Advertisement
banner

Pod ostrzałem #6 – „Spectre” – Ze skrajności w skrajność?

Zapraszamy Was do lektury szóstej odsłony cyklu „Pod ostrzałem”. Tym razem na tapet bierzemy film, który wzbudza mieszane uczucia, jak żadna inna produkcja w 2015 roku. Mowa oczywiście o 24. filmie o przygodach Agenta Jej Królewskiej Mości – Jamesa Bonda – czyli „Spectre”. Zapraszamy do zapoznania się z opiniami członków redakcji Movies Room, którym dane już było obejrzeć ten długo wyczekiwany film. Nasze opinie i oceny uporządkowaliśmy w kolejności od najbardziej pozytywnych do negatywnych. Uwaga, zaczynamy!

Piotr Jamrozik – Stały współpracownik

Ocenia na: 81/100

Zawsze miałem jakiś problem z Bondami z Craigiem. W „Casino Royale” za mało było „Bonda w Bondzie”, przez co miałem wrażenie, że nie do końca oglądam film o słynnym agencie. W „Quantum of Solace” w ogóle była jakaś tragedia, ponieważ tam 007 kompletnie zniknął, a zastąpiono go maszyną do zabijania. Na szczęście w „Skyfall” Mendesowi udało się podreperować wizerunek szpiega Jej Królewskiej Mości, dzięki czemu film prezentował się znacznie lepiej. Niestety, nie wszystko jeszcze ze sobą grało. Humor był drętwy, a to, jak potraktowano dziewczynę Bonda, to jakieś nieporozumienie. Jednakże reżyser zrobił rachunek sumienia i postanowił ponownie spróbować swoich sił przy produkcji kolejnego obrazu z serii 007. Ostatecznie, najnowszy film o przygodach Jamesa Bonda to bardzo dobre kino akcji, posiadające intrygującą i dobrze napisaną fabułę, ciekawe aktorstwo oraz wyśmienity sznyt. Oprócz tego, mamy rewelacyjnie wyważoną konwencję, nawiązującą zarówno do starych, jak i nowych obrazów z serii oraz brawurowo poprowadzoną akcję, która genialnie przeplata się ze spokojniejszymi scenami. A wisienką na torcie okazuje się zakończenie „Spectre”, które mimo że nie jest widowiskowe, to jednak bardzo satysfakcjonujące. To wszystko sprawia, że ta część przygód agenta Jej Królewskiej Mości jest najlepsza ze wszystkich z udziałem Daniela Craiga.

Aleksandra Kumala – Dziennikarz

Ocenia na: 80/100

Co prawda Daniel Craig twierdzi, że póki co nie myśli o kolejnej części Bonda, ale kiedy ja o niej myślę, nie widzę w tej roli nikogo innego. Oprócz licencji na zabijanie, wyrobił sobie także licencję na hipnotyzowanie, któremu naprawdę trudno się oprzeć (chyba, bo ja na przykład nawet nie próbowałam ;)). Fiennes doskonale sprawdza się jako M. Mendes niezliczoną ilość razy puszcza do nas oko. Przewidywalnie? Pewnie, że tak. Nudno? Nie z taką obsadą! Dowiadujemy się, co znaczy „M”, dowiadujemy się, co znaczy „C”, ale powiedzmy sobie szczerze: najważniejszą literą alfabetu bondowego świata zdecydowanie jest „Q”. Bellucci i Waltz zostają w tyle – Ben Whishaw lśni w „Spectre” jaśniej, niż światła Rzymu, Londynu i Tangeru razem wzięte.

