Komentujemy nominacje do Oscarów 2019!

Ah te Oscary… potrafią w niewyobrażalny sposób podnieść ciśnienie w naszych kinofilskich żyłach. Jak co roku już w przypadku nominiacji nie obyło się bez niespodzianek oraz nieporozumień, toteż kilka śmiałków  z naszej redakcji postanowiło odnieść się do rewelacji z zeszłego tygodnia. Oczywiście zachęcamy do dzielenia się własnymi odczuciami, a nawet do wchodzenia w polemikę z niżej podpisanymi.


Jakie jest największe nieporozumienie tegorocznych nominacji?

Dominik Dudek: Ewidentnie na liście nominowanych nie powinna znaleźć się Czarne Pantera. Owszem, jest to kawał dobrej rozrywki, ale jakbym miał wybierać spośród zeszłorocznych marvelowskich tytułów prędzej pieniądze na oscarową kampanię wpakowałbym w Infinity War. Czarna Pantera natomiast znalazła się tutaj jedynie przez kontekst proafrykański. Również negatywnie zaskakuje liczba nominacji dla Bohemian Rhapsody. O ile jeszcze z nominacjami w kategoriach technicznych czy dla Ramiego Maleka nie mam problemu, to już obecność biografii Queen w kategorii najlepszy film jest z deka nie na miejscu. No sorry, ale w porównaniu do współnominowanych Bohemian Rhapsody, jest co najmniej najmniej jedna półka niżej. 

Łukasz Kołakowski: B-O-H-E-M-I-A-N R-H-A-P-S-O-D-Y! Na nominacje nie zasługuje żadną, chyba że wrzucić mu taką za piosenkę i dać tam któryś z utworów Queen. Tego jednak zrobić nie można, dlatego też nie powinno go być w ogóle. Swoją drogą jednak ta muzyka jest naprawdę ciekawą przypadłością. Film Singera jest słabiutki, jednak przez te legendarne utwory stał się wręcz ciekawym zjawiskiem socjologicznym. Pokazuje jak bardzo film może okłamać mnóstwo widzów samym tym, że jest biografią legendy, która stworzyła coś legendarnego. Na nominacje jednak zasługują dobre filmy, nie dobre zjawiska socjologiczne.

Tomasz Małecki: Czarna Pantera i bynajmniej nie z tego prozaicznego powodu, że jest filmem superbohaterskim, a co za tym idzie, filmem o mniejszej wiarygodności artystycznej. Problem z niniejszą nominacją stanowi natomiast fakt, że w założeniu proafroamerykański wydźwięk produkcji, jest de facto kłodą na drodze wszystkich równościowych dążeń mniejszości na całym świecie. Czarna Pantera to bowiem film skrajnie antymurzyński, petryfikujący wszystkie krzywdzące stereotypy na temat świata afrykańskiego i odrzucający nawet najbardziej naiwny koncept na odmianę aktualnych relacji rasowych. Pomimo że bazą jest tu komiks, a zatem medium, które lata temu posłużyło twórcom w celu pozyskania czarnoskórego czytelnika i które wówczas mogło pozwolić sobie na takie uproszczenia, to w kontekście XXI-wiecznego filmu powielanie szkodliwych schematów myślowych, utrudniających a nawet wypaczających identyfikację realnych, społecznych defektów, jest ciosem w plecy dla każdego, kto poszukuje kulturowego zakorzenienia walki o równość. Bo przecież remedium na dziejową niesprawiedliwość dotykającą kontynent afrykański jest oddanie władzy czarnoskóremu intelektualiście wychowanemu w szwajcarskich seminariach, prawda?

Maciej Roch Satora: ME-RYL STREEP !!!

Poważniej: w równym stopniu obecność ekranowej muzyczki; z jednej strony opłakiwany przez kolegów wyżej Bohemian Rhapsody, z drugiej, może przewrotnie, Narodziny gwiazdy, czyli remake’owany enty raz ckliwiutki romans o niepotrzebie i wzajemnym podnoszeniu karierowych żyć. O ile pewnych plusów dziele Coopera odebrać pewnie nigdy się nie będzie dało (z odpajacowieniem owego aktorzyny na czele), o tyle ciepłe miejsce w tym najlepszym z najlepszych to jednak, jak co roku, należy się całej masie dużo lepszych gatunkowych zawodników.

Katarzyna Skrzynecka: Tegoroczne nominacje  nie zaskoczyły mnie aż tak bardzo, większości  tytułów spodziewałam się. Właściwie wszystkich, oprócz Czarnej Pantery. Kompletnie nie rozumiem jej fenomenu, jest to kolejny superbohaterski film  oparty w dużej mierze na schemacie. Film Kevina Feige próbuje zabrać głos w dyskusji na temat rasy,  ale robi to tak nieudolnie, że po seansie brak jest chęci na jakiekolwiek przemyślenia. Tak, to jest kino gatunkowe służące do rozrywki, ale w sąsiedztwie chociażby estetycznej Romy wypada blado. I to bardzo…

Fot. mat. prasowe


Kogo zabrakło wśród nominowanych?

