Liga sprawiedliwosci

Dlaczego mother! jest najlepszym filmem XXI wieku?

Zapowiedzi, zwiastuny i materiały promocyjne mother! były tajemnicze, zagmatwane, w zasadzie nic nie zdradzały z fabularnego przebiegu najnowszego filmu Darrena Aronofsky’ego. Nie pomogła tu nawet nasza analiza przedpremierowa, która jedynie coś tam przebąkiwała na temat tego, co w finalnym produkcie zobaczymy. Co więcej, nie pomogły też opinie zagranicznej prasy i krytyki filmowej, które napływały do nas już od zgoła dwóch miesięcy. Te jednak, choć w zasadzie różne i wciąż niewiele zdradzające, ciążyły ku jednemu wnioskowi – Darren Aronofsky przesadził z opium. mother! zostało bowiem w gruncie rzeczy zmieszane z błotem, a moją ulubioną frazą użytą w jej kontekście przez dziennikarzy stało się „najgorszy film XXI wieku”. O tak, wtedy już wiedziałem, że produkcja spod szyldu Protozy spodoba mi się jak żadna inna. Wiedziałem, że ta masowa egzaltacja i polowanie na czarownice oznacza, iż Aronofsky przesadził, na co też zresztą liczyłem po dość chłodnym przyjęciu jego ostatniego dzieła (Noe był jaki był, nie ma co się oszukiwać). I jak się okazało mylić się nie myliłem, a co więcej, moje oczekiwania i przewidywania nie były nawet w części tak optymistyczne jak to, co ostatecznie na ekranie się wydarzyło. A wydarzyło się wiele. Tak wiele, że salę kinową z pokazem filmu odwiedziłem dwukrotnie, aby znaleźć potwierdzenie dla swojej tezy. Jakiej znowuż tezy, zapytacie… Zakładam, że przed wejściem do artykułu przeczytaliście jego tytuł. Jeśli tak, to wiecie już, że mother! jest (i co mówię na przekór zagranicznym malkontentom) NAJLEPSZYM filmem XXI wieku. A jest tak z przynajmniej kilku powodów. Na przykład z takiego, że…

motherposters

… dawno nie było w kinie tak świeżego spojrzenia na toposy biblijne

Jak sytuacja z Biblią się ma, doskonale wiemy. Od setek lat służy ona wszelkiej maści artystom za podstawę twórczości własnej i Aronofsky bynajmniej od tej reguły nie jest wyjątkiem. Już u zarania swej profesjonalnej kariery interesowały go motywy biblijne. Przy realizacji takiego na przykład Źródła prawdopodobnie częściej niż do Siegfrieda Kracauera, sięgał właśnie do Starego Testamentu. I to jest fakt, którego sam reżyser nie ukrywa nawet na ekranie, prezentując pewne nawiązania i motywy w sposób bezpośredni i dostatecznie czytelny. Ale nie toporny. Uniwersalność i powszechna, a także nierzadko podskórna, znajomość Świętej Księgi umożliwia bowiem konstruowanie filmowych opowieści obfitujących w bogactwo aksjologiczne, bez uciekania się do abstrakcyjnych pojęć i alegorii. Innymi słowy, każdy w jakimś tam stopniu Aronofsky’ego zrozumie, ale jednocześnie nie uzna jego tworu za infantylny czy banalny. Wszystko dzięki sposobowi, w jaki Amerykanin żydowskiego pochodzenia podchodzi do tworzenia takiej historii. Z jednej strony jest to niby typowa, postmodernistyczna zabawa w rozszyfrowywanie znaczeń, lecz zamiast do intelektu widza, reżyser odwołuje się do jego emocjonalności. Kiedy po raz pierwszy oglądaliście takiego Mickeya Rourke’a czy Natalie Portman wykonujących skok ostateczny w finałowych scenach odpowiednio Zapaśnika i Czarnego łabędzia, to nie odkrywaliście tego symbolu na nowo, lecz przyjmowaliście go w najczystszej postaci. Po prostu symbol jako symbol sam w sobie miał wystarczającą siłę oddziaływania na emocje. I tej zasadzie Aronofsky hołduje także w mother!, które pod tym względem bije na głowę wszystkie poprzednie dzieła reżysera razem wzięte.

