Advertisement

„Don’t stop believin’”. Świętujemy rocznicę finałowego odcinka „Glee”

Zaczęło się w 2005 roku. W głowie Iana Brennana, młodego aktora i nieodnoszącego sukcesów scenarzysty, zakiełkował projekt, który miał zmienić losy wielu – w tym jego samego. Inspirowany doświadczeniami artysty z czasów licealnych materiał skupiał się na losach uczniów przeciętnej amerykańskiej szkoły średniej, a właściwie na ich pragnieniu „błyszczenia” wśród rówieśników. Brennan nadał swemu scenariuszowi cechy satyryczne. Apetyt na oklaski i chęć brylowania otaczały go, kiedy sam był członkiem szkolnego chóru (z ang. glee club). Widział w tych żądzach Brennan pewien absurd – chóry akademickie, nie inaczej niż związki szachistów czy geniuszy matematycznych, to w końcu skupiska oferm i outsiderów. Scenariusz, początkowo spisany jako pożywka dla filmu fabularnego, spotykał się ze wzgardą potencjalnych klientów; ostatecznie trafił jednak w ręce Ryana Murphy’ego, skrupulatnie pracującego na tytuł guru telewizji nowej generacji. Dobrze się stało, że Murphy natknął się na pracę byłego chórzysty: sam stworzył w końcu serial młodzieżowy, w którym głód popularności wpisany był w DNA postaci centralnych („Asy z klasy”). Projekt wykupiła stacja Fox Broadcasting Company. Po rozbudowie materiału do kalibru serialu telewizyjnego i reorganizacji głównego wątku, Brennan objął funkcję producencką. Z niedojdy przeobrażał się powoli w wybrańca fortuny. Murphy i Brad Falchuk zostali showrunnerami serialu, któremu to nadano tytuł prosty i przykuwający uwagę: „Glee”. Odcinek pilotażowy wyemitowano 19 maja 2009 roku. Przeważająco korzystnym recenzjom towarzyszyły złote wyniki oglądalności.

Glee01

Na „Glee” po raz pierwszy natknąłem się właściwie w rok po premierze serialu. Słyszałem wcześniej o jego fenomenie, choć musicalowy krój skutecznie odstraszył mnie od zasmakowania w rozśpiewanej formule – wszystkim wówczas odbijało się jeszcze czkawką po trylogii „High School Musical”. Z polecenia znajomej mi osoby (dziś kogoś znacznie bliższego) nadrobiłem mocno zaległego pilota serialu. Miał, w subiektywnej ocenie kogoś całkiem wtedy postronnego, trafić w moje gusta. Trafił. Pierwszy sezon „Glee” obejrzałem prawie jednym tchem. Później, aż do łzawego finału, przy boku towarzyszył mi już ktoś zdecydowanie mniej postronny. „Glee” był serialem, który łączy ludzi.

Dowodził temu już pierwszy odcinek, w którym przystojny sportowiec, niepewny siebie inwalida i nierozumiana przez rówieśników diva żydowskiego pochodzenia goszczą na szkolnej scenie, by wspólnie zaśpiewać „Don’t Stop Believin’” z repertuaru Journey (to, nota bene, jeden z najbardziej magicznych momentów w historii telewizji). Obsada serialu z biegiem czasu tylko się poszerzała, a grono postaci pierwszo-, drugo- czy siedmioplanowanych zasilały coraz to barwniejsze indywidua. Ramię w ramię, młodzi wspólnie walczyli z przeciwnościami losu. Scenarzyści dbali o to, by ich projekt stronił od monotonii – dla bohaterów miałkich i bezpłciowych nie znalazło się na korytarzach McKinley High miejsca. Niemająca znaczenia dla tworzących się relacji różnorodność takich postaci jak Kurt Hummel (Chris Colfer), Sam Evans (Chord Overstreet) czy Becky Jackson (Lauren Potter) wpłynęła na najbardziej uniwersalne przesłanie, jakie płynęło z ekranu: wszyscy jesteśmy tacy sami, nie ma podziału na lepszych i gorszych. Dodać należy, że „Glee” to serial wielu przesłań.

Glee02

Naiwnym byłoby, niestety, stwierdzenie, że drabina społeczna to pojęcie nieaktualne, a świat działa w oparciu o zasadę równości międzyludzkiej. Jak my wszyscy, bohaterowie „Glee” stawiają czoła nietolerancji i stygmatyzacji. Dyskryminowani ze względu na kolor skóry, seksualność, tuszę czy nawet schorzenia, jakimi są dotknięci, zawsze mogą jednak liczyć na wsparcie. Spółka Murphy’ego nakręciła serial poświęcony skuteczności pracy w grupie. Nieważne, czy występując w obronie opluwanego geja sam zostaniesz opluty – ważne, że jest ktoś, kto potrzebuje twojej pomocy, a kto wstawi się za tobą w razie potrzeby. W trakcie sześciu sezonów i ponad stu dwudziestu odcinków między grupą postaci zacieśnił się nierozerwalny związek: bohaterowie, wygrywając stanowe rozgrywki chórów czy też obrywając lodowatym slushym w twarz, nigdy nie byli pozostawieni sami sobie. W grupie tkwi bowiem siła.

W „Glee” przedyskutowano dziesiątki problemów z zakresu socjologii i nauk społecznych. Przyjrzano się funkcjonowaniu uczennicy z zespołem Downa wśród rówieśników, zwrócono uwagę na piętnowanie nastolatek w ciąży, w jednym odcinku poruszono nawet wątek terroryzmu w amerykańskich szkołach. Z największym impetem wprowadzano do scenariuszy kolejnych sezonów tematykę LGBT (w sezonie 3. do chóru dołączył nawet barwny i bajeczny reprezentant litery „T”). Kurt Hummel i Blaine Anderson na zawsze pozostaną etykietą serialu; często stawiani są w końcu w rankingach najpopularniejszych telewizyjnych par jednopłciowych. Nie ma się co dziwić: Klaine (jak fani zwykli określać związek Hummela i Andersona) powiedział stanowcze „nie” dyskryminacji osób homoseksualnych w środowiskach wszelakich. Pocałunek Chrisa Colfera i Darrena Crissa w odcinku sezonu drugiego przeszedł do historii jako jeden z pierwszych pocałunków gejowskich, ukazanych w amerykańskiej telewizji w porze największej oglądalności. Blaine i Kurt to jednak queerowe postaci objęte pewnym oczywistym stereotypem, inaczej niż choćby Spencer Porter (Marshall Williams) czy Santana i Brittany (Naya Rivera i Heather Morris). Homoseksualizm Spencera ukazany zostaje jako cecha tak naturalna, że nie budząca w nikim zdumienia, choć – podążając skrótami myślowymi – zdumionym być można: jest grany przez Williamsa bohater sezonu szóstego hipermęskim gwiazdorem futbolu. Brittana także nie pozwala ująć się w ramy najprostszych klisz. Rivera i Morris, wcielające się w zakochane cheerleaderki, niejednokrotnie górowały w notowaniach najseksowniejszych kobiet małego ekranu. Początkowo ukrywały swoją relację przed otoczeniem. W kapitalnym odcinku ostatniego sezonu stanęły na ślubnym kobiercu. Kolejne przesłania wynikające z serialu: bądź sobą, miłość zawsze zwycięża.

Zobacz również: TOP 10 – Serialowe pary LGBT

Glee025

Nieco bardziej pod górkę miał Dave Karofsky (Max Adler), z początku migawkowy bohater, który w sezonie drugim doczekał się jednego z bardziej emocjonujących wątków. Karofsky, naczelny piewca „normalności”, a także głęboko skrywający swoją orientację gej, zasłużył sobie wreszcie na moment wewnętrznego katharsis, choć obkupiony on został nieudaną próbą samobójczą. Dramatyzm serialu przetestował odporność kanalików łzowych niejednego ze swoich odbiorców. Inny pochmurny wątek – śmierć siostry Sue Sylvester (Jane Lynch) – potwierdził, że jest „Glee” serialem, do którego odnieść może się szerokie spektrum widzów, a przy okazji nadał ludzką twarz najbardziej groteskowej postaci w obsadzie. „Niektórzy wygrają, inni poniosą porażkę”, śpiewał Steve Perry, frontman grupy Journey. Ważne, by etykietkę przegranego nosić z podniesioną głową.

Bez komentarza nie mogą pozostać także muzyczna formuła serialu oraz jego komediowy ton, czerpiący jeszcze ze scenariuszowych szkiców Brennana. „Glee” wyciskał z nas łzy także poprzez chichot. Cyniczna do bólu Santana, nieskażona krztyną talentu wokalnego Sugar (Vanessa Lengies) czy wreszcie nieobliczalna Sue Sylvester, ucieleśnienie najgorszych koszmarów uczniów McKinley High – wszystkie te postaci władały one-linerami, a niekiedy obszernymi monologami, które wywoływały kaskady śmiechu. Jane Lynch, regularnie tocząca ekranowe boje z Matthew Morrisonem (tj. przewodzącym chórowi Willem Schuesterem), nie bez powodu wyróżniona została za rolę Sue Złotym Globem i nagrodą Emmy – sukces „Glee” to w znacznym procencie sukces aktorki.

Glee03

Jako musical „Glee” przywrócił śpiew nie tylko do łask telewizyjnych, ale także sprawił, że ponownie zagościł on w amerykańskich domach. Serial, który zadebiutował na małym ekranie tuż po finale kolejnej odsłony „American Idol”, w ekspresowym tempie zyskał miano popkulturowego fenomenu (do końca 2011 roku wyprzedano prawie pięćdziesiąt milionów cyfrowych kopii singli i albumów promocyjnych, powiązanych z serialem). Wszystko za sprawą precyzyjnej selekcji wykonywanych przez postaci piosenek. Bohaterowie zaśpiewali nam wszystko: przeboje formatu Top 40, szlagiery filmowe i sceniczne, nowości oraz starocie. Lea Michele i Sarah Jessica Parker porywały nas do tańca przy „Let’s Have a Kiki”, Kristin Chenoweth chwytała nas za serce pełną nadziei w lepsze jutro interpretacją „Maybe This Time”, Jane Lynch i Olivia Newton-John rozpalały nas do czerwoności, bawiąc się w rytm „Physical”. Muzycznych niespodzianek, które dziś świadczą o kultowości „Glee”, uzbierał się ogrom.

W finale serialu wszyscy bohaterowie wracają na scenę McKinley High, by po raz ostatni oddać się wokalnych uniesieniom. Przeżyli wiele, wybór utworu jest więc nieprzypadkowy: śpiewają „I Lived” zespołu OneRepublic. Gdy kończą, chwytają się za ręce i równocześnie spuszczają głowy na znak uhonorowania minionych sześciu lat. Serial do końca pozostał wierny swoim ideom. Wyraz twarzy każdej z postaci mówi: „jestem tu dla ciebie”, choć tym razem nikt z życiem nie walczy, wszyscy to życie celebrują.

Zobacz również: TOP 10: Powroty seriali, na które liczymy

Jako telewizyjny fenomen serial utrzymał swoją pozycję przez trzy sezony (w sezonie 4. oglądalność „Glee” mocno się osłabiła), lecz dziełem zabawnym, wzruszającym, przemyślanym, pokręconym, prowokującym permanentny uśmiech na twarzy, stanowiącym potrzebną każdemu ucieczkę od rzeczywistości, wreszcie istotnym kulturowo pozostał przez sezonów sześć. Wszystko to spotkało projekt, któremu przez lata nie dawano szans na zaistnienie. Przesłanie końcowe: nigdy nie przestawaj wierzyć.

Glee04

Stały współpracownik

Autor bloga HisNameIsDeath.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?