Kącik Nostalgii #7 – zabawki i gadżety, którymi się bawiliśmy

Siódmy Kącik Nostalgii, a szczerze mówiąc, czuję się tak samo jak przy redagowaniu pierwszego. Mam tu na myśli nie tylko fakt, że wracanie do czasów dzieciństwa sprawia mi niesamowitą przyjemność, ale również to, że doczekanie się na wpisy od niektórych członków naszej redakcji graniczy z cudem, he he. Co prawda jesteśmy w okresie zakupowego szału, kilogramów wędlin i sałatek w lodówkach, mycia okien i zaglądania w koszyczek sąsiada, a jutro jedno z najważniejszych świąt w roku – Prima Aprilis, jednak w tym wydaniu Kącika nie będziemy mówić o Wielkanocy. Na warsztat bierzemy zabawki i gadżety, które umilały nam dzieciństwo i zapewniały szacun na dzielni, a być może w tych skrajnych wypadkach, także jedyną możliwość zdobycia kolegów na podwórku. Temat obszerny, ale zważając na średnią wieku naszej redakcji, doznania powinny być zbliżone – cudowny przełom lat 90′ i 00′ to w Polsce istny raj dla najmłodszego pokolenia. Odpuściłem sobie tym razem wrzucenie swoich 5 groszy, bo… mógłbym napisać osobny artykuł o wszelkich gadżetach i zabawkach towarzyszących mi za gówniaka. Powiem tylko tyle, że do dziś mam 80% moich zabawek, zbiorów i innych tazosów, kart, starannie pochowanych w domu rodzinnym. Kiedyś to będzie warte miliony, ot co! (KW)


Zobacz również:

Kącik Nostalgii #1 – Kreskówki lat 90′ i 00′

Kącik Nostalgii #2 – Kasety VHS

Kącik Nostalgii #3 – Pierwszy Komputer

Kącik Nostalgii #4 – Muzyka, na której się wychowaliśmy

Kącik Nostalgii #5 – gry komputerowe i konsolowe

Kącik Nostalgii #6 – Polska telewizja przełomu lat 90′ i 00′


Dominik Dudek – Redaktor

Jako że trendy w czasach mojego dzieciństwa cały czas się zmieniały, ciężko było za nimi gonić. Zbierało się w przedszkolu od cholery przeróżnych rzeczy dodawanych do chipsów: tazosy, jakieś karty z Dragon Balla lub te takie spinnery, czy jak to się tam nazywało. Oprócz kolekcjonowania rzeczy ze słonych przekąsek, nie można zapominać o przeróżnych figurkach z Kinder niespodzianki, czy też magnesów lub naklejek z Danonków albo Monte. Zbieractwo w moim wykonaniu dotyczyło także karteczek. Nie dotrwało do czasów szkolnych, ale zanim przekroczyłem szkolne progi handlowałem ze swoimi kuzynkami, budząc w sobie prawdziwego Janusza biznesu. Jeśli chodzi o zabawki, to wszelkiego rodzaju odpusty, czy małomiasteczkowe kramy były skarbnicą tego, czym bawiłem się za młodu. Czy to Tamagotchi, ta odpustowa konsola, która mieściła w sobie różne gry np. Tetrisa, czy też różnego kalibru pistolety. Najpierw na gumowe strzałki, potem na kapiszony, a ostatecznie na plastikowe kulki. „Tylko nie strzelaj do ludzi”, hehe. Czasem też w weekend z rodzinką wpadaliśmy do Maca i tam oczywiście Dominiś chce Happy Meala. „Nieważne co do jedzenia, dawej mnie te zabawke numer 1.” No oczywiście bawiłem się też LEGO. Najpierw Duplo, a potem tym klasycznym w międzyczasie patrząc, jak starsi bracia trzaskają LEGO Technic. To dopiero były sprzęty.

