The Walking Dead – analiza serialowego fenomenu

The Walking Dead powraca po standardowej przerwie, z drugą połową ósmego już sezonu losów grupki pozostałych przy życiu bohaterów, z Rickiem Grimesem na czele. Serial na podstawie komiksu Roberta Kirkmana stał się prawdziwym socjologicznym fenomenem, gromadzącym przed ekranami telewizorów wielomilonową publiczność. W Polsce serial emituje kanał FOX, natomiast w Stanach Zjednoczonych jest to flagowa produkcja kanału AMC. Biorąc pod uwagę, że serial jest nadawany od 2010 roku, a jego twórcy nie zamierzają póki co historii zakończyć, wypada się przyjrzeć bliżej jak to się wszystko zaczęło i uhonorować w pewnym sensie analizą uniwersum Żywych Trupów. Jako, że jestem zatwardziałym fanem produkcji i w życiu nie przeoczyłem premiery żadnego epizodu, czuję się całkiem pewnie jako osoba, której ta analiza została powierzona. Mam nadzieję, że wybaczycie mi drobne spojlery fabularne, nawet na upartego pewnych wątków nie da się omówić nie zdradzając pewnych istotnych wydarzeń, starałem się jednak pisać w taki sposób by tekst dobrze się czytało osobom zaznajomionym z serialem, jak i tym, którzy jeszcze z nim styczności z jakichś powodów nie mieli. Tyle słowem wstępu, dodam jedynie, że najbliższy odcinek zostanie wyemitowany na kanale FOX 26 lutego o godzinie 22:00. 

https://www.youtube.com/watch?v=el0QKuykDGw

ŚWIAT JAKI ZNAMY PRZESTAŁ ISTNIEĆ

Postapokaliptycznych wizji świata widzieliśmy już w filmach i serialach bardzo wiele, większość jednak jest na szczęście mało prawdopodobna. Twórcy The Walking Dead zaproponowali wersję, w której świat zostaje opanowany przez tajemniczy wirus, który ożywia zmarłych, transformując je w tak zwanych „szwędaczy” (w serialu nie pada ani razu określenie zombie). Nie jest to idea oryginalna, tułających się po opustoszałych lokacjach bohaterów walczących ze zmutowanymi ludźmi mogliśmy już zobaczyć chociażby w Jestem legendą czy 28 dni później, a przecież są to produkcje starsze niż omawiany przeze mnie serial. Produkcji do której na początku ręce przykładał sam Frank Darabont (reżyser Zielonej mili, Skazanych na Shawshank czy Mgły, a więc adaptacji powieści Stephena Kinga) łatwiej było się zadomowić w świadomości widza, bowiem od początku miał bazę fanów pod postacią maniaków komiksu wspomnianego Kirkmana. Oczywiście już w pierwszych odcinkach można było zauważyć znaczne odstępstwa od komiksowego scenariusza, na korzyść serialu wpłynęło pojawienie się nowych, nie znanych komiksiarzom bohaterów takich jak charyzmatyczny i tajemniczy Daryl Dixon i jego szalony brat Merle. Całość na swoich barkach po dziś dzień dźwiga aktor, którego najprędzej skojarzyć można z klasykiem świątecznym – To właśnie miłość. Andrew Lincoln, gdyż o nim mowa, wciela się w policjanta Ricka Grimesa, który budzi się ze śpiączki po postrzale w zupełnie nowej rzeczywistości. Apokalipsa nastąpiła gwałtownie i zebrała śmiertelne żniwa, okazuje się jednak, że trupy wcale nie zamierzają spokojnie się rozkładać, wręcz przeciwnie, są wściekłe, wygłodniałe i zupełnie bezmyślne. Rick musi więc walczyć o przetrwanie i znaleźć kogoś z kim będzie mógł ramię w ramię walczyć ze stworami, bowiem w tym świecie na dłuższą metę nie da się żyć na własną rękę. Okazuje się, że ten świat jest jeszcze mniejszy niż by się wydawało i główny bohater szczęśliwie spotyka na swojej drodze żonę i jedynego syna. To jednak okazuje się tylko początkiem długiej podróży i poszukiwania kolejnych „bezpiecznych” schronień, dbania o powiększające się lub malejące grupy ocalałych i pokonywania coraz większych trudności. Bowiem im dalej w fabułę tym bardziej serial zdaje się zmieniać z survival horroru w pełnokrwisty dramat o ludziach, którzy są zmuszeni do nieludzkich czynów byleby tylko przetrwać. Świat jaki znamy przestał istnieć, więc nie ma już żadnych zasad i to jest jedną z podstawowych wartości tej produkcji, pokazuje nam ona jak postacie poszukują człowieka sami w sobie, jak bardzo cierpią wewnętrznie podejmując decyzje, których przed apokalipsą nie podjęliby nigdy. Ta głębsza, można by rzec, bardziej filozoficzna, „ludzka” strona serialu jest jednak eksponowana od kilku sezonów, z początku TWD bardziej przypomniało śmiertelną wyliczankę, na którą wszyscy widzowie czekali, ale której podświadomie też nie chcieli. Bowiem istotą survival horroru jest to komu uda się przeżyć do końca, a w TWD jest bardzo wiele postaci, którym możemy kibicować. 