Łukasz Kołakowski – Stały współpracownik

Ocenia na: 75/100

Ja „Spectre” będę bronił, bo to świetny film sensacyjny. Jest z nim dokładnie tak, jak z jego czołówką, Jest rewelacyjna, kapitalnie zmontowana, świetnie wykorzystuje motywy i postacie z poprzednich filmów z Craigiem, ale ma wyraźną rysę w postaci piosenki. Sceny akcji w Meksyku, Rzymie czy w pociągu z Dave’m Bautistą to ekstraklasa, kupił mnie też humor, z czym w filmach z Bondem bywało różnie. Znowu uderza jednak brak pomysłu na postaci kobiece. Lea Seydoux wygląda fantastycznie, ale że jest nową miłością Bonda, musimy wierzyć Mendesowi na słowo, bo tego zupełnie nie widać. Natomiast rola Moniki Bellucci i przede wszystkim sprzedawanie tego filmu jej nazwiskiem to już skandal. Ma ona kilkuminutowy, kompletnie nic nie znaczący dla fabuły epizod. Waltz też się zupełnie nie broni, czarny charakter jest po prostu słaby, tak samo źle napisany, jak zagrany. Na Silvę i Le Chiffre’a możemy tylko popatrzeć na zdjęciach i powspominać. W obsadzie jasno świecą gwiazdy Bena Whishawa i Ralpha Fiennesa, a nie głównych aktorów tego widowiska. To dla Q, wspomnianych scen akcji oraz Lei Seydoux w sukni wieczorowej warto ten film zobaczyć.

Tomasz Rewers – Redaktor Naczelny

Ocenia na: 70/100

Debiut Daniela Craiga w roli 007 w „Casino Royale”, postawił najnowszej serii Bondów poprzeczkę wysoko. Niestety „Spectre” nie tyle nie sięga jej pułapu, co prezentuje całkiem odmienną koncepcje przygód agenta MI6. W produkcji, która jest wręcz zbudowana na odniesieniach do poprzednich części, dostrzec możemy powrót do schematu Bondów sprzed „kadencji” Craiga. Bardzo szybkie tempo akcji, gadżeciarstwo i masa przerysowań dałyby pewnie ciekawy efekt, gdyby nie dziurawy scenariusz, który przez blisko 150 minut projekcji, cały czas chodzi między kolejnymi sekwencjami na skróty. Na szczęście świetna obsada, z rewelacyjną Léą Seydoux, charyzmatycznym Waltzem i niezawodnym Craigiem ratują „Spectre”, w ogólnym rozrachunku czyniąc go filmem dobrym, tylko albo aż.

Bartosz Tomaszewski – Redaktor prowadzący

Ocenia na: 70/100

„Spectre”, ach „Spectre”. Ileż ja wiązałem nadziei z tym filmem. Zapowiadał nam się naprawdę najlepszy Bond z Danielem Craigiem w roli głównej. Z Monicą Belucci jako dziewczyną Bonda i Léą Seydoux jako partnerką przygód Agenta Jej Królewskiej Mości. Waltz w roli czarnego charakteru już raz pozamiatał w Bękartach Wojny, tak więc wszystko było na najlepszej drodze. Jednakże coś tu poszło nie tak. Po naprawdę świetnie zrealizowanym prologu w Meksyku, film z każdą minutą stawał się coraz bardziej naciągany, trochę w stylu starych produkcji o tym bohaterze. I w tym tkwi dla mnie problem, bowiem starszych Bondów zwyczajnie nie lubię. Belucci potraktowano po prostu niesmacznie, a Waltz irytował (prawie) za każdym razem, gdy pojawiał się na ekranie. Seydoux natomiast była strasznie nijaka. Nawet po Craigu widać było zmęczenie rolą. Z agentów o inicjałach „J.B.” zawsze o wiele bardziej wolałem Jasona Bourne’a, aż do czasów Craiga. Jeśli to faktycznie ostatni jego film w tejże roli, to nie tak to sobie wyobrażałem. Najlepszymi elementami są tu zdecydowanie sceny akcji oraz ścieżka dźwiękowa. „Spectre” nie jest filmem złym, jednak ja po seansie czułem rozczarowanie. Może zbyt dużo oczekiwałem, ale w końcu to Bond, James Bond, Agent Jej Królewskiej Mości, a nie jakiś Johnny English.

Piotr Pocztarek – Dziennikarz

Ocenia na: 60/100

James Bond sportretowany przez Daniela Craiga miał wzloty („Casino Royale”, „Skyfall”), jak i bolesne upadki (kręcone bez scenariusza „Quantum of Solace”). „Spectre” ma wiele bardzo istotnych wad: od tragicznej piosenki „Writing’s on the Wall”, niemiłosiernie wyjącego Sama Smitha, aż po główny czarny charakter, który ma motywację psychologiczną dziecka w przedszkolu. Film stara się łączyć wątki zapoczątkowane we wszystkich częściach z Danielem Craigiem, z lepszym lub gorszym skutkiem, ale mało tu „Bonda w Bondzie”. James bywa chamski, rzuca czerstwymi sucharami, a jego „My name is Bond, James Bond” nie brzmi już tak zadziornie. Na dodatek, miłosne podboje 007 są wymuszone i kiepsko zagrane: Monica Belucci pojawia się na 5 minut i cały czas wygląda, jakby nie wiedziała, na planie jakiego filmu się znajduje, Léa Seydoux natomiast gra kiepsko i bez wyrazu, plasując się w czołówce najgorszych dziewczyn Bonda w całej historii serii. Rewelacyjnie wypadają sceny akcji – są dynamiczne i dobrze wyreżyserowane i gdyby nie one, ocena końcowa zjechałaby nawet o połowę! Jeśli ktoś z Was nie docenia warstwy technicznej i realizacyjnej, z kina wyjdzie jeszcze bardziej rozczarowany niż ja. Zarówno „Casino Royale”, jak i „Skyfall” były przede wszystkim angażujące emocjonalnie, tymczasem tu Craig przypomina Jana Englerta w jakimś polskim serialu, a nie Agenta Jej Królewskiej Mości, za którym od ponad pół wieku szaleją kinomani na całym świecie. „Spectre” stoi w cudacznym rozkroku między infantylnością starych odsłon cyklu, a mroczną i w założeniach pogłębioną psychologicznie współczesnością. I chociaż każdy element z osobna jest (powiedzmy) poprawny, jako całość staje się to coraz mniej strawne.

Konrad Stawiński – Stały współpracownik

Ocenia na: 60/100

„Spectre” jest najluźniejszą odsłoną tetralogii i niestety rozczarowaniem. Niedosyt wynika głównie z tego, iż poprzednie części prezentowały wysoki poziom, a „Spectre” im nie dorównuje. Nieszczęścia zwiastuje już obleśna czołówka i słaba piosenka. Natomiast głównym problemem jest niezrozumiały zwrot z „poważnego”, w kierunku Bonda „Pół żartem, pół serio”. W filmie Mendesa zderzają się dwie tonacje: pastiszowa (sceny z 007) i poważna, znana z ostatnich części (wątek londyński). Połapać się w tym nie mogą aktorzy, którzy są zmieszani i wstrząśnięci. Craig perfekcyjnie nadawał się do oschłej i brutalnej odsłony agenta 007, natomiast „Spectre” obnaża brak gracji, mdłość i sztywność aktora. Jego metodą na Agenta JKM jest grymas (mrużenie oczu i „dziubek”), który ma udawać samozadowolenie, a przypomina bardziej ból brzucha z reklam farmaceutyków. Zawodzą również nowe twarze: Waltz się wygłupia (syndrom Deppa?), a aktorki dostają słabo napisane role (Seydoux), albo występują w roli błyskotek (Bellucci, Sigman). Najlepiej wypada wątek C, M, Q i Moneypenny, lecz został on zmarginalizowany. Pomimo tych wad, „Spectre” realizacyjnie należy do ekstraklasy współczesnego kina sensacyjnego. Twórcy nie dają się nam nudzić, inscenizując kolejne pościgi i bójki, przenosząc nas z miejsca na miejsca i przedstawiając to w świetnych ujęciach.

Kamil Serafin – Stały współpracownik

Ocenia na: 55/100

Nowy Bond popełnia mnóstwo grzechów i błędów, których oszczędzono widzom w poprzednich filmach z Craigiem. Zamiast poważnej i mrocznej tonacji, mamy lekko prześmiewczą historię, która zupełnie nie pasuje do poprzedniczek. Zamiast wyrachowanego i intrygującego czarnego charakteru, mamy średnio ciekawą postać Waltza, której motywacje są niezwykle schematyczne, podobnie jak cała fabuła, której zakończenie można z łatwością przewidzieć. Nie takiego Bonda oczekiwałem. Chciałem zobaczyć zakończenie historii Craiga jako 007, a zobaczyłem raczej jej parodię…

Michał Łuczkowski – Stały współpracownik

Ocenia na: 50/100

Sam Mendes nie spowodował, że dzięki „Spectre” Daniel Craig zostanie zapamiętany jako wizytówka elegancji, klasy i kunsztu. Rola agenta 007 jest zaskakująco jednym z najsłabszych punktów filmu. Podobnie jest z obsadową stroną płci pięknej, która w ostatecznym rozrachunku wydaje się być jeszcze mniej przyzwoita niż męska. Oprócz niektórych wartościowych przebłysków Ralpha Fiennesa, nikt nie wykazał się nadzwyczaj wysokim poziomem aktorstwa, na jaki liczy się po trzech latach od ostatniej części serii. Fabuła jest zdecydowanie najgorszym aspektem produkcji: dziurawa i koślawa, pomimo kilku przewidywalnych oczywistości, które są napisane niezwykle prosto i bez większych braków. Scenariusz sprawia więc wrażenie napisanego na kolanie, chwile przed rozpoczęciem zdjęć. Największy brak w fabule, to brak nieprzewidywalności. Zarówno w „Casino Royale”, jak i w „Skyfall”, było jej wystarczająco dużo, aby potrafiła wybronić także nieidealną historię. Tu jej nie ma, tak samo jak nie ma niczego, co wywołałoby u widza ekscytację i podniecenie. „Spectre” ma również dobre strony. Jest pełnoprawnym kinem akcji. Efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie. Śmigłowce, samoloty, samochody, strzelaniny czy uderzenia – to nieliczne dopracowane aspekty filmu, gdzie faktycznie wszystko jest takie, jak być powinno. W konfrontacji ze wszystkimi zabiegami obecnymi w filmie, znienawidzone „Writing’s On The Wall” Sama Smitha nie jest w nim najgorszym pomysłem. Jest nawet jednym z lepszych, co dużo mówi o słuszności wielu warstw dzieła. Prosto, dziurawo, z milionem zgrzytów i nieścisłości, aż do upragnionego, oczywistego końca. Tak można podsumować przedstawioną historię.

Jan Stąpor – Stały współpracownik

Ocenia na: 50/100

Ponieważ Mendes zabrał się już drugi raz za historie o Bondzie, zaś Daniel Craig z części na część coraz bardziej dziadział i brzydł, nie można było się spodziewać za wiele po „Spectre”. Jednak ciężko było się domyślić, że film w aż taki sposób zawiedzie oczekiwania – przez co, nawet jeżeli do tej pory funkcjonowało to w sferze plotek, teraz już prawie na pewno stanie się prawdą: „Spectre” to ostatni Bond Craiga. I dobrze, bowiem ciężko jest znieść film o Bondzie, który miałby tyle problemów z tożsamością. Z jednej strony „Spectre” chciałoby być kolejną, nowoczesną odsłoną filmów o przygodach Agenta Jej Królewskiej Mości, a z drugiej bardzo stara się naśladować starsze, bardziej przaśne filmy o tym bohaterze, co w efekcie końcowym daje gigantyczny rozkrok, zaś lichy scenariusz zupełnie w tym nie pomaga. Dodajmy do tego arcy słabą postać wykreowaną przez Christopha Waltza jako głównego antagonisty i dostaniemy… „Spectre”; no właśnie.

Gracja Grzegorczyk – Stały współpracownik

Ocenia na: 30/100

Spectre – tym razem zawiodło praktycznie wszystko. Poczynając od braku scenariusza, przez przerysowanie zahaczające o karykaturalność i autoparodię, na niewykorzystaniu świetnych brytyjskich aktorów kończąc. Główny złoczyńca jest niczym Joker dla Batmana, wiec nie rozumiem, czemu został sprowadzony do poziomu przeciętnego drania z motywacją 5-letniego dziecka. Poza tym, Waltz staje się parodią samego siebie, grając w jeden i ten sam sposób. Nie mogę odmówić geniuszu realizatorskiego, ale reszta jest najzwyczajniej w świecie nudna. Ciągle spoglądałam na zegarek. Dziewczyna Bonda – niewykorzystany potencjał. Nic nie wniosła, a irytowała. Po genialnym otwarciu w Meksyku, które momentami było przekombinowane, czuje się oszukana przez twórców. To nie jest mój Bond.

Średnia ocena naszej redakcji to 62/100, czyli dosyć średnio jak na film o Jamesie Bondzie. A Wam jak przypadła do gustu nowa odsłona przygód Agenta Jej Królewskiej Mości? Dajcie znać w komentarzach!

Redaktor

Miłośnik kina, gier wideo i komiksów. Online 24/7. Redaktor prowadzący działów: Recenzje premier, Powrót do przeszłości.

Więcej informacji o

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?