• Zaloguj się
  • Zarejestruj
  • Połącz z Facebook
Na pokuszenie moviesroom 1200x200

Spis treści

Klub Samotników. Czytając tę nazwę, mimochodem skojarzyliście ją pewnie z mitologicznym artystą samotnikiem, nieprawdaż? Albo myśleliście o jakimś chociażby duchowym spadkobiercy Sali samobójców... Niestety muszę was rozczarować – nie chodziło mi o żaden z tych przypadków. Choć ten pierwszy akurat może mieć coś z tym Klubem wspólnego. Wyobraźcie sobie bowiem artystę. Co widzicie? Stereotyp nakazywałby, aby taki wyobrażony twórca posiadał rozwichrzoną czuprynę jak Mickiewicz, względnie Norwid, luźne, mieszczańskie szaty i najlepiej pędzel, ewentualnie pióro w dłoni. A no i jeszcze jeden szczegół – MUSI PRACOWAĆ W SAMOTNOŚCI. Tak, w temacie artystów utrwalił się pogląd, iż najwięksi z nich i najbardziej szanowani musieli być samotnikami bez życia osobistego, bez rodziny, przyjaciół, miłości... Tylko praca, praca, praca. A co jeśli wam powiem, że to kłamstwo? Zwykły mit? Otóż alienacja w kontekście artystów nie zawsze musi oznaczać całkowitą izolację od świata. Owszem, wśród mistrzów pióra, pędzla, klawesynu i masy rzeźbiarskiej wielu mamy introwertyków, unikających rzeczywistości jak ognia, lecz uogólnienie takiego stanu rzeczy na wszystkich autorów byłoby mocno krzywdzące.

I to szczególnie w filmie, będącym przecież dziełem kolektywnym, tworem wielu osób. Już sam ten fakt wyklucza absolutną izolację artysty, którego w kinie utożsamiamy dzisiaj z reżyserem. Powstaje więc pytanie, jak może wyglądać samotność kogoś takiego? Odpowiedź nasuwa się jednak sama – samotność nie jedno ma imię. Raz jest nią rzeczywiście dobrowolny akt izolacji, ale także może być to wykluczenie ze strony systemu, bądź operowanie własnym, wyrazistym stylem, który nijak nie pasuje do kanonów większościowych. Niezależnie zatem od istoty takiego odosobnienia, każdy reżyser może starać się o członkostwo w Klubie Samotników. I dzisiaj porozmawiamy sobie właśnie o nich – o najlepszych samotnikach z samotników, którzy samotnikami stali się poprzez samotność wszelaką. Za dużo masła maślanego? Fakt. To chyba więc sygnał, aby rozpocząć odliczanie. A no i jeszcze dodam, że jest to zestawienie całkowicie subiektywne i choć starałem się nie wartościować konkretnych pozycji, to mogło wyjść ździebka na odwrót. To tak w ramach ostrzeżenia.


 10. Terrence Malick

Terrence MalickFot. materiały prasowe

 Kilka filmów z brzegu: Cienka czerwona linia, Badlands, Drzewo życia

Jeśli ktoś zyskał nieoficjalny przydomek "Wielka Stopa Hollywood", to coś musi być na rzeczy. I rzeczywiście Terrence Malick ma swój świat, któremu daleko jest do ekshibicjonizmu Fabryki Snów. Choć nigdy nie stronił od mainstreamu i trudno nazwać go reżyserem niezależnym, to doskonale radzi sobie jako wolny strzelec, który kręci wtedy, gdy najdzie go taka ochota. Pytacie jak to możliwe? A no skoro na własnej działce w Teksasie ma się spore złoża ropy naftowej, to nie trzeba codziennie dojeżdżać na plan filmowy. To też w naturalny sposób sprzyja izolowaniu się reżysera od problemów trapiących branżę, co w okresie ciągłych oskarżeń o niegdysiejsze molestowania może mu wyjść na zdrowie. A co jeśli to aktorki dojeżdżały do niego do domu? Eh, śliska sprawa...