Film ten jest wszakże jednocześnie sugestywny, operujący niesłychanie silnymi środkami wyrazu, jak i subiektywny, przepełniony indywidualnym spojrzeniem na poruszaną kwestię. A co w tym wszystkim najlepsze i co paradoksalnie nie kłóci się z wyżej wymienionymi przymiotami, jest niezwykle wierny oryginałowi biblijnemu. Choć Aronofsky wszystko przepuścił przez filtr własnej interpretacji Starego Testamentu i szczególnie Księgi Rodzaju, to ani na chwilę nie sprzeniewierza się przekazowi oryginału. Przypomina to trochę casus Pier Paolo Pasoliniego i jego Ewangelii wg św. Mateusza. W filmie włoskiego mistrza obserwujemy bowiem idealną „ekranizację” życia Chrystusa, która na pierwszy rzut oka jest na tyle poprawna i zgodna z przekazem Świętej Księgi, że Watykan wpisał ją na swoją listę „ważnych i wartościowych produkcji filmowych”. Jednakże co Pasolini osiągnął przede wszystkim, to wydobycie na wierzch niesłychanych pokładów liryki tkwiącej w biblijnych wersach. Ewangelia… aż kipi od poetyki (co nie dziwi, zważywszy na zainteresowania Pasoliniego), która w pewnym momencie zdaje się wręcz górować nad treścią. I podobny efekt – choć w znacznie bardziej ekspresyjny sposób – wypracowuje mother!, które mimo że stara się być klasyczną fabułą filmową, to sięga swym wyrazem znacznie dalej, znacznie głębiej. W skrócie: porusza nasze dusze, korzystając z radykalnej i skrajnie subiektywnej formy, ale równocześnie pozostającej w zgodzie z obiektywną obserwacją. Łał.

Mother Movie New Poster 1

… perfekcyjne operowanie symboliką biblijną

Ten punkt wynika bezpośrednio z poprzedniego, ale zdecydowanie wymaga osobnego omówienia. Wszakże to na tej symbolice biblijnej opiera się cały konstrukt fabularny mother!. Jego rozumienie natomiast powinno nam ułatwić przyjęcie pewnych stałych archetypów, których odpowiednikami są filmowe postacie. Mamy tu więc do czynienia z Bogiem (Javier Bardem), rajskim ogrodem Eden (Dom), pierwszymi ludźmi Adamem i Ewą (Ed Harris i Michelle Pfeiffer), ich synami Kainem i Ablem (Domhnall i Brian Gleeson), tajemniczym kryształem, będącym obiektem westchnień Boga (Życie), boskim potomkiem (Jezus) oraz… No właśnie. Kim jest Jennifer Lawrence? Możemy mieć problemy co do określenia tożsamości jej postaci, ale w perspektywie całościowej oraz przy świadomości pewnych zainteresowań Aronofsky’ego, stwierdzić należy, że rozmawiamy o niej w kontekście pewnego bliżej nieokreślonego ideału, obiektywnej prawdy, perfekcyjnej harmonii. Zauważcie, że Bóg niejednokrotnie okrasza ją mianem „natchnienia”, „inspiracji”, czyli czegoś, co pozwala mu tworzyć i przekraczać kolejne bariery artystycznego poznania, a także czegoś, co stoi ponad nim, wykracza nawet poza jego zdolności kontrolne. Bóg jest niejako od niej zależny – to w końcu ona odpowiada za stworzenie Edenu, domu Stwórcy. To ona wprowadziła do niego życie i ład, który pozwala Jedynemu funkcjonować i tworzyć. Jednakże tak jak każdy artysta wciąż dąży do samodoskonalenia, tak Bóg też pragnie czegoś więcej. Powołuje więc do życia człowieka, który z miejsca staje się obiektem jego fascynacji. Jest inny niż natchnienie, bardziej frywolny, spontaniczny, impulsywny. Nie da się do końca przewidzieć celu, do którego dąży i osobowości, jaką posiada. Jest niedoskonały, co w oczach Boga wydaje się być bardziej interesujące od perfekcyjnej harmonii. Nie dostrzega, albo raczej nie przejmuje się zagrożeniami, jakie jednak z tej niedoskonałości wynikają. Po Edenie szybko zatem roznosi się ferment, zagrażający nienagannej symfonii dotychczasowego Życia, a który w ostateczności prowadzi do tego Życia zaniku.