Rafał Pilch – Dziennikarz

Po dziś dzień w domu rodzinnym często natykam się na relikty pięknych czasów dzieciństwa: a to jakiś tazos w szafce się zapodział, a to jakieś pudełko z kart Yu-Gi-Oh! na starych meblach leży. Za każdym razem, gdy odnajduję taką znajdźkę wracają wspomnienia kiedy to lans na osiedlu był, bo w czipsach ktoś Pikachu znalazł. Pamiętam, że czasy mojego dzieciństwa były przesycone wszelkimi gadżetami: figurki, zabawki, karty, naklejki i to większość z nich można było znaleźć w paczce jakiś tam chrupek. Z racji tego dostęp do nich miał wtedy każdy przez co rywalizowało się w zbieraniu i kolekcjonowaniu odpowiednich egzemplarzy często zwyczajnie nie ogarniając jak w ogóle używa się tych rzeczy, bo komu to było potrzebne? Ważne, że ja mam a inni nie mają. Osobiście zbierałem wszystko co tylko producenci przekąsek wciskali w paczki swoich produktów: Pokemony, Beyblade, Yu-Gi-Oh! i pomimo tego, że już teoretycznie dawno z tego wyrosłem, to trochę boli mnie fakt, że praktyka umieszczania elementów do zbierania w paczkach przekąsek została zupełnie porzucona. Drugim największym elementem gadżeciarskim były zdecydowanie Bionicle. Niestety na figurki LEGO stać było tak naprawdę nielicznych, więc ich posiadacze tworzyli wręcz osobną kastę rządząc na podwórku „no dam Ci się pobawić Bioniclem, jak [tutaj pada dowolne żądanie jakie mógł wystosować szczęśliwy posiadacz figurki]”. Osobiście po długich staraniach o względy rodziców udało mi się zdobyć jednego dla siebie i był to jeden z moich najszczęśliwszych dni dzieciństwa.

tazos

Angelika Borucka – stały współpracownik

Oj, zbierało się, zbierało. Był etap tazosów, były karteczki w segregatorze, którymi handel kwitł na szkolnych korytarzach. Były też naklejki z serii Pokemon, którymi wypełniało się specjalny album – po uzbieraniu wszystkich Pokemonów odsyłało się go do producentów Chipicao i dostawało nagrodę. Do dziś pamiętam tę pieczątkę z Laprasem. Worek z Tazosami po trzech latach intensywnego zbierania, liczył już pewnie grubo ponad setkę krążków z różnych edycji i niewielką liczbą powtórek. Nadal pamiętam tę złość, gdy kolega przyszedł rano do szkoły i ze zbolałą miną oznajmił, że jego mama wyrzuciła całą naszą kolekcję do kosza…

Pamiętam, że kolekcja zabawek z Kinder Niespodzianki u lekarza-pediatry zawsze budziła zazdrość moją i siostry, więc składałyśmy i zbierałyśmy, by potem odłożyć na półkę. Czy to pingwinki, czy autka czy jakie-to-tam-jeszcze figurki można było kiedyś znaleźć w tych żółtych jajkach.

Tamagochi, misie-cobisie, pamiętacie – te pachnące takie? Niedawno chyba nawet miała wrócić na nie moda, ale gdzieś utknęła. Jojo! Miałam takie żółto-czarne, które świeciło podczas kręcenia, pamiętam gazety, pewnie Bravo czy coś podobnego, w którym pokazywane były różne tricki do wykonywania. To był prawdziwy hit, przynajmniej w moich latach!

Agata Włodarczyk – stały współpracownik

Nawet nie chodziło o samo zbieranie, czy o tworzenie kolekcji, raczej o podziw koleżanek i kolegów, którzy patrzyli na ciężko uciułane rzeczy i zazdrościli albo zgadzali się w końcu przehandlować jakiś rzadki przedmiot za kilka innych. Kiedy byłam radosnym podstawówkowiczem, na podwórku panowała jedna waluta: naklejki z gum, czy to z turbo, z Kaczorem Donaldem, czy co to tam jeszcze wówczas było sprzedawane w sklepach za oszałamiającą kwotę piętnastu albo dwudziestu groszy. Potem przyszły karteczki z notesików, kartki do segregatorów i pocztówki, zwłaszcza z końmi były wysoko cenione. Niekończące się łańcuchy wymiany korytarzowo-podwórkowej trudno zapomnieć, chociaż przeliczników karteczek na karteczki czy poszczególnych pocztówek nigdy nikt do końca nie mógł ogarnąć.

