Advertisement



Crash Team Racing Nitro-Fueled – remake przez duże R! Pierwsze wrażenia!

Piękny prezent dostaliśmy na mikołajki, niespełna pół roku temu. Właśnie wtedy ogłoszony został remake kultowego CTR-a, a oczy miliony graczy w jednej sekundzie zaszły łzami szczęścia. Do premiery na szczęście już bliżej niż dalej, bo dokładnie 3 tygodnie dzielą nas by ponownie zasiąść za gokartem jako Crash, Coco czy Cortex. Miałem to szczęście, by przetestować Crash Team Racing Nitro-Fueled kilka dni temu. Choć to trochę szczęście w nieszczęściu, gdyż dni do premiery upływają jeszcze wolniej…


Zobacz również:

Crash Bandicoot – historia serii

Crash Bandicoot N. Sane Trilogy – recenzja odświeżonej, legendarnej trylogii platformówek

Spyro Reignited Trylogy – wielki powrót fioletowego smoka!

Największą zagadką była kwestia modelu jazdy. Jak wiemy, sporo mówiło się o skopaniu niektórych aspektów fizyki przy remake’u oryginalnej trylogii. Uspokajam – kto grał w oryginalnego CTR-a, ten przy remake’u poczuje się jak w domu. Model jazdy nie uległ żadnym poważniejszym zmianom i wciąż podczas kierowania czuć odpowiedni feeling. Mam jednak nadzieję, że pojawi się opcja zmiany  sterowania. Twórcy remake’a chyba bali się zmieniać cokolwiek w sterowaniu, dlatego gaz znajdziemy pod X-em. A szkoda, bo sporo wyścigówek udowodniło już, że gaz pod R2 sprawuje się znacznie wygodniej.

Udostępniona wersja nie obfitowała niestety w obszerny kontent. Do dyspozycji miałem trzy plansze – Crash Cove, Polar Pass oraz Tiger Temple i niemal wszystkie klasyczne postacie jak Crash, Coco, Cortex, Tiny Tiger, Dingondile a i nawet miejsce dla Rippera Roo się znalazło. Tak jak w  oryginale z 1999 roku, mamy różne typy kierowców, plansze mają te same skróty i tak dalej – nie ma się czym emocjonować w tym aspekcie, raczej standard, dlatego przejdźmy do czegoś, co mnie kompletnie zmiotło. Jak Boga kocham, nie widziałem chyba bardziej bajkowej gry. Po odświeżonym Spyro myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, a Activision po raz kolejny przeskoczyło postawioną przez siebie poprzeczkę. Cudownie wygląda to graficznie! Pełne detali plansze i bohaterowie niczym z Disneya zachwycą każdego niezaznajomionego z oryginalną grą, natomiast u fanów może i nawet wzruszenie. W kwestii personalizacji bohaterów i gokartów niewiele mogę powiedzieć. Demo zawierało po jednym dodatkowym skinie dla każdej z postaci i trzy różne gokarty.

Problem, jaki mam z tego typu wyścigami, to poziom trudności w singlu. Naprawdę ciężko o dobry, zbalansowany poziom trudności, który zadowoli każdego. W najnowszym Sonicu (którego recenzja już niebawem na naszej stronie) poziom trudności jest tak wyśrubowany, że czegokolwiek byś nie zrobił i jakkolwiek byś  nie próbował, to każdy wyścig będzie drogą przez mękę. I to trochę niesprawiedliwe, bo gra po prostu nie daje Ci możliwości wypracowania sobie spokojnej przewagi. Z drugiej strony, mamy taki remake CTR, gdzie na najwyższym poziomie trudności bez najmniejszych kłopotów zająłem I miejsce z bardzo, bardzo dużą przewagą. Mamy tu więc kwestię podejścia do singla, a jedynym sensownym konsensusem wydaje się po prostu granie po sieci albo w lokalnego multi.

Crash i Sonic będą toczyć doprawdy wyrównany bój tytuł króla wyścigówek 2019 roku. Wszyscy posiadacze Xboxa One oraz PS4 powinni się cieszyć jednak przede wszystkim z tego, że w końcu na tych platformach pojawiają się jakieś sensowne wyścigi do popykania na kanapie ze znajomkami. Lepiej późno niż wcale. Crash Team Racing Nitro-Fueled będzie miał swoją premierę już za trzy tygodnie, a jeśli już  sądziliście, że crashowe gokarty były idealnymi, to remake zachwyci was jeszcze bardziej.

Zastępca Redaktora Naczelnego

Początkujący scenarzysta, zapalony publicysta i sfiksowany popkulturowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?