mother! jest więc w tym podstawowym sensie filmem na wskroś biblijnym, operującym (często dosłownie) poetyką Księgi Rodzaju, ale – jak zaznaczyłem w poprzednim punkcie – odwołującym się także do osobistych przeżyć Aronofsky’ego, wobec czego nie trąci myszką ani domorosłym scenopisarstwem. Reżyser wykorzystał tu w zasadzie tylko i wyłącznie zabiegi ekspozycyjne dostępne w oryginale, lecz poprzez ich hiperbolizację osiągnął efekt dalece ekspresyjny i równocześnie niezacierający śladów obiektywnej rzeczywistości. Coś jak na przykład Francisco Goya w swym płótnie Rozstrzelanie powstańców madryckich – ukazał obiektywnie prawdziwe zdarzenie poprzez pryzmat swych własnych lęków i odczuć, które raczył zdefiniować stosownymi zestawieniami barwnymi oraz sposobem przedstawienia sytuacji. I tak samo robi Aronofsky, tylko że u niego za estetykę kadru odpowiada siła symbolu.

mother1gfg

… oferuje masę spójnych i równie prawdziwych rozwiązań interpretacyjnych

Mimo że główna oś fabularna mother! rzeczywiście ogniskuje wokół toposów biblijnych i wszelakich wariacji na ich temat, to z filmu wyciągnąć można także kilka nieco odbiegających, lecz wciąż osadzonych w głównym wątku, wywodów. Jest to jakby nie patrzeć także opowieść o problemach i dylematach małżeństwa, rodziny, która staje przed zadaniem spłodzenia swego potomka. Występuje tu pewnego rodzaju obawa przed rodzicielstwem, co nawet postać odgrywana przez Michelle Pfeiffer w pewnym momencie ubiera w słowa. Zauważcie też, że w zasadzie wszystkie informacje na temat postaci oraz ich stosunku do konkretnych kwestii Aronofsky wydobywa z rozmów między nimi, nie uciekając się jednocześnie do dialogów ekspozycyjnych. Reżysera interesują ich relacje i ich wpływ na atmosferę i kształt (dosłownie) „domu”, rozumianego tu jako odbicie stanu emocjonalnego i świadomości Kobiety. Ciekawe i uzasadnione jest też to, że to właśnie z perspektywy przedstawicielki płci pięknej obserwujemy akcję mother!. To archetypowa „matka” odpowiada za płomień ogniska domowego, to ona „wypełnia progi domu życiem” i to jej zawdzięcza się istnienie rodziny. Z tej perspektywy sensu nabiera w końcu tytuł samego filmu – Aronofsky zabawia się tym wspomnianym archetypem matki i niezależnie od tego, czy uznamy ją za matkę naturę, za Maryję, czy za randomową, reprezentatywną matkę, to za każdym razem będziemy mieli rację. Na tym przykładzie rysuje się również wyraźne zainteresowanie reżysera zagadnieniami relacji damsko-męskich, których wcześniej – o dziwo – nie poruszał na łamach swoich dzieł.

Zobacz również: Nieznane filmy znanych reżyserów #5 – Darren Aronofsky

Ale jeśli już o matce naturze mowa… Nie będę ukrywał, że ten komentarz jest mi szczególnie bliski. Aronofsky w mother! zdaje się przyjmować bowiem pozycję podobną do tej, jaką przed laty piastował Andriej Tarkowski. Tak samo jak radziecki mistrz przeciwstawia on tu naturę człowiekowi, ukazuje ją jako obiektywnie prawdziwą i czystą, pozbawioną wad i wypaczeń. To dopiero wraz z pojawieniem się człowieka, grzechu i „postępu”, zaczyna ona umierać i w ostateczności sprzeciwiać się człowiekowi. Natura wszakże przetrwa każdy kataklizm, posiada wiele oblicz (powtarzający się motyw odrodzenia), a gdy zajdzie taka potrzeba, sama również potrafi kataklizm spowodować (rozsadzenie domu przez Jennifer). Natura jest więc stanem idealnym, pierwotnym, opartym o zasady harmonii i symbiozy, ale przy tym statycznym i nie wykazującym woli ewolucji. Bo taka jest oczywiście niepotrzebna i niemożliwa. Tym wywodem Aronofsky odchodzi nieco od religii sensu stricto na rzecz filozofii chrześcijańskiej, ale – co naturalne – pozostaje non stop w obrębie własnych zainteresowań.