Dominik Dudek: Od seansu Tamtych dni, tamtych nocy jestem wielkim fanem Timothego Chalameta i wielka szkoda, że w tym roku nie udało się mu zdobyć nawet nominacji za Mojego pięknego syna. No cóż, jeszcze jego czas nadejdzie, bo to zdolna bestia. Mimo że nie jestem wielkim fanem horroru Dziedzictwo. Hereditary, to zgodny jestem co do tego, że Toni Collette pokazała w tym filmie klasę. Jak jednak widać ten gatunek wciąż pozostaje swego rodzaju podgatunkiem filmowym dla Akademików. Jednym z najlepiej wspominanych przeze mnie momentów w kinie 2018 roku było lądowanie na księżycu w Pierwszym Człowieku, toteż brak chociażby nominacji dla Justina Hurwitza za utwór „The Landing” to jakaś kpina. Szkoda również, że do nominowanych nie załapały się Sny wędrownych ptakó, bo to kawał bardzo dobrego kina, który mógłby namieszać wśród filmów zagranicznych. 

Łukasz Kołakowski: Pierwszy przychodzi mi na myśl Paul Dano i Kraina wielkiego nieba, czyli kapitalny film, który w tej stawce byłby lepszy od co najmniej połowy kandydatów. Najbardziej jednak w jego przypadku boli zapomnienie o genialnej Carey Mulligan. Tak samo jak brak nam Joanny Kulig i nie chodzi tu nawet o patriotyzm. Po prostu na takie wyróżnienie swoją rolą zasłużyła, a zaraz okaże się, że kreacja dzięki której polska aktorka jest od prawie roku na salonach, zostanie wyróżniona tylko w Europejskich Nagrodach. Nie mówię że to mało, ale jednak chciałoby się więcej.

Tomasz Małecki: Przede wszystkim zabrakło dobrych filmów (Suspiria, Kraina wielkiego nieba, Dziedzictwo. Hereditary, Sweet Country), bo te na kolejnej z rzędu oscarowej gali możemy zliczyć na palcach jednej ręki. Pal licho główną kategorię, gdzie możemy powoli już zapominać o nominowaniu filmów faktycznie wartych naszej uwagi. Największych szkód dokonuje się bowiem w departamencie filmów nieanglojęzycznych, a pominięcie Płomieni (zapewne ze względu na obecność bliskich im kulturowo Złodziejaszków Koreedy) świadczy o przeprowadzeniu dość pobieżnego i niedokładnego przeglądu listy dostarczonej amerykańskiej Akademii przez lokalne instytuty filmowe. Zauważalny też jest trend nominowania w tej kategorii według pewnego ideologicznego, stereotypowego klucza – w obecnej stawce mamy bowiem libański film o wojnie, niemiecki film o nazistach, dwa filmy nostalgiczne i zdobywcę Złotej Palmy. Czyli dosłowny starter pack filmowych stereotypów.

Maciej Roch Satora: Jak co roku – czegoś ciekawszego. Sięgająca setek lat batalia o włączenie w skład najwyższej kategorii czegoś wykraczającego poza ciastowe wzory ponownie została przegrana, z marginalnymi przypadkami formalnej imprezki (a i one raczej w wersji lactose-free). W Best Picture boli więc z jednej strony pominięcie filmów krzykliwych jak Hereditary. Dziedzictwo  i Climaxu, z drugiej emocjonalnie kiczowych – Pierwszego reformowanego i Suspiriów. W idealnym świecie te wszystkie cudeńka tłukłyby się po starczych akademickich serduchach, przyzwyczajonych do tandetnej Nostalgii i Ważności kolejnych leniwych bio-picków a’la Spielberg. W naszym wystarczyłby piękny rozkład Anihilacji.

Katarzyna Skrzynecka: Ubolewam nad brakiem nominacji dla Timothee Chalameta za jego wybitną kreację w Moim pięknym synu. Radek Folta znakomicie podkreślił w swojej recenzji, że aktor doskonale oddaje kruchość granej przez siebie postaci. W pełni się z nim zgadzam i liczyłam na nominacje dla świetnego Chalameta. Ba, liczyłam nawet na statuetkę! Brak Joanny Kulig wśród walczących o statuetkę za Najlepszą aktorkę pierwszoplanową także uważam, za duże nieporozumienie. Kulig gra świetnie, tworzy wybitna postać, o której niezapomina się przez długie godziny.

Fot. mat. prasowe


Komu kibicujecie na rozdaniu?

