Pod ostrzałem #2 – „Mad Max: Na drodze gniewu”

Pomimo iż od premiery „Mad Max: Na drodze gniewu” minęło już trochę czasu, to postanowiliśmy podzielić się z Wami opinią naszej redakcji. W końcu nowy film George’a Millera to jedna z najlepszych wakacyjnych produkcji, jakie zawitały na ekrany kin w ostatniej dekadzie. Nasze opinie i oceny uporządkowaliśmy w kolejności od najbardziej pozytywnych do negatywnych. Uwaga, zaczynamy!

https://www.youtube.com/watch?v=hEJnMQG9ev8&feature=youtu.be

Łukasz Szymański – Stały współpracownik

Ocenia na: 100/100

Najnowszy „Mad Max” jest moim absolutnym faworytem do walki o tytuł filmu roku. Dostarczył szaleństwa, jakiego brakowało mi w kinematografii od lat. Jest to stylistyczne arcydzieło z fantastycznie przerysowanym, postapokaliptycznym światem, w którym kompletna rozwałka to 90% czasu ekranowego – i to wszystko okraszone iście bezbłędnym soundtrackiem. A jeżeli to nikogo nie przekonuje, to cóż – warto się przejść chociażby dla gościa grającego na gitarze buchającej ogniem na rozpędzonej ciężarówce.

Bartosz Tomaszewski – Redaktor prowadzący

Ocenia na: 95/100

Po ponad 30 latach reżyser George Miller powraca do świata Szalonego Maxa. Mela Gibsona zastępuje tym razem Tom Hardy, a towarzyszy mu zastęp młodych niewiast oraz waleczna Furiosa. Czy siedemdziesięcioletni reżyser stanął na wysokości zadania i dał nam film na miarę stworzonego ponad trzy dekady temu uniwersum i oczywiście na miarę XXI wieku? Odpowiedź może być tylko jedna – TAK. „Mad Max: Na drodze gniewu” to film doskonały w każdym calu. Fantastycznie zrealizowany, piękny wizualnie, z odpowiednią dozą fabuły, dialogów i akcją, która podnosi u widzów poziom adrenaliny. Reżyserowi udało się stworzyć nietuzinkowy, bogaty w szczegóły, postapokaliptyczny świat. Jego mitologia naprawdę robi wrażenie. Gdy po godzinie filmu widz siedzi w fotelu kinowym z przekonaniem, iż nic już go nie zaskoczy, wtedy opada mu szczęka, bo inaczej tego opisać się nie da. Film George’a Millera już teraz zdaje się pretendować do dzieła kultowego. Chwała australijskiemu twórcy za to, że pomimo zaawansowanego wieku i przeciwności losu, nie poddał się i stworzył dla nas to arcydzieło kina rozrywkowego.

Szymon Góraj – Redaktor

Ocenia na: 95/100

Do „Mad Maxa” podchodziłem osobiście z mieszanką ekscytacji oraz nutki sceptycyzmu, tak jak w zasadzie do każdego remake’u. Nowe dziełko Millera nie tyle sprostało moim oczekiwaniom, co przebiło je o co najmniej jeden poziom. Liczyłem na to, że obejrzę produkcję prezentującą podobny – czyli bardzo wysoki – poziom do drugiej części „Mad Maxa”. Jakże mile mnie zaskoczyło to, iż „Na drodze gniewu” bije na głowę każdą poprzednią odsłonę. Gdybym miał scharakteryzować go w kilku słowach, powiedziałbym, że jest to stuningowany „Wojownik szos”. Mamy do czynienia z kwintesencją kina akcji, dającą jeszcze coś ekstra od siebie. Film cechuje brak niepotrzebnych przestojów (jak przy większości filmów z tego gatunku ostatnich lat), bo „wolnych” momentów jest tutaj zaledwie kilka, i to chyba tylko po to, by widz zwyczajnie sobie wypoczął – większość treści i charakter bohaterów oddane są w sposób subtelny, nierzadko nawet obywając się bez dialogów, co jest w dzisiejszych czasach osiągnięciem wręcz mistrzowskim. No i wisienka na torcie: wybitna forma. Estetyka będąca swoistym postapokaliptycznym postmodernizmem, pokracznym zlepkiem dorobku kulturowego upadającego świata. Ponadto specjalnie dla fanów kilka odniesień do poprzednich części i rewelacyjna, klimatyczna ścieżka dźwiękowa Junkie XL-a. Aktorzy może byli tutaj wręcz miejscami zepchnięci na drugi plan, ale to było konieczne. Jednak przynajmniej trzon obsady poradził sobie co najmniej dobrze. Błyszczą Hoult i Theron, a Tom Hardy wczuł się w swą rolę i godnie zastąpił Mela Gibsona. „Mad Max: Na drodze gniewu” to prostu jeden z lepszych blockbusterów ostatnich lat i kandydat na film roku.

