Poznajmy się od growej strony #5 – Rafał Pilch

Swoje przygody z grami rozpoczynałem jeszcze przed podstawówką, kiedy to komputery na wsi zaczęły pojawiać się nie tylko w domach wójta i sołtysa. Od tamtego momentu jestem wierny jedynej słusznej platformie (no dobra, nie umiem po prostu w pady), dlatego też w poniższym zestawieniu nie znajdziecie pozycji typowo konsolowych. Czeka nas mała wyprawa w czasie, do produkcji, których być może niektórzy już nie pamiętają.

To nie ma tak, że dobrze albo że nie dobrze, tak jak nie ma tak, że wybierzesz najlepsze gry z najlepszych, więc kolejność pozycji nie odgrywa tutaj znaczenia. Wszystkie są świetne.


Zobacz również:

Poznajmy się od growej strony #4 – Łukasz Kołakowski

Poznajmy się od growej strony #3 – Paweł Gościniak

Poznajmy się od growej strony #2 – Krzysztof Wdowik

Poznajmy się od growej strony #1 — Jan Tracz


Age of Empires II

Zacznijmy zestawienie od jednego z pierwszych klasyków, które uruchomiłem na moim komputerze. Age of Empires II swego czasu posiadał każdy dzieciak na osiedlu, dlatego też i ja musiałem zaopatrzyć się w swoją kopię. Tutaj przyznam się bez bicia, w grę przegrałem kilkanaście godzin, a kampanii dla jednego gracza nie ruszyłem nawet palcem. Wszystko sprowadzało się do rozgrywek sieciowych ze znajomymi i tworzenia map, które mogły stawić nam niecodzienne wyzwania. Ot dziecięca wyobraźnia stworzyła krainę wypełnioną wieżyczkami i tylko jednego mnicha (tak, tego wolololo) aby stawić im czoła, lub wyścig na koniach po porzuconą armię w oddali mapy! Myślicie, że Ensemble Studios by na coś tak genialnego wpadło?

Fot. mat. prasowe


Call of Duty: United Ofensive

Przejdźmy teraz do gry, od której tak naprawdę rozpoczęła się moja przygoda z poważnym multiplayerem. Pierwsza odsłona Call of Duty, ze świetnym dodatkiem United Offensive, na zawsze pozostanie głęboko w moim sercu. To właśnie za sprawą tej produkcji zacząłem odkrywać tajniki rozgrywki sieciowej i przestałem udawać, że mam zepsuty mikrofon! Dzięki temu poznałem kilku świetnych ludzi, których tak naprawdę nigdy nie widziałem na oczy, i z którymi spędziłem sporo godzin w rozgrywce. Multiplayer, w tej wiekowej już produkcji, nie był zbytnio rozbudowany. Brakowało jakichkolwiek statystyk, osiągnięć i rzeczy do odblokowania dla konta, jednak grało się świetnie. Jedyną personalizacją był wybór nicku, który, uwaga, mógł być kolorowy <3.  W tym przypadku urzekła mnie również kampania dla jednego gracza, będąca dla mojego dziecięcego jeszcze mózgu, dziełem absolutnie idealnym, przez co przeszedłem ją wielokrotnie. Szkoda, że Activision pobłądziło i raczej z taką formą Call of Duty już nigdy nie będziemy mieli do czynienia.

Fot. screen z gry


Battlefield: Bad Company 2

Ajjjjjj… Cóż to była, i w sumie dalej jest, gdyż serwery jeszcze żyją, za produkcja! Przez wielu ta odsłona Battlefielda jest uważana za szczytowy okres całej serii. Oczywiście nie zdziwię was, jeżeli powiem, że ja własnie do tych ludzi się zaliczam. Bad Company 2 miała w sobie to coś. Świetnie wykonane mapy, dobry gameplay, niezbyt skomplikowany, ale dobrze rozwinięty system progresacji, wciągająca kampania. Wszysto to opakowane w przepiękną, jak na tamten czas, grafiką. Czego cieć więcej? Oczywiście nie mogę tutaj pominąć świetnego dodatku – Vietnam, w który również się zagrywałem niemiłosiernie. Być może już niedługo usłyszymy o Bad Company 3 od DICE i Electronic Arts, jednak patrząc na to, co Activision zrobiło z Call of Duty: WWII, to chciałbym krzyknąć: ręce precz!

Fot. mat. prasowe


Total War: Shogun II

W serię Total War zagrywam się od czasów premiery Medival II. Wszystkie kolejne odsłony były dla mnie szczególne, jednak Shogun II stanowi zdecydowanie dotychczasowego faworyta. Sama produkcja stanowiła ogromny przełom w całej serii. Wreszcie postawiono na trochę bardziej żywą kolorystykę, zatroszczono się o względy graficzne i tchnięto życie w mapę, po której poruszamy nasze armie. Wszystko to sprawiło, że Shogun II stał się szczególną dla mnie grą, do której jeszcze często powracam. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał tutaj o multiplayerze, który zdecydowanie wyglądał najlepiej ze wszystkich Total Warów. Tworzenie własnego generała, którego można było rozwijać i zdobywanie Japonii wraz z rodziną, będącą swoistego rodzaju klanem, czy tam gildią, jak kto woli było dla mnie świetną rozgrywką! Szkoda, że tak szybko jak pomysł się narodził, tak szybko upadł.

Fot. mat. prasowe


Dziennikarz

Zagorzały fan fantasy, szeroko pojętego gamingu oraz student w jednym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?