Dominik Dudek: Na pewno animacji Spider-Man Uniwersum. Dawno nie było takiego kandydata, który w końcu przerwie disneyowsko-pixarowską hegemonię trwającą od kilku lat w tej kategorii. Z puli filmów nominomanych do głównej kategorii nie widziałem jeszcze Faworyty, ale póki co trzymam mocno kciuki za Green Book oraz Vice. Ucieszyłbym się, gdyby w końcu Akademia doceniła Viggo Mortensena, gdyż jest on w swojej roli po prostu fenomenalny. Jeśli Bale dostanie to też będe się cieszył, ale trochę mniej.

Łukasz Kołakowski: Chyba Vice, choć szansę obrazu McKaya wyglądają na żadne. Wpływ na to ma też na pewno fakt, że nie widziałem jeszcze Faworyty, która ma wszystkie aspekty potrzebne do tego, aby mocno mi się spodobała. Tak samo wielkich szans pewnie nie ma sam McKay jako reżyser. Fajnie byłoby również, gdyby w tym filmie doceniono co najmniej jedną z ról aktorskich z tego filmu. Może niekoniecznie Amy Adams, która tego Oscara kiedyś dostanie na pewno, więc może warto poczekać na coś bardziej wybitnego w jej wykonaniu. Statuetki dla Rockwella bądź Bale’a przyjmę już jednak z wielką radością.

Tomasz Małecki: Przede wszystkim trzymam kciuki za Romę, która w idealnym świecie tego wsparcia by nie potrzebowała, zważywszy na to, jak dobrym jest filmem. Niemniej jednak z racji naturalnej rywalizacji z Zimną wojną, trzeba spodziewać się, że Akademia poszachuje nagrodami tak, by każdy mógł z tej małej wojenki wyciągnąć coś dla siebie. Liczę również na Vice, które pomimo pozorowania swobody swej formy, jest hollywodzką produkcją w dobrym stylu, a dla takich właśnie przed wieloma laty stworzono instytucję Oscarów.

Maciej Roch Satora: Główna nagroda z tak okrojonego składu świetnych pozycji wciąż jest dla moich sympatii zagadką, ale w kategorii reżyserskiej za tak wspaniały powrót do formy i długie lata ogromnego wkładu Spike Lee (Czarne bractwo) powinien dumnie ze sceny, z niedopalonym jointem w dłoni, rzucić kilka radykalnych wypikań pod adresem obecnego amerykańskiego burdelu. Takiego wściekłego chłopca to Stany nieczęsto mają, a przez lata pomijań został zmęczonym, choć tak samo wściekłym dziadkiem. Taki Oskar cieszyłby bardziej niż miliard Czarnych Panter.

Katarzyna Skrzynecka: Za Najlepszy Film statuetkę mogłaby otrzymać Roma, a za najlepszy nieanglojęzyczny Zimna Wojna. Byłoby idealnie, ale jest to prawie nierealistyczne. Trzymam kciuki za Ramiego Maleka, który fenomenalnie wcielił się w Freddiego Mercury’ego. Sam film jest dobry, ale do idealnej biografii kultowego zespołu trochę brakuje. Mam też nadzieję, że że statuetką z gali wyjdzie Lady Gaga i Bradley Cooper za piosenkę Shallow, którą nucę od paru tygodni.

Vice

Fot. Materiały prasowe


Na kogo postawilibyscie pieniądze w zakładach bukmacherskich?

Dominik Dudek: W ostatnich latach słabo mi wychodziło to obstawianie, więc w tym roku chyba się powstrzymam.

Łukasz Kołakowski: Wszyscy mówią Roma, jednak tutaj przypomnieć sobie próbuje, kiedy tak mały i kameralny film miał aż tyle siły, żeby zgarnąć najważniejszą nagrodę. Daleko sięgać pamięcią może nie trzeba, bo jest ten Moonlight, jednak w jego przypadku wydaje się o nagrodzie zadecydowały po troszę również inne powody. Tutaj kartą przetargową może być Wenecja, ale nie wiem czy wystarczy. Dlatego od stawiania pieniędzy na zwycięzcę w najważniejszej kategorii bym się wstrzymał (zresztą ostatni raz wygrałem na Spotlight, więc forma do typowania Osacarów wyraźnie spadła), jednak gdybym już musiał, to ryzykownie ukłoniłbym się w stronę Narodzin gwiazdy i Czarnego bractwa. Nie przenoście tego jednak na swoje kupony, bo i tak nie będe miał racji.