Równie ciekawa i równie uzasadniona jest interpretacja mother! poprzez pryzmat artysty, jego dzieła oraz destrukcyjnego wpływu sławy. W końcu Javier Bardem, Mąż, Bóg, odgrywa tu rolę poety. Dodajmy do tego, że poety znajdującym się w dołku twórczym. Aby go przezwyciężyć, poszukuje inspiracji, otwiera dom na „nowych ludzi, nowe idee”. Posuwa się nawet do pewnego ekstremum, wystawiając cierpliwość i zaufanie Żony na najwyższą próbę. Kiedy w końcu jednak cel osiąga, tworzy wiersz idealny i zyskuje sławę, to momentalnie skazuje siebie i swój związek z drugą osobą na ostateczne wymarcie. Ta interpretacja również świetnie współgra z kolejną zaletą mother!.


 

… Aronofsky konsekwentnie realizuje swój artystyczny cel

Tą natomiast jest konsekwentne podążanie ścieżką artystyczną, której wydeptywanie rozpoczął już pełnometrażowy debiut Pi. Aronofsky równie chętnie co o Biblii, rozprawia przecież na łamach swych dzieł na temat celu artysty oraz jego dzieła. Więcej na ten temat możecie przeczytać w TYM miejscu, ale czego musicie być świadomi na ten moment, to fakt, że pewną idee fixe reżysera jest dążenie artysty jako takiego do ideału i ubieranie w gorset filmowych alegorii poświęceń, jakie ten musi przedsięwziąć w swojej drodze do perfekcji. Aronofsky ponadto nie zawęża rozumienia „artyzmu” do typowej artystycznej cyganerii. Dla niego ów artysta oznacza raczej kogoś, kto posiada nieprzeciętny talent w danej dziedzinie i mimowolnie bądź z przymusu środowiska dąży do jego wymasterowania. Dlatego też w równym stopniu znakomitością może być lekarz (Źródło), zapaśnik (Zapaśnik), matematyk (Pi), czy baletnica (Czarny łabędź). W mother! tę rolę pełni rzecz jasna poeta, którego bezpośrednia ekspozycja karze nam utożsamiać go z Bogiem.

Co więcej, występuje tu także pewnego rodzaju rozmycie i w konsekwencji sparowanie symboliki z rzeczywistością, które we wcześniejszych dziełach Aronofsky’ego nie występowało. Otóż w mother! poeta jest Bogiem, a Bóg poetą. I tego nikt tu nie ukrywa. W zasadzie więc nie istnieje rozróżnienie na sferę metaforyczną i dosłowną, przez co nie otrzymujemy dwóch równorzędnie istotnych osi akcji, a jedną, skondensowaną. Wszystko dzieje się na naszych oczach, symbolika nie przenika rzeczywistości, a staje się rzeczywistością. To co oglądamy nie jest już zatem iluzją świata, a jego aluzją, abstrakcyjnym przedstawieniem. W tej konwencji Aronofsky jeszcze swoich sił nie próbował, ale gdy już podjął to wyzwanie, to wyszedł z niego obronną ręką. A przy okazji zaserwował nam niejako wniosek ostateczny swych artystycznych poszukiwań. Bo o kim jeszcze może on nakręcić film, skoro Boga już odhaczył?

18 aronofsky 1.w710.h473.2x

… równie dobrze działa na poziomie ogółu, co szczegółu

Do tej pory rozmawialiśmy o mother! jako o całości, jako pewnej sumie, grze elementów, które wspólnie tworzą jednolitą strukturę i w tej strukturze pełnią konkretne zadanie. Jednak równie dobrze te elementy działają w oderwaniu od motywu przewodniego. Każda sekwencja, każda scena, każde ujęcie z osobna znaczy tu tyle samo dla całego filmu, co dla samych siebie. Aronofsky zadbał o to, aby dowolnie wybrany i wyabstrahowany kadr stanowił samoistny byt, zdatny do samodzielnego funkcjonowania. To rzecz jasna wymagało od niego precyzyjnego planowania oraz odpowiedniej ilości treści. Z tego jednak również udało mu się wybrnąć obronną ręką, a jeden seans z pewnością nie wystarczy, by rozłożyć na czynniki pierwsze wszystkie poukrywane smaczki. Sam dopiero przy drugim podejściu odkryłem m. in. to, że podczas słynnej już sekwencji „rozbiórki” domu bohaterów pod koniec filmu, ludzie w nim obecni popełniają wszystkie z siedmiu grzechów głównych kościoła katolickiego. Ale na przykład całkowicie pominąłem fakt, że na przestrzeni całej produkcji snute są nawiązania do plag egipskich i dopiero dyskusja ze znajomymi z redakcji naprowadziła mnie na właściwe tory. Niespodzianki kryją się tu więc właściwie na każdym kroku, w każdym kącie tego pięknego domu zwanego Eden.