Podobny obraz

DAJCIE MI BOHATERA

Widzowie rozrywkowych produkcji pragną najczęściej bohaterów, którzy cechują się charyzmą, mądrością, enigmatycznych osobowości z tajemnicami z przeszłości, tak zwanych badassów, którzy mogą rozłożyć na łopatki legion wrogów naraz. Pragną też atrakcyjnych kobiet, silnych, niezależnych, walecznych i jednocześnie pociągających. W The Walking Dead nie brak ani mężczyzn, z którymi widz trzyma sztamę (Rick, Daryl, Abraham, Glenn), ani też kobiet do których można powzdychać (Maggie, Rosita, Michonne, Carol). Płynnie zmieniające się relacje między postaciami, zalążki romansów i przyjaźnie trzymają w pionie fabułę serialu, są jego istotą, bowiem po co oglądać opowieść o ludziach, którzy nas nie interesują i są nudni? Im bardziej się zżywam z tymi kreacjami tym gorzej znoszę, kiedy któraś z postaci musi zginąć, rzecz w tym, że emocjonalny impakt jest potrzebny do dalszego pchnięcia fabuły, cierpimy razem z bohaterami, razem z nimi się zbieramy i przechodzimy przez kolejne etapy akceptacji tego, że danego bohatera już z nami nie ma. Na podobnej, choć bardziej brutalnej zasadzie działa od lat Gra o tron, choć w jej przypadku można śmiało mówić o częstszym kibicowaniu temu by ktoś ducha wyzionął a nie przy życiu pozostał. W TWD większość postaci jest pozytywna, choć z moralnego punktu widzenia mamy do czynienia w większości z „przymusowymi” mordercami, a więc osobami przypartymi do muru, postawionymi przed decyzją „albo my, albo oni”. Mam wrażenie, że w ostatnich latach ewolucja postaci stała się o wiele bardziej radykała, a widz przyzwyczaił się do tego, że ktoś już odruchowo pociąga za spust. I wcale nie usprawiedliwiam tutaj nikogo z ekipy Ricka i jego samego, po prostu mam świadomość, że gdyby nie „złe” decyzje to wszyscy byliby już dawno martwi. Tak więc kolejną siłą serialu są niejednoznaczni antyherosi, protagoniści z krwią na rękach. I wiele rzeczy ich fani im wybaczają, ale podejrzewam, że o wielu też nie zapominają. 

Podobny obraz

ODBUDOWAĆ TO, CO ZNISZCZONE

Fani serialu od lat zastanawiają się „dokąd zmierza TWD?”, jaka będzie jego puenta. Nigdzie nie jest bezpiecznie, kolejne przystanki okazują się domostwami tymczasowymi, a kolejne grupy ocalałych coraz bardziej zdziwaczałe lub agresywne. Widzowie zastanawiają się więc jaki będzie fianł historii dla Ricka i jego „rodziny” (czyli nie tylko tej, z którą wiąże go krew, ale wszyscy, których udało mu się wokół siebie zgromadzić), w jaki sposób historia zostanie zamknięta i czy ostatecznie uda się odbudować świat, przywrócić mu postać sprzed ataku zabójczego wirusa. Teorii o tym jak powinna się skończyć produkcja trwająca już od ośmiu sezonów jest bardzo wiele, rzecz w tym, że na jej finał może mieć nieoczekiwanie wpływ spin-off, czyli Fear The Walking Dead. Pokazuje on zupełnie inną grupę ocalałych, w innym czasie, być może to w nim należy szukać wskazówek co do tego całego piekła, które się rozpętało w „serialu-matce”. Sam fakt powstania FTWD pokazuje oczekiwania widza wobec tego świata, który pragnie go poznać lepiej, który chce go więcej, który chce zobaczyć inną perspektywę niż tylko bohaterów, do których się przez lata przyzwyczailiśmy. I to, że aktualnie wkrótce będziemy obcować już z czwartym sezonem spin-offu pokazuje nieustanne zapotrzebowanie wśród widzów na świat opanowany przez nieumarłych. Sam obejrzałem trzeci sezon z niekłamaną przyjemnością i polecam się zapoznać, bowiem już wkrótce nastąpi crossover obu serii (postać z TWD pojawi się w FTWD) i warto mieć wgląd w losy bohaterów zupełnie niedostosowanych jeszcze do survivalowej codzienności. Tak właściwie to nie wiem jakie zakończenie dla obu historii chciałbym zobaczyć, nie do końca wiem czego sam oczekuję i jaki finał byłby dla mnie satysfakcjonujący i to też składa się na fenomen TWD bowiem ten świat jest bardzo pojemny, można go bardzo długo eksplorować, zmieniać i wprowadzać doń kolejne ciekawe elementy. Pewne jest to, że prędko ostatniego odcinka serialu nie zobaczymy, ponieważ Kirkman wciąż bawi się komiksową materią podrzucając scenarzystom serialu kolejne pokręcone pomysły. Z drugiej strony nie może być to neverending story, bowiem zmęczenie materiału może dotknąć nawet najlepszą produkcję. Mam więc wrażenie, że powoli zbliżamy się do puenty i wcale bym się nie zdziwił gdyby sezon 10 serialu okazał się tym finałowym. 

Znalezione obrazy dla zapytania the walking dead

POTĘGA FANDOMU

Na fenomen serialu składają się też oczywiście jego fani, którzy regularnie biorą udział w reagowaniu na poszczególne odcinki na żywo. Ich emocjonalne relacje można śledzić na YouTube, nie brakuje też kanałów na których poszczególne odcinki są poddawane wnikliwym analizom (sam na swoim blogu takich cotygodniowych analiz dokonuję), nie brak też teoretyzowania co się w przyszłości serialu wydarzy, nie brakuje bowiem osób polujących na tak zwany foreshadowing, czyli symbole zwiastujące fabularne twisty lub zgony bohaterów. Nieważne więc jak długo serial będzie emitowany, armia wiernych fanów będzie mu towarzyszyć do samego końca i sam do takowych będę się zaliczać. TWD pozostanie więc, tak jak Zagubieni, Miasteczko Twin Peaks czy Z Archiwum X symbolem pewnej telewizyjnej epoki, a Rick, Daryl czy Negan już trafili do kanonu serialowych charakterystycznych bohaterów. Oczywiście by spojrzeć na serial z pełnej perspektywy będzie trzeba poczekać do jego zakończenia, gdyż to ono go zdefiniuje, pokaże czy warto było być jego orędownikiem przez długie, długie lata. 

Wydaje nadzieję, że udało mi się w skrócie wyjaśnić dlaczego The Walking Dead tak dobrze się przyjęło nie tylko w naszym kraju, ale na całym świecie, bowiem ludzie sięgają po niego z bardzo uniwersalnych pobudek, jest skierowany do masowego odbiorcy, oczywiście pełnoletniego ze względu na graficzną przemoc. Nie jest też fabularnie wielce skomplikowany, żywi się przede wszystkim emocjami, dostarcza tak zwanego dreszczyku i jest tak zwanym samograjem ze względu na powszechnie znaną tematykę walki z żywymi trupami, która w popkulturze wykształciła się wraz z Nocą żywych trupów George’a A. Romero w 1968 roku, od którego powstania w tym roku minie 50 lat. Tak więc pół wieku z zombiakami w pełnej krasie za nami i podejrzewam, że ich tematyka będzie się przewijać przez kolejne pół, bowiem temat powracania zza grobu zawsze będzie dla twórców filmowych i serialowych atrakcyjny, a widzom dostarczający rozrywki. Tym optymistycznym akcentem kończę swój wywód, zacierając ręce na myśl o kolejnym epizodzie przygód Ricka i spółki. 

Ilustracja główna: FOX

Stały współpracownik

Bloger i dziennikarz. Koncertuje więcej niż wypada. Lubi jeździć na konwenty. Recenzuje i pisze artykuły o popkulturze od ponad 5 lat. Założyciel bloga Zryta Bania Stanleya i fanpage Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno. Metaluch i irytujący "śmieszek".

Więcej informacji o
, , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?