Pamiętam też doskonale szał na Tamagotchi oraz… Furby, które całkiem niedawno, w odświeżonej formie wróciły na sklepowe półki i w ręce dzieciaków. Tak, jak te pierwsze malutkie elektroniczne stworzonka całkiem łatwo się hodowało, a jak umarło… no to trudno, tak kudłate, bardziej mechaniczne potworki sprawiały więcej trudności. Mój na przykład, śliczny, turkusowy Furbiś nigdy nie nauczył się ze mną rozmawiać, ani ja z nim, co sprawiło, że w końcu wylądował w szafie, gdzie mieszkał kilkanaście lat. W końcu całkiem niedawno trafił do nowego domu, w ręce nowej właścicielki, która może nauczy się z nim porozumiewać tak, jak obiecywali sprzedawcy i producenci. Dobrze, że psy są bardziej responsywne niż Furby, bo inaczej życie z moim kudłaczem stałoby się bardzo trudne.

karty chio

Maciek Rugała – stały współpracownik

Tamagotchi… Ostatnio nawiązał do tego nawet Que i Taco, więc sprawa jest poważna, skoro w krótkim odstępie czasu nawijają o tym raperzy, jak i porusza ten temat nasza redakcja! Osobiście nigdy nie mogłem sobie pozwolić na takie gadżety, a raczej portfel rodziców na to nie pozwalał. I jestem im w sumie za to wdzięczny. Nie wyrosłem na purytanina a i cieszę się, że nie dałem się w to zafiksować… No dobra, miałem podróbę z targu, która po krótkim czasie wylądowała na dnie szuflady. Ale to się nie liczy, okej?… Inną kwestią są tazosy. Na początku nie chciałem w nie grać, bo nie chciałem ich stracić (serio!), ale później się odważyłem. Trochę ich przegrałem, trochę wygrałem. Niezapomniany rumor, szum i szczęk blaszanych krążków na szkolnych korytarzach. I te okręgi ludzi, pojawiające się znikąd, kiedy ktoś zaczynał z kimś grać. Pamiętam nawet sarkofag, który służył jako swoista ładownica na tazosy! Miałem ją, chyba nadal jest pełna i leży gdzieś w skrzynce na działce…

Katarzyna Skrzynecka – Stały współpracownik

Chyba jak prawie każda dziewczyna w wieku od 8-15 lat zbierałam karteczki. Początkowo kolekcjonowałam w celu posiadania jak największej kolekcji. Z czasem jednak chciałam posiadać parę – małą i dużą karteczkę. Oczywiście najbardziej lubiłam te z postaciami z disneyowskich bajek. Najmniejszą radość sprawiało posiadanie pięciu czy szcześciu tych samych animowanych bohaterów, dlatego wtedy czując w sobie małą ekonomistkę, uczyłam się handlu. Wymiana i sprzedaż karteczek stała się powszednim zwyczajem panującym głównie w szkole.

Oczywiście doskonale pamiętam Tamagotchi i ten ból, gdy zapomniałam go nakarmić. Elektroniczne zwierzątko stanowiło całkiem dobrą edukacyjną zabawkę, uczącą odpowiedzialności. Patrząc na to z perspektywy czasu nie mam pojęcia, dlaczego fascynowałam się tym aż tak bardzo. Przecież to nudne karmić swoje zwierzę, które tak naprawdę nie istnieje… No ale, miłe wspomnienia pozostały i Tamagotchi pewnie istnieje teraz najczęściej pod postacią aplikacji na telefon.

Popularnym trendem było również u mnie zbieranie dodatków do chipsów, szczególnie chodziło o “kapsle” z Cheetosów. Jak dobrze pamiętam, były one wypuszczane seriami z popularnymi w danym czasie bohaterami.  Szacun na dzielni uzyskiwało się właśnie dzięki posiadaniu przynajmniej kilku takich gadżetów, które umożliwiały w granie w gry, które sami później wymyślaliśmy.

Ach, jaka szkoda, że te piękne czasy nie wrócą, a te małe rzeczy coraz mniej cieszą…

karteczki

Krzysztof Sorokoń – stały współpracownik

Nigdy nie miałem duszy zbieracza. Dlatego do szału zbierania obrazków z gum Turbo, czy naklejek z Koukou Roukou jakoś mnie nie ciągnęło. Zawsze miałem za to duszę gracza. Dlatego z czasu dzieciństwa bardzo ciepło wspominam swoją pierwszą konsolę mobilną. Popularne jajeczka chyba każdy zna i nie trzeba ich przedstawiać. Kupione gdzieś na bazarze „od ruskich” przetrwały intensywne używanie, długie lata leżakowania w szafie i … nadal działają. Potrafiłem spędzić pół nocy, sterując pociesznym wilkiem, aby wyśrubować kolejny rekord. Zabawa nigdy się nie nudziła, a gdy chciało mi się czegoś nowego, to wymieniałem się z sąsiadem lub kumplem z klasy na inną gierkę.

Później jajeczka zastąpił kultowy Tetris, także w wersji mobilnej. Pozyskany z tego samego źródła co jajeczka, zabawiał pół rodziny. Był tak intensywnie użytkowany, że zapoczątkował w naszym domu kupowanie kilku opakowań baterii na zapas. Do tej pory nigdy nie potrzebowaliśmy aż tylu paluszków w domu. Pamiętam że Tetris przechodził u nas w domu z rąk do rąk. Gdy ja już się przesiadłem na swój pierwszy komputer i odkryłem inny wymiar grania, za układanie klocków zabrała się moja mama. Uwielbiała tą gierkę. Mimo że strasznie się przy niej denerwowała, to powtarzała że „gra w klocki, bo ją to uspokaja”.

Mateusz Chrzczonowski – stały współpracownik

Jeśli chodzi o dziecięce trendy to u mnie zdecydowanie królowały tazosy z Pokemonów. Emitowane przez publiczną telewizję popularne „kieszonkowe potwory” skutecznie nakręcały hype na zbieranie wszystkiego, co miało na sobie wizerunek jednego ze 151 (pierwsza generacja najlepsza!) dostępnych poków, a tazo były wtedy najpopularniejsze. Te wypady do sklepów i wybieranie paczek Cheetosów połączone z odprawianiem tajemnych modłów, by trafić na poka, którego jeszcze nie mamy albo jakiegoś niezwykle rzadkiego, by zyskać +50 do szacunku na szkolnym korytarzu… Potem dochodziło wymienianie i handlowanie typu: ten jest rzadki, to daj mi za niego 3 swoje.

Kolejnym szałem mojego dzieciństwa były spinery (również z chipsów) z bajki Beyblade. Tutaj prócz zbierania kolekcji dochodziła jeszcze rywalizacja, polegająca na pojedynkach tymi papierowymi bączkami. Wielogodzinne treningi w domu wyrobiły u mnie skilla, dzięki któremu nie straszny był mi żaden przeciwnik! Potem razem z kolegami zaczęliśmy przechodzić na wyższy stopień wtajemniczenia poprzez zakup na festynach dysków tworzonych na wzór tych występujących w bajce – składały się metalu i plastiku i posiadały prawdziwe wyrzutnie. Potem wykorzystując jakąś miskę jako arenę organizowaliśmy turnieje, gdzie nagrodą były nawet cenne dyski przeciwnika. Te można było dodatkowo ulepszać, np. poprzez zakup lepszych pierścieni, ale tu rządziła głównie inwencja twórcza – plastelina, aby obciążyć dysk czy hardcorowe żyletki, by niszczyć każdego 🙂

Ilustracja wprowadzenia: curved.de

Zastępca Redaktora Naczelnego

Początkujący scenarzysta, zapalony publicysta i sfiksowany popkulturowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?