Rozglądanie się po jego korytarzach przypomina natomiast (przepraszam za kolejną malarską analogię) wpatrywanie się w płótna Dominique’a Ingresa. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegamy w nich nic specjalnego – ot, takie typowe klasycystyczne portrety z typowym umiłowaniem dla zasad idealnej kompozycji. Ale gdy bliżej przyjrzymy się detalowi (spójrzcie na Pannę Riviere), tłu i dbałości z jaką francuski malarz, uczeń Davida, wystylizował każdą najmniejszą linię, to wiemy, że takich rzeczy nie robi się przez przypadek. Tu wszystko ma swoje miejsce, wszystko żyje własnym życiem, ale również dodaje coś od siebie dla całości. I to też uczynił Aronofsky mother!. Niemal wszystkie sceny obfitują w pojedyncze przedmioty, gesty, których podstawowym celem nie zawsze jest udowadnianie swej jakości w kontekście całości. One po prostu są i znaczą, co potwierdza też to – a o czym wspominałem w pierwszym punkcie – że reżysera interesuje w dużej mierze siła symbolu, a nie tylko jego zastosowanie.

Mother TA

… zgrabnie zaimplementowane cytaty z mistrzów kina!

Choć wspomniałem, że materiały promocyjne mother! nie za wiele nam zdradzały z istoty jej fabuły, to na pewno miały swój udział w kreowaniu okołofilmowego mitu. Pamiętacie te plakaty inspirowane Dzieckiem Rosemary Romana Polańskiego? No właśnie. Aronofsky w czytelny sposób odwoływał się tutaj do dziedzictwa słynnego polskiego reżysera i w konsekwencji nie pozostał gołosłowny. W mother! pojawia się wszakże identyczny koncept zamkniętej przestrzeni, koncept mieszkania, domu, pomieszczenia, jako pewnego odbicia emocjonalnego i psychologicznego postaci w niej zamieszkującej – tu kobiety, Jennifer Lawrence. Nie będziemy mieli jednak do czynienia z rozbudowaną analizą bohaterów, bo Aronofsky’ego interesuje przede wszystkim opracowana już przez Polańskiego semantyka. Przestrzeń żyje więc tu wraz z tytułową Matką, czego reżyser nie ukrywa, doprowadzając do jej zbliżenia z tkanką organiczną domostwa. Żyje i następnie sukcesywnie umiera. Usytuowanie i estetyczny opis pomieszczeń pozwala również na intuicyjne rozpoznawanie stanów emocjonalnych bohaterki, od strachu i wrogości w piwniczce, po uczucie bezpieczeństwa i intymności (do pewnego momentu) w sypialni i górnych partiach rezydencji.

Zobacz również: Czy Love i Neon Demon to autorskie arcydzieła nowej epoki?

Jednak co zabawne, tę w miarę skonceptualizowaną przestrzeń, odznaczającą się klarownymi zasadami podziału, Aronofsky zmiękcza innym cytatem. Początkowo chciałem tu odwołać się do Wojciecha Jerzego Hasa, z tym jego romantycznym postrzeganiem czasoprzestrzeni, ale doszedłem do wniosku, że bardziej adekwatne porównanie znajdę u człowieka podziwiającego polskiego artystę i prawdopodobnie najwybitniejszego reżysera filmowego w historii, Luisa Buñuela. Surrealizm w wydaniu tego pierwszego był bowiem „jedynie” analitycznym narzędziem, natomiast Hiszpan uczynił z niego pewną intelektualną manierę i podobny zabieg dostrzegamy u Aronofsky’ego. Reżyser prowadzi nas krętymi korytarzami Edenu zazwyczaj przy użyciu niesłychanie intymnych tracking shotów. Kamera siedzi non stop na karku Jennifer Lawrence, nie pozwalając nam przyjrzeć się dokładniej logistyce pomieszczeń, w których się znajduje. Nie rozpoznajemy zatem terenu, nie wiemy, który pokój sąsiaduje z którym, mimo że pierwsza połowa filmu w zasadzie polega na śledzeniu ruchów postaci. W konsekwencji otoczenie to zaczyna przypominać istny labirynt z ruchomymi ścianami – czyli coś co kojarzymy m.in. z Anioła zagłady Piękności dnia, czy też Dyskretnego uroku burżuazji.

Finałowa sekwencja stanowi natomiast najlepszy przykład zderzenia obu tych zapożyczeń – przestrzeń, która określała postać (Polański) zaczyna pulsować, rozpadać się i przeobrażać w rytm onirycznego braku logiki (Buñuel). I tak jak Kobieta traci tu rozum oraz wszelkie zmysły, tak i jej dom ulega całkowitej destrukcji. Gdzieś więc pomimo tego samozwańczego ogłaszania się modernistycznym artystą przez Aronofsky’ego, wciąż dumnie przebrzmiewają echa postmodernistycznej zabawy w rekonstruowanie osiągnięć poprzedników. Ale już ustaliliśmy, że cel uświęca środki…

Mother featured

… Jennifer Lawrence w końcu zagrała coś innego niż Jennifer Lawrence!

A na koniec coś, co może zasługą samego mother! nie jest, ale na pewno wpływa w jakiś sposób na jego ostateczną ocenę. Dla wielu też ten punkt może zabrzmieć jak herezja, ale nomen omen prawdziwa. Nigdy bowiem nie potrafiłem przekonać się do gry aktorskiej Jennifer Lawrence. Od samego początku swej kariery operowała jednym i tym samym wizerunkiem, jednym i tym samym warsztatem, nie próbując nawet dokonać jakiejkolwiek wariacji na jego temat. Jednakże sypię teraz głowę popiołem, bo w tak trudnym filmie jak mother!, w filmie, w którym gdzieś około 75% czasu stanowią zbliżenia na twarz postaci, wykazała się nienaganną miniekspresją. Udało jej się zrobić coś, co niegdyś dokonała m.in. Maria Falconetti w Męczeństwie Joanny d’Arc Carla Theodora Dreyera – niemą ekspozycję przekształciła w atut określający jej postać, jej charakter i jej stan świadomości. To naprawdę ciężkie zadanie, tym bardziej, że Aronofsky z uporem godnym jego osoby starał się uczynić nam seans niewygodnym, wtrącającym się w intymność postaci. I jeśli Oscary coś jeszcze w tym świecie znaczą, to właśnie za ten film, a nie za Poradnik pozytywnego myślenia, w jej ręce powinna trafić statuetka za najlepszą kobiecą rolę pierwszoplanową. Proszę, niech znaczą…


***

Tak oto prezentuje się lista argumentów, które czynią z mother! dzieło nietuzinkowe, dzieło donośne i dzieło, o którym (jak powiedział jeden z moich redakcyjnych kolegów) chce się dyskutować. Czy to aby nie wystarczy do okraszenia takiej produkcji mianem NAJLEPSZEJ? W końcu sztuka nie zawsze polega na zachowywaniu idealnych proporcji, umiaru, dostosowaniu środków do oczekiwań, a czasem wystarczy jej po prostu silny komponent ekspresyjny, emocjonalny. I to też doskonale rozumie Aronofsky. Dlatego całość najlepiej podsumują chyba słowa innego wielkiego artysty i starszego kolegi po fachu Aronofsky’ego, który coś o dzieleniu opinii publicznej wie. Proszę państwa, przed państwem David Lynch:

I dont’ know why people expect art to make sense. They accept the fact that life doesn’t make sense.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Najbardziej tajemniczy członek redakcji. Nikt nie wie, w jaki sposób dorwał status redaktora współprowadzącego dział publicystyki i prawej ręki rednacza. Ciągle poszukuje granic formy. Święta czwórca: Dziga Wiertow, Fritz Lang, Luis Bunuel i Stanley Kubrick.

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta