Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi, czyli disneyowski Triumf woli

TEKST TEN ZAWIERAĆ BĘDZIE PEWNE SPOILERY Z FILMU I CHOĆ STARAŁEM SIĘ ZMINIMALIZOWAĆ ICH ILOŚĆ ORAZ WYMIAR TREŚCIOWY, TO WIECIE JAK JEST – SPOILER NIE SŁUGA. UPRASZA SIĘ ZATEM CO WRAŻLIWSZE OSOBY O OPUSZCZENIE TEGO ARTYKUŁU. A NO I PROSZĘ O WŁĄCZENIE WYOBRAŹNI!

Rok 1935. Niemiecka reżyserka Leni Riefenstahl, bądź jak to z przekąsem mówił o niej Siegfried Kracauer – „oficjalny czynnik partyjny” – składa na ręce Adolfa Hitlera gotową rolkę z filmem.Triumf woli, bo taki też jest jego tytuł, to monumentalny dokument, zapis norymberskiego zjazdu partii nazistowskiej i w ostateczności ideologiczne posłannictwo, które poraża Fuhrera siłą swojego wyrazu. Korzystając z reżyserskich osiągnięć Fritza Langa i montażowych eksperymentów radzieckiej szkoły montażu, ulubienica Goebbelsa spreparowała czysto filmowe narzędzie wpływu na społeczeństwo, którego celem nie była wyłącznie petryfikacja aryjskich mitów, pochwała dla potęgi niemieckiego narodu oraz uzasadnienie ideologicznej supremacji narodowego socjalizmu. Triumf woli wskazywał również na kierunek, w jakim III Rzesza oraz jej obywatele winni podążać na drodze swej ewolucji ku świetności i wiecznej chwale Vaterlandu. Lud natomiast kupił te zapewnienia w ciemno, albowiem sugestia filmowa skutecznie utrwaliła w nim narzucone przez nazistów przekonania.

Rok 2017. Disney wykupuje aktywa wytwórni 21st Century Fox, czyniąc tym samym kolejny, znaczący krok ku monopolizacji amerykańskiego rynku kinematograficznego, a co za tym idzie, światowego przepływu pieniędzy w branży. Chwilę potem, a w zasadzie w tym samym czasie, następuje oficjalna premiera ich drugiego epizodu „odświeżonej” gwiezdnowojennej sagi. Jest fajnie, ludzie się cieszą, recenzenci pieją z zachwytu (tylko MY jacyś dziwni), dużo się dzieje, jest akcja, fabuła, aż tu nagle jedna z postaci Ostatniego Jedi wypowiada słowa, które znaczą wiele nie tylko w kontekście samego filmu: „Sithowie, Jedi, Republika… Olejmy to, stwórzmy nowy ład w galaktyce!”.

Kylo Ren Scar Star Wars Last Jedi

Cóż za złośliwy rechot historii. Mam nadzieję, że pomimo pozornego absurdu powyższej analogii, jesteście w stanie dostrzec jej zasadność. Obie te sytuacje łączy wszak jedno i to samo zjawisko. A mianowicie filmowa propaganda powzięta w imię usankcjonowania nowego porządku na świecie. Triumf woli legitymował hegemonię nazistów i ich imperialistyczne dążenia ideologiczne, a jednocześnie wysyłał jasny komunikat do wszystkich wrogów oraz oponentów – Niemcy nazistowskie to Niemcy potężne i nie próbujcie stawać im na drodze. Ostatni Jedi natomiast perfekcyjnie wpisuje się w politykę Myszki Miki, której celem jest ewidentna monopolizacja amerykańskiego, a co za tym idzie światowego, przemysłu kinematograficznego. I podobnie jak w przypadku dzieła Riefenstahl, nikt nie próbuje nawet tego ukrywać. Każdy zabieg i środek filmowego wyrazu zastosowany w drugiej części disneyowskiej sagi wyraźnie wskazuje bowiem na jego uległość i całkowite podporządkowanie strategicznemu zarządzaniu wytwórni. O takich trickach marketingowych jak casting osób konkretnej narodowości (najlepiej tych, które mogą przynieść z tego względu spory dochód… czyli Chińczycy głównie), czy wydłużanie ujęć skoncentrowanych na przedmiotach lub postaciach, które następnie można spieniężyć w formie gadżetów, słyszał już zapewne każdy z was. I choć oczywiście tego typu propaganda w Ostatnim Jedi spotyka nas na każdym kroku, to przebudzenia mocy doczekała się tu przede wszystkim propaganda ideowa. A zatem propaganda wymierzona nie tylko w nawyki konsumenckie widzów, ale także w ich percepcję gwiezdnego uniwersum. Propaganda, która wytoczyła pierwsze swe działa już przed dwoma laty.

StarWarstheLastJedi TA2

Pamiętacie zapewne, na czym w głównej mierze zasadzała się pochwała Przebudzenia Mocy. Większość krytyków i widzów była wszak zgodna co do tego, że J.J Abrams sprezentował nam dzieło z dumą odwołujące się do dorobku oryginału i język tegoż oryginału na współczesną formę przekładające. Ci sami ludzie ochoczo więc odpierali wszelkiego rodzaju zarzuty dotyczące odtwórczości i braku własnej tożsamości filmu stwierdzeniami typu „ale miał on przecież za zadanie wychować nowe pokolenie gwiezdnowojennych maniaków”. W oka mgnieniu i jakby bez choćby cienia autorefleksji z miłośników Star Wars stali się oni zatem wyznawcami disneyowskiej propagandy, która właśnie takiego myślenia od nich oczekiwała. A nic nie stanowi lepszej wody na młyn propagandy niż wewnętrzne przekonanie odbiorców o jej słuszności. „Wychowywanie nowego pokolenia” jest wszak tym, co obrał sobie Disney za cel nadrzędny swych filmowych szturmów. Wyhodowanie nowego typu widza, który w żaden sposób nie jest obarczony ciężarem tradycji i wspomnień o popkulturowym fenomenie autorstwa George’a Lucasa i który z tego też powodu nie potrafi rozróżnić tego co w Gwiezdnych Wojnach jest dobre, a co złe.

Zobacz również: Gwiezdne Wojny – rzeczy, które prequelowa trylogia zrobiła lepiej od oryginalnej

I Ostatni Jedi dumnie kroczy ścieżką wytyczoną przez poprzednika. Co więcej, z racji tego, że pierwsza próba ideowego zawłaszczenia uniwersum trafiła na podatny grunt, rozochoceni i pełni próżności wysłannicy czarnego gryzonia zrobili nawet krok więcej. Tym razem bowiem nie ograniczali się do „zaledwie” podświadomego podsycania wśród widzów uwielbienia dla „nowych” Gwiezdnych Wojen i jednocześnie nienawiści do lucasowych prequeli. Poza formą odzywają się tu wszak same postaci, których ekspozycja wynikająca z fabuły filmu jest tożsama z ideowymi celami Disneya. „Olać wszystko, stwórzmy nowy ład” wybrzmiewa więc nie tylko jako imperatorskie credo Kylo Rena, ale również jako reinterpretacja uniwersum i próba uzyskania publicznej zgody na wtłaczanie jego istoty w ideową maszynerię wytwórni. Już wkrótce podporządkujemy sobie Gwiezdne Wojny w całości i wy nam w tym chętnie oraz z własnej woli pomożecie – taki oto komunikat wydobywa się z czeluści Ostatniego Jedi, a prócz linijek dialogowych przejawia się on rzecz jasna w sukcesywnym (i dość niechlujnym) zastępowaniu reliktów przeszłości nowymi bożkami. Ten proceder ma rzecz jasna swój początek już w decyzji o porzuceniu dotychczasowego kanonu, lecz dopiero jednogłośna akceptacja takiego stanu rzeczy przez zdecydowaną większość organów opiniotwórczych (prasa, dziennikarze) w postaci entuzjastycznych recenzji najlepiej świadczy o skuteczności i przyzwoleniu na stosowanie tak prymitywnej i brutalnej propagandy.

star wars the last jedi p

Jednak Ostatni Jedi służy nie tylko do wymazywania ze społecznej świadomości dziedzictwa Lucasa. Nie bez powodu wszak wspomniałem o disneyowskich próbach monopolizacji przemysłu filmowego, którego pierwszą niesubtelną oznakę mogliśmy zaobserwować w tym roku wraz z upublicznieniem informacji o rychłym starcie osobnej platformy streamingowej. Na jej mocy natomiast dotychczasowy lider tego segmentu, czyli Netflix, nie tylko po raz pierwszy dozna zjawiska konkretnej konkurencji, ale również konkurencji, która zawłaszczy sobie content do tej pory do niego należący. Co prawda produkcje Disneya i firm mu podległych (m.in. Marvel i Pixar) stanowią tylko odsetek zawartości Netflixa, ale miejmy na uwadze też to, co stało się dosłownie przed kilkoma dniami. Legendarna i osadzona w tradycji oraz świadomości Amerykanów wytwórnia 21st Century Fox przeszła pod auspicje Disneya i wcale nie jest wykluczone, że i jej produkty zostaną w ostateczności z netflixowej listy usunięte. Póki co Miki nie wyraża się w tym kontekście specjalnie zaborczo, ale powiedzmy sobie szczerze – jeśli pomysł z platformą wypali, to znaczy, jeśli będzie dostateczny odbiór (a raczej będzie), to nic w końcu nie stanie na przeszkodzie, aby zagarnąć całość dla siebie. A trzymając całość w garści władza absolutna znajduje się na wyciągnięcie ręki.

I taka też wizja wyłania się z faktu wykupienia wytwórni Foxa. Skoro wolną ręką zapłacono ponad 52 miliardy dolarów za aktywa wytwórni, która nadal przynosi profity i jest jedną z najważniejszych placówek twórczych w historii światowej kinematografii, to co stoi na drodze, by wkrótce powtórzyć ten proceder w stosunku do innych firm? Już teraz nikt nie jest w stanie wytrzymać z Disneyem bezpośredniej konkurencji, a podstawowe zasady show biznesu mówią, iż jeśli nie jesteś konkurencyjny, to wypadasz z gry. Monopolizacja poprzez stopniowe wykluczanie rywali z rozgrywki – taki jest przepis Disneya na sukces. I choć w Ameryce istnieje całkiem solidne i kompleksowe prawo antymonopolowe, które zadawać by się mogło wiąże zachłanne łapska czarnego gryzonia, to nie zapominajcie, że już przynajmniej raz w historii prawo uległo pod naciskiem sugestii. A było to w 1938 roku, kiedy Adolf Hitler dokonywał Anschlussu Austrii. I tak jak wówczas Austriacy wiwatowali na cześć wodza, tak i w tym przypadku sądzę, że pod wpływem rozentuzjazmowanych recenzji i oficjalnego przekazu widzowie łykną bez popity to, co im na talerzu podadzą. Nawet jeśli bez uprzedniego i należytego wprowadzenia i wyjaśnienia postaci, która stanowi największy postrach galaktyki, uśmierca się ją bez większej ceremonii i oparcia w dramaturgii. A nie, czekajcie, to chyba już było…

gallery 1485863852 star wars force awakens snoke leader

„Olać tradycje Lucasa, stwórzmy nowe Gwiezdne Wojny”. Gwiezdne Wojny, które usankcjonują nieokiełznaną kumulację Disneya poprzez wychowanie nowego typu widza. Widza-konsumenta, który gdzieś ma jakościowe i merytoryczne aspekty filmowego epizodu uniwersum. Ostatni Jedi jest zatem disneyowskim Triumfem woli w tym sensie, że powstał tylko w jednym celu – otumanienia widowni słodkim cukierkiem propagandy. Bo to, że jest słodki nie dziwi chyba nikogo. Szkoda tylko, iż ten cukierek to tak naprawdę środek nasenny, po zażyciu którego Myszka Miki może swobodnie buszować po naszej podświadomości. A niepilnowana narobi tam sporych szkód. Co prawda powtórki z 1939 roku nie będzie, ale hegemonię osiąga się zawsze wychodząc z tego samego punktu – uzyskania poparcia mas. A to niewątpliwie Disney już posiadł.

1200x300 amet reklama

Ilustracja wprowadzenia: Lucasfilm

Redaktor

Najbardziej tajemniczy członek redakcji. Nikt nie wie, w jaki sposób dorwał status redaktora współprowadzącego dział publicystyki i prawej ręki rednacza. Ciągle poszukuje granic formy. Święta czwórca: Dziga Wiertow, Fritz Lang, Luis Bunuel i Stanley Kubrick.

Więcej informacji o

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?