Jak Carpenter ze Scottem na Ishimurze się spotkali

USG Ishimura jest idealnym miejscem spotkań dla wszystkich tradycji horroru

Dead Space – seria stworzona przez Viceral Games, mająca swój debiut w październiku 2008 roku. Operując podstawową matematyką, można dojść do odkrywczego wniosku, że pierwsze przygody najbardziej pechowego inżyniera w dziejach kosmosu – Issaca Clarke’a – kończą w tym roku okrągłe 10 lat. W związku z tym, że jesteśmy świeżo po Halloween, nie może być lepszej okazji do odkopania tego staruszka ze zbiorowej mogiły i zobaczenia, jak Dead Space radził sobie w korzystaniu z klasyki horroru, włączając w to filmy i inne gry wideo, a także książki.

Zobacz również: Call of Cthulhu – recenzja przygodówki osadzonej w świecie H.P. Lovecrafta

Początek naszej przygody w skórze Clarke’a zaczynamy oglądając nagranie od naszej dziewczyny, która – o ironio – pracuje na Ishimurze. Rzeczona druga połówka znalazła się na największym planetołamaczu oczywiście dzięki głównemu bohaterowi, co ma duże znaczenie dla rozwoju późniejszej fabuły. Nasz inżynier, jak dowiadujemy się po skończeniu projekcji, leci razem z ekipą ratunkową właśnie na wspomniany statek, ponieważ nadał on sygnał S.O.S. Po awaryjnym lądowaniu, naszym oczom ukazuje się widok, który dla każdej rozsądnie myślącej osoby byłby znakiem ostrzegawczym. Otóż cała załoga została wymordowana przez nieznanego sprawcę. Oczywiście, jak to bywa w klasycznych horrorach klasy B, po oddzieleniu się od naszej grupy, bardziej pechowa część otrzymuje przywitanie od nekromofrów, czyli coś na modłę wskrzeszonych zwłok, zainfekowanych dodatkowo bakterią nieznanego pochodzenia. Odhaczając kolejne klisze gatunku, musimy rozdzielić się od naszego zespołu i samemu walczyć o przetrwanie.

Tak prezentuje się pierwsze pół godziny z Dead Space. Od początku widać, że twórcy pełnymi garściami czerpali z klasyki gatunku i nie bali się tego pokazywać. Jednak w tym kociołku nawiązań dwa składniki wyróżniają się ponad wszystkie – Ridley Scott oraz John Carpanter. Od pierwszego pana zostały zapożyczone rozwiązania z Obcego: 8. pasażera Nostromo, a drugi jegomość wpompował w produkcję Visceral Games krew o tytule Coś.  Już od pierwszych minut czuć klimat towarzyszący Ripley; początki na Ishimurze to nic innego, jak wyczekiwanie na pojawienie się Obcego w filmie Scotta. Nie wiemy czego mamy się spodziewać, a każdy, nawet najmniejszy dźwięk brzmi jak potencjalne zagrożenie. Wiadomo, obraz kinowy rządził się swoimi prawami, ponieważ tam Obcego było jak na lekarstwo, jednak pomimo zatrważającej liczby nekromofrów, to nadal uczucie ciągłego wyczekiwania na śmierć towarzyszy nam przez całą grę. Najbardziej  widać to podczas potyczek z nieśmiertelnym przeciwnikiem. Te pojedynki są najmocniej nacechowane spuścizną Scotta.

Zobacz również: TOP 20 – Najstraszniejsze gry ostatnich lat!

dead space

Fot. screen z gry Dead Space

Pan Carpenter natomiast dał od siebie podwaliny pod projekty naszych wrogów. Nekromofry mają w sobie dużo z tytułowego Czegoś. Sama przemiana również bierze część genezy z kultowego filmu z Kurtem Russelem. Na samym początku człowiek zaczyna niewinnie, od ataku szału – klasyka, można rzec. W ogóle nie widać, że nasz współtowarzysz zaraz zamieni się w krwiożerczą bestię, żywcem wyjętą z najstraszniejszych koszmarów. Dla tych, którzy oglądali Coś, skojarzenie nekromorfów z mogącym się podszyć pod każdego obcym, powinno nasunąć się od razu. Jeśli ktoś miałby się kiedyś zabrać za ekranizacje Dead Space, to nie wyobrażam sobie nikogo innego, jak właśnie Carpantera.

Wspomniałem również o książkach oraz innych grach. Zaczynając od papierowego medium – nawiązania objawiają się w postaci naszego bohatera. Inżynier odziedziczył swoje imię i nazwisko od dwóch wielkich pisarzy, czyli Arthura C. Clarke’a oraz Isaaca Asimova. Pierwszy z panów jest twórcą 2001: Odysei Kosmicznej, natomiast drugi to twórca między innymi Fundacji. Posiadanie takich korzeni zobowiązuje do wzięcia udziału w opowieści o tajemnicach kosmosu. Od strony gier, nikogo nie powinno zdziwić duże wzornictwo na klasyce survival horroru, Resident Evil, a zwłaszcza na czwartej odsłonie cyklu. Mowa tu przede wszystkim o aspektach czysto mechanicznych. Umieszczenie kamery wraz z ruchami bohatera ułatwiają wczuwanie się w terror, który rozgrywa się na korytarzach Ishimury. Oczywiście nie są to wszystkie klisze, które zobaczymy podczas gry. Małymi składnikami, które wypatrzą miłośnicy horrorów są między innymi halucynacje, obłąkani naukowcy, kult religijny oraz wiele, wiele więcej. Tak naprawdę, jeśli nie spędziło się całego życia w jaskini na odludziu, to każdy znajdzie w grze Viceral coś dla siebie, jeśli chodzi o porządny horror.

Zobacz również: Graliśmy w Resident Evil 2 oraz Devil May Cry 5!

dead space

Fot. researchgate.com

Wiem, że przykłady przytoczone w tym tekście to zapewne ułamek nawiązań, jakie można napotkać w pierwszym Dead Space. Całość ma jednak zupełnie inny cel. Chciałbym zachęcić tych, którzy jeszcze nie grali w produkcję Visceral Games do zapoznania się z tym wyśmienitym tytułem. Zaś tych co grali, aby przypomnieli sobie, jak dobry Dead Space był. Odkurzcie sobie tego 10 letniego dziadka, wejdźcie w buty Isaaca Clarke’a i cieszcie się tym świetnym horrorem, zawierającym w sobie mnóstwo odniesień do klasyków grozy.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Gracz, modelarz oraz fan popkultury. Z Jinem i Kingiem z Tekkena spędził wiele godzin, jednak żaden gatunek growy nie jest mu obcy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?