Tomasz Małecki: Kolega Łukasz mówi, że ryzykiem jest stawianie pieniędzy na Romę, natomiast ja twierdzę, że drugiego takiego pewniaka w najbliższych latach już mieć nie będziecie. I to nie ze względu na obiektywny fakt, iż film Cuarona jest jednym z najjaśniejszych momentów tegorocznej gali. Co zatem decyduje o pole position Romy? Trzy rzeczy. Po pierwsze (1) Netflix wyłożył naprawdę spore pieniądze na promocję i nie sądzę, aby uczyniono tak tylko ze względu na świadomość filmowej jakości posiadanej produkcji. Po drugie (2) zarówno sam Netflix jak i Akademia Filmowa będą chcieć zagrać władzom festiwalu w Cannes na nosie i pokazać, że skoro we Francji odmawiają im uznania, to wyzbędą się oni wszelkich międzynarodowych roszczeń i będą nagradzać się na własnym podwórku. Prestiż publiczny i finansowy splendor stoją przecież po ich stronie. Po trzecie (3) stacja telewizyjna CBS od kilku lat narzeka na malejące zainteresowanie widowni galą oscarową, stąd wcale niewykluczony jest rychły mariaż Akademii i Netflixa na polu streamingowym. W nawiązaniu bliższych relacji kamieniem milowym mogłoby zaś okazać się manifestacyjne nagrodzenie Romy. W ilu kategoriach? Na to pytanie już nie odpowiem, ale jestem pewien, że już za niedługo Cuaron zostanie ogłoszony zwycięzcą życia. Z niewłaściwych przyczyn, ale kto darowanemu koniowi w zęby zagląda….

Maciej Roch Satora: Z całkowitym przekonaniem sam stawiałem na Czarne bractwo. BlackKklansman, bo przez wysokie kursy nawet drobne mogą ucieszyć. Murowanym faworytem wydaje się co prawda Roma, choć serducho podpowiada gromkie brawa dla Spike’a Lee, zwłaszcza, że Cuaronowi głosy mogą rozejść się pomiędzy kategorię główną i, znacznie pewniejszą dla niego, nieanglojęzyczną. Przed tą sytuacją naturalnie schowa się Bractwo, a też przez polityczne zaangażowanie i kręcenie nosem na Trumpa Lee skacze nie tylko w widzowskich sercach, ale i kartach głosowych Akademików.

Kadr z filmu Roma / fot. materiały prasowe Netflix

Kadr z filmu Roma / fot. materiały prasowe Netflix


Czy Zimna wojna ma szansę na statuetkę?

Dominik Dudek: W starciu z Romą jej szanse niestety za wielkie nie są. Ale trzymam kciuki!

Łukasz Kołakowski: Niestety, raczej niewielkie. W każdej kategorii, w której ją nominowano można znaleźć kogoś, kogo akcje stoją wyżej. Liczę na zdjęcia, ale widziałem Romę i mimo faktu że Łukasz Żal odwalił fantastyczną robotę, Cuaronowi rady może nie dać. W reżyserii wyżej stoją akcję Meksykanina i Spike’a Lee, a jeśli chodzi o film nieanglojęzyczny, to wiele zależeć będzie od głównej nagrody. Jeśli tam wygra Cuaron, film Pawlikowskiego nie jest na straconej pozycji. Jeśli Roma nie zostanie najlepszym filmem, nieanglojęzycznym będzie już musiała.

Tomasz Małecki: Oby nie, ale wiem, że to jedynie moje pobożne życzenie. Faktycznie jednak wszystko zależy od tego, jak rozłożą się nagrody dla Romy w kategoriach technicznych. Jeśli tam Roma wyciągnie swoje, to istnieje szansa dla Łukasza Żala czy Pawła Pawlikowskiego. W samej kategorii filmów nieanglojęzycznych nie spodziewałbym się jednak tak pewnej dominacji Zimnej wojny, albowiem Akademia lubi zaskoczyć w niej jakimś aktualnie żywym tematem społeczno-politycznym, stąd na tę chwilę faworytem jest Kafarnaum. Jeśli natomiast Akademia nagrodzi tu Romę, to jedyną zdobyczą Zimnej na amerykańskiej ziemi będzie potomek Joanny Kulig.

Maciej Roch Satora: Mimowolne narodowe fanfary każą trzymać kciuki, choć realne szanse (ale i własne preferencje – Roma to po prostu lepszy film) raczej odwodzą od tych biało-czerwonych fantazji. Z trojga złego najbardziej cieszyłaby nagroda dla Łukasza Żala, bo bez niego Zimna wojna straciłaby prawdopodobnie jedyny naprawdę wybitny aspekt, a sam Oskar otworzyłby drzwi kolejnemu, pięknemu polskiemu pstrykaczowi. Chciałbym się mile zaskoczyć, ale jeśli nie – wygra najlepszy.

Zimna wojna Kot Kulig

fot. Łukasz Bąk

Ilustracja wprowadzenia: mat. prasowe

Redaktor

W kinie szuka pozycji, która przebije Pulp Fiction, w telewizji - Breaking Bad oraz Rodzinę Soprano, w świecie gier - serie Bioshock oraz God of War.
Kontakt: [email protected]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?