Piotr Jamrozik – Stały współpracownik

Ocenia na: 95/100

Zaskakujące jest to, że George Miller po niezbyt zadowalającej trylogii z Melem Gibsonem w roli głównej stworzył po latach kontynuację, która jest dziesięć razy lepsza od oryginału. Ciągle zadaje sobie pytanie, jak to możliwe. Na razie jest to dla mnie nieodkryty fenomen reżysera. Czyżby w ciągu tych lat coś wpłynęło na twórcę, aby powrócić do swojego kultowego obrazu? Nie wiadomo, ale jedno jest pewne – „Mad Max: Na drodze gniewu” jest rozrywką w czystej postaci, nie zapominając oczywiście o wciągającej fabule, zaskakujących akcjach oraz nieoczywistych zdarzeniach. Wypełniony jest potężną dawką adrenaliny, która buzuje w nas od początku. Dostarcza nam niesamowitych efektów specjalnych, zapierających dech w piersiach sekwencji pościgów oraz świetnie sportretowanych bohaterów. Potrafi zadziwić, wywołać dreszczyk emocji, a nawet rozśmieszyć. Świetnie kreuje postapokaliptyczny klimat pustynnego bezludzia, nie zapominając przy tym o relacjach postaci. Całość dopełnia fenomenalna muzyka oraz genialne zdjęcia. Czego chcieć więcej? Nie mam pojęcia, ale muszę przyznać, że pan Miller naprawdę mnie zaskoczył – nie spodziewałem się, że nowa odsłona hitu sprzed lat okaże się tak udana. Gratuluję sukcesu i modlę się, aby dalsze części były równie dobre.

Piotr Piskozub – Stały współpracownik

Ocenia na: 95/100

Nie mam żadnych wątpliwości, że „Mad Max: Na drodze gniewu” jest kinem totalnym, widowiskiem w pełnym tego słowa znaczeniu. Odbiorca filmu staje się uczestnikiem absurdalnego konwoju przemierzającego postapokaliptyczną pustynię, po drodze nurzając się w kurzu, brudzie, kałużach wyciekającej benzyny i krwi. To, co u innych twórców ocierałoby się o kicz, u starego wyjadacza, George’a Millera, magicznym zrządzeniem losu staje się ekstatyczną maestrią, w której nawet ludzie na tyczkach i szalony gitarzysta na tyle pojazdu wydają się być na swoim miejscu. Groteskowi, małomówni bohaterowie, wyjęci ze skrywanych w zakamarkach umysłu najdziwniejszych fantazji, sprawiają, że najnowsza odsłona „Mad Maxa” jest największym od lat hołdem dla potęgi kinowego obrazu. Nie pojmuję tego filmu; pomimo to (a może: właśnie dlatego) wybuchowa receptura Millera skutecznie przywiodła mnie w stronę brutalnych misteriów przemocy. Taką pustynię chciałoby się przemierzyć przynajmniej jeszcze raz.

Aleksandra Machnowska – Korekta

Ocenia na: 95/100

„Kaboom!” – to chyba odpowiednie określenie na to, jaki jest najnowszy film Millera i co robi z widzami. Jako zalety wymieniać trzeba by było wszystko – fabułę, efekty specjalne, zdjęcia, scenografię (i oczywiście wspaniałe pojazdy), muzykę (to chyba nie wymaga komentarza), postacie (na czele z szalonym gitarzystą), grę aktorską (mrukliwy Tom Hardy) i dużo, dużo akcji. Nawet największy mruk wyjdzie z seansu zadowolony pod wpływem iście wybuchowej mieszanki tony piachu, hektolitrów benzyny, dymu i ognia. Może i jeden czy dwa wątki mogłyby być lepsze, ale jako całokształt „Mad Max: Na drodze gniewu” jest filmem bezbłędnym. Oczywiście numer 1 na liście tegorocznych filmów!

Patryk Supeł – Redaktor

Ocenia na: 90/100

Nie będę tutaj porównywał czy odwoływał się do oryginalnej trylogii „Mad Maxa”, lecz całą opinię skieruję tylko i wyłącznie na najnowszym, jakże udanym widowisku George’a Millera „Mad Max: Na drodze gniewu”. Z pewnością jest to kino zrobione w sposób więcej niż bardzo dobrym. Zwarta i napędzająca się fabuła przeplata się wraz z akcją, efektami, muzyką i aktorami w świetny sposób. Gołym okiem widać, że zielone tło i efekty komputerowe dostały rolę drugoplanową, występując tylko sporadycznie, a efekty praktyczne mają wizualne pole do popisu. To nie wszystko, bowiem nowy „Mad Hardy” pokazał świeże spojrzenie na tę kultową postać, i choć Tom gra tu rolę pierwszoplanową, to Charlize Theron równie mocno pokazuje tu pazury. Jeśli jeszcze Was nie przekonałem do tego filmu, to koniecznie zobaczcie, jak operator i montażysta świetnie wykorzystali niektóre sceny, podkręcając dosłownie ich tempo – co dało fajny, rzadko spotykany efekt. Całość filmu trudno jest wcisnąć w kilka zdań, to trzeba zobaczyć i usłyszeć samemu.

Bartosz Kęprowski – Stały współpracownik

Ocenia na 90/100

Nowy „Mad Maxa” to ostra jazda bez trzymanki. George Miller dokonał niemożliwego. Twórca odmłodził i przywrócił do łask nieco zakurzoną serię, wypuszczając na rynek swojego rodzaju remake – produkcję zarówno bliźniaczo podobną do swoich poprzedniczek, jak i będącą zupełnie nowym spojrzeniem na całą trylogię. Miller zachował konwencję i kampowy charakter filmu, a ponadto w ogóle nie zmienił praktycznie niestarzejącej się wizji postapokaliptycznej rzeczywistości, która ciągle potrafi zachwycić swoją oryginalnością oraz zszokować brutalnością. Podobnie jak wiele produkcji Hitchcocka, „Mad Max” zaczyna się od mocnego uderzenia – 30-minutowa sekwencja akcji zapiera dech w piersiach i rodzi w głowie ogrom pytań. Prawdziwe trzęsienie ziemi! Jednak nie to jest najważniejsze. Miller z powodzeniem potrafi podgrzewać atmosferę i wzmagać napięcie, skutecznie przykuwając uwagę kinomanów aż do samych napisów końcowych. Oczywiście „Na drodze gniewu” nie jest pozbawiony większych lub mniejszych uchybień charakterystycznych dla kina akcji. Szczęśliwie mankamenty giną w obłokach piasku unoszącego się nad skąpanymi w słońcu pustyniami i rykach rozgrzanych do czerwoności silników. Jest klimatycznie, intrygująco, brutalnie oraz piekielnie widowiskowo. Ostateczny szlif produkcji zapewnia zjawiskowa muzyka oraz nieziemskie aktorstwo – czego chcieć więcej? Tego widowiska po prostu nie możecie przegapić!

Marcin Czarnik – Stały współpracownik

Ocenia na: 90/100

Banda Joego rusza w pościg za kobietami… z Maksem przysznurowanym do jednej z machin śmierci. A więc wojna! Co łączy „Na drodze gniewu” z klasyczną trylogią? Fura, skóra i… Max Rockatansky właśnie. To niewiele, tym bardziej że postać tytułowego protagonisty zostaje na starcie wykolejona i napisana od nowa. Nie będę owijał w bawełnę: tęsknię za Melem Gibsonem. Wprawdzie pomrukujący dzikus (Tom Hardy) zjadający na śniadanie zmutowaną jaszczurkę pasuje do konwencji remake’u, ale – jednocześnie – nie ma nic wspólnego z kultową postacią stalowego gliniarza, stworzoną przez Millera i Gibsona na przełomie lat 70. i 80. Zadziorny charakter? Nope. Pokerowa buźka? Nic a nic. Zakola? Nie odnotowano.

Konrad Stawiński – Stały współpracownik

Ocenia na: 80/100

„Mad Max: Na drodze gniewu” to jeden z najlepszych filmów 2015 roku. Millerowi należy oddać hołd, gdyż sprawił, że z wypiekami na twarzy oglądamy, jak dziwaczne maszyny prowadzone przez jeszcze dziwaczniejszych kierowców jeżdżą prosto po pustyni. Udało się to dzięki fantastycznej choreografii pojedynków, ogromnej pracy kaskaderów oraz wybitnym pomysłom wizualnym. Nie zawodzi również Tom Hardy w mrukliwej wersji Maxa. Jednak cały film aktorsko kradnie dla siebie Charlize Theron.

Redaktor

Miłośnik kina, gier wideo i komiksów. Online 24/7. Redaktor prowadzący działów: Recenzje premier, Powrót do przeszłości.

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?