miał wystarczającą siłę oddziaływania na emocje. I tej zasadzie Aronofsky hołduje także w mother!, które pod tym względem bije na głowę wszystkie poprzednie dzieła reżysera razem wzięte.

Film ten jest wszakże jednocześnie sugestywny, operujący niesłychanie silnymi środkami wyrazu, jak i subiektywny, przepełniony indywidualnym spojrzeniem na poruszaną kwestię. A co w tym wszystkim najlepsze i co paradoksalnie nie kłóci się z wyżej wymienionymi przymiotami, jest niezwykle wierny oryginałowi biblijnemu. Choć Aronofsky wszystko przepuścił przez filtr własnej interpretacji Starego Testamentu i szczególnie Księgi Rodzaju, to ani na chwilę nie sprzeniewierza się przekazowi oryginału. Przypomina to trochę casus Pier Paolo Pasoliniego i jego Ewangelii wg św. Mateusza. W filmie włoskiego mistrza obserwujemy bowiem idealną "ekranizację" życia Chrystusa, która na pierwszy rzut oka jest na tyle poprawna i zgodna z przekazem Świętej Księgi, że Watykan wpisał ją na swoją listę "ważnych i wartościowych produkcji filmowych". Jednakże co Pasolini osiągnął przede wszystkim, to wydobycie na wierzch niesłychanych pokładów liryki tkwiącej w biblijnych wersach. Ewangelia... aż kipi od poetyki (co nie dziwi, zważywszy na zainteresowania Pasoliniego), która w pewnym momencie zdaje się wręcz górować nad treścią. I podobny efekt – choć w znacznie bardziej ekspresyjny sposób – wypracowuje mother!, które mimo że stara się być klasyczną fabułą filmową, to sięga swym wyrazem znacznie dalej, znacznie głębiej. W skrócie: porusza nasze dusze, korzystając z radykalnej i skrajnie subiektywnej formy, ale równocześnie pozostającej w zgodzie z obiektywną obserwacją. Łał.

Mother Movie New Poster 1Fot. materiały prasowe / fragment plakatu mother!

... perfekcyjne operowanie symboliką biblijną

Ten punkt wynika bezpośrednio z poprzedniego, ale zdecydowanie wymaga osobnego omówienia. Wszakże to na tej symbolice biblijnej opiera się cały konstrukt fabularny mother!. Jego rozumienie natomiast powinno nam ułatwić przyjęcie pewnych stałych archetypów, których odpowiednikami są filmowe postacie. Mamy tu więc do czynienia z Bogiem (Javier Bardem), rajskim ogrodem Eden (Dom), pierwszymi ludźmi Adamem i Ewą (Ed Harris i Michelle Pfeiffer), ich synami Kainem i Ablem (Domhnall i Brian Gleeson), tajemniczym kryształem, będącym obiektem westchnień Boga (Życie), boskim potomkiem (Jezus) oraz... No właśnie. Kim jest Jennifer Lawrence? Możemy mieć problemy co do określenia tożsamości jej postaci, ale w perspektywie całościowej oraz przy świadomości pewnych zainteresowań Aronofsky'ego, stwierdzić należy, że rozmawiamy o niej w kontekście pewnego bliżej nieokreślonego ideału, obiektywnej prawdy, perfekcyjnej harmonii. Zauważcie, że Bóg niejednokrotnie okrasza ją mianem "natchnienia", "inspiracji", czyli czegoś, co pozwala mu tworzyć i przekraczać kolejne bariery artystycznego poznania, a także czegoś, co stoi ponad nim, wykracza nawet poza jego zdolności kontrolne. Bóg jest niejako od niej zależny – to w końcu ona odpowiada za stworzenie Edenu, domu Stwórcy. To ona wprowadziła do niego życie i ład, który pozwala Jedynemu funkcjonować i tworzyć. Jednakże tak jak każdy artysta wciąż dąży do samodoskonalenia, tak Bóg też pragnie czegoś więcej. Powołuje więc do życia człowieka, który z miejsca staje się obiektem jego fascynacji. Jest inny niż natchnienie, bardziej frywolny, spontaniczny, impulsywny. Nie da się do końca przewidzieć celu, do którego dąży i osobowości, jaką posiada. Jest niedoskonały, co w oczach Boga wydaje się być bardziej interesujące od perfekcyjnej harmonii. Nie dostrzega, albo raczej nie przejmuje się zagrożeniami, jakie jednak z tej niedoskonałości wynikają. Po Edenie szybko zatem roznosi się ferment, zagrażający nienagannej symfonii dotychczasowego Życia, a który w ostateczności prowadzi do tego Życia zaniku.

mother! jest więc w tym podstawowym sensie filmem na wskroś biblijnym, operującym (często dosłownie) poetyką Księgi Rodzaju, ale – jak zaznaczyłem w poprzednim punkcie – odwołującym się także do osobistych przeżyć Aronofsky'ego, wobec czego nie trąci myszką ani domorosłym scenopisarstwem. Reżyser wykorzystał tu w zasadzie tylko i wyłącznie zabiegi ekspozycyjne dostępne w oryginale, lecz poprzez ich hiperbolizację osiągnął efekt dalece ekspresyjny i równocześnie niezacierający śladów obiektywnej rzeczywistości. Coś jak na przykład Francisco Goya w swym płótnie Rozstrzelanie powstańców madryckich – ukazał obiektywnie prawdziwe zdarzenie poprzez pryzmat swych własnych lęków i odczuć, które raczył zdefiniować stosownymi zestawieniami barwnymi oraz sposobem przedstawienia sytuacji. I tak samo robi Aronofsky, tylko że u niego za estetykę kadru odpowiada siła symbolu.

mother1gfgFot. kadr z filmu mother!

... oferuje masę spójnych i równie prawdziwych rozwiązań interpretacyjnych

Mimo że główna oś fabularna mother! rzeczywiście ogniskuje wokół toposów biblijnych i wszelakich wariacji na ich temat, to z filmu wyciągnąć można także kilka nieco odbiegających, lecz wciąż osadzonych w głównym wątku, wywodów. Jest to jakby nie patrzeć także opowieść o problemach i dylematach małżeństwa, rodziny, która staje przed zadaniem spłodzenia swego potomka. Występuje tu pewnego rodzaju obawa przed rodzicielstwem, co nawet postać odgrywana przez Michelle Pfeiffer w pewnym momencie ubiera w słowa. Zauważcie też, że w zasadzie wszystkie informacje na temat postaci oraz ich stosunku do konkretnych kwestii Aronofsky wydobywa z rozmów między nimi, nie uciekając się jednocześnie do dialogów ekspozycyjnych. Reżysera interesują ich relacje i ich wpływ na atmosferę i kształt (dosłownie) "domu", rozumianego tu jako odbicie stanu emocjonalnego i świadomości Kobiety. Ciekawe i uzasadnione jest też to, że to właśnie z perspektywy przedstawicielki płci pięknej obserwujemy akcję mother!. To archetypowa "matka" odpowiada za płomień ogniska domowego, to ona "wypełnia progi domu życiem" i to jej zawdzięcza się istnienie rodziny. Z tej perspektywy sensu nabiera w końcu tytuł samego filmu – Aronofsky zabawia się tym wspomnianym archetypem matki i niezależnie od tego, czy uznamy ją za matkę naturę, za Maryję, czy za randomową, reprezentatywną matkę, to za każdym razem będziemy mieli rację. Na tym przykładzie rysuje się również wyraźne zainteresowanie reżysera zagadnieniami relacji damsko-męskich, których wcześniej – o dziwo – nie poruszał na łamach swoich dzieł.

Zobacz również: Nieznane filmy znanych reżyserów #5 - Darren Aronofsky

Ale jeśli już o matce naturze mowa... Nie będę ukrywał, że ten komentarz jest mi szczególnie bliski. Aronofsky w mother! zdaje się przyjmować bowiem pozycję podobną do tej, jaką przed laty piastował Andriej Tarkowski. Tak samo jak radziecki mistrz przeciwstawia on tu naturę człowiekowi, ukazuje ją jako obiektywnie prawdziwą i czystą, pozbawioną wad i wypaczeń. To dopiero wraz z pojawieniem się człowieka, grzechu i "postępu", zaczyna ona umierać i w ostateczności sprzeciwiać się człowiekowi. Natura wszakże przetrwa każdy kataklizm, posiada wiele oblicz (powtarzający się motyw odrodzenia), a gdy zajdzie taka potrzeba, sama również potrafi kataklizm spowodować (rozsadzenie domu przez Jennifer). Natura jest więc stanem idealnym, pierwotnym, opartym o zasady harmonii i symbiozy, ale przy tym statycznym i nie wykazującym woli ewolucji. Bo taka jest oczywiście niepotrzebna i niemożliwa. Tym wywodem Aronofsky odchodzi nieco od religii sensu stricto na rzecz filozofii chrześcijańskiej, ale – co naturalne – pozostaje non stop w obrębie własnych zainteresowań.

Równie ciekawa i równie uzasadniona jest interpretacja mother! poprzez pryzmat artysty, jego dzieła oraz destrukcyjnego wpływu sławy. W końcu Javier Bardem, Mąż, Bóg, odgrywa tu rolę poety. Dodajmy do tego, że poety znajdującym się w dołku twórczym. Aby go przezwyciężyć, poszukuje inspiracji, otwiera dom na "nowych ludzi, nowe idee". Posuwa się nawet do pewnego ekstremum, wystawiając cierpliwość i zaufanie Żony na najwyższą próbę. Kiedy w końcu jednak cel osiąga, tworzy wiersz idealny i zyskuje sławę, to momentalnie skazuje siebie i swój związek z drugą osobą na ostateczne wymarcie. Ta interpretacja również świetnie współgra z kolejną zaletą mother!.

Wiesz, co z tym zrobić


Tomasz Małecki

Tomasz Małecki

Redaktor

O mnie:

Najbardziej tajemniczy członek redakcji. Nikt nie wie, w jaki sposób dorwał status redaktora współprowadzącego dział publicystyki i prawej ręki rednacza. Ciągle poszukuje granic formy. Święta czwórca: Dziga Wiertow, Rene Clair, Luis Bunuel i Stanley Kubrick.


Więcej informacji o:

Wypowiedz się na ten temat...
Zaloguj się poprzez
albo skomentuj jako gość
Wczytywanie komentarza... The comment will be refreshed after 00:00.
  • Ten komentarz jest nie opublikowany
    Ankowska · 8 dni temu
    Ciekawa interpretacja, przy czym w moim odczuciu, w filmie został pokazany mocno przerysowany obraz człowieka, który skupiony jest na sobie i jego pycha.
    Egocentryk i egoista nie dostrzega dobra jakie ma wokół. Nie potrafi być wdzięczny, nie potrafi cieszyć się życiem. Nie raduje go troskliwa, kochającą żoną (westalka domowego ogniska), która remontując dom, dbając o takie szczegóły jak dobre jedzenie, porządek, chce żeby czuł się w nim jak najlepiej. Javier Bardem nie dostrzega piękna w prostocie, tylko cały czas oczekuje „inspiracji nadzwyczajnych”, bo tylko takie dadzą mu bodziec do tworzenia/pisania. Nie dostrzega wartości w tym co ma, ani sam nie czuje się wartościową osobą. Jego niskie poczucie wartości prowadzi do tego, że nie potrafi zrezygnować z poklasku i uwielbienia, kiedy takie się pojawia po napisaniu wiersza.
    Tak naprawdę jest zapatrzony w siebie i stawia siebie w roli Boga. Maskuje własne egoistyczne cele, motywując je wzniosłymi ideałami, kiedy np. mówi żonie że musimy się z nimi (ludźmi nachodzącymi dom) dzielić domem i im wybaczyć, że go niszczą.
    Przykry obraz wielu ludzi we współczesnym świecie.
  • Ten komentarz jest nie opublikowany
    K · 9 dni temu
    Autor tekstu, nawiązując do opisu 'o mnie', przekroczył granice formy pisząc w zdaniu "ekspozycja karze nam utożsamiać go z Bogiem" słowo "kazać" przez "rz".
  • Ten komentarz jest nie opublikowany
    Ula · 11 dni temu
    Film widziałam i jest rzeczywiście niezwykły, co jest miłą odmianą, gdy w kółko trafia się na obrazy o podobnej konstrukcji i przesłaniu, mówiąc w dużym uproszczeniu. Jednak Pana artykuł otworzył mi kilka "nowych drzwi" w tym domu. Mam ochotę na repetę. A w talent Jennifer Lawrence nie wątpiłam nigdy. Pozdrawiam.
  • Ten komentarz jest nie opublikowany
    Ania · 11 dni temu
    Nie wiem czym sie ludzie zachwycają, byłam, ale strasznie nudził mnie ten film. Za to redaktor bardzo przystojny
  • Ten komentarz jest nie opublikowany
    Kasia · 12 dni temu
    Bardzo zgrabnie wplata Pan malarstwo i inne filmowe przykłady w odniesieniu do "mother!". Chciałabym przeczytać kiedys Pana artykuł, albo recenzje na temat filmu o malarstwie, bo z tego co mi sie wydaje ma Pan bardzo dużą wiedzę.

MOVIES ROOM POLECA

Najnowsze Wiadomości

Polub nas


© 2016 MOVIESROOM.PL · Wszystkie prawa zastrzeżone · Korzystanie z serwisu jest równoznaczne z akceptacją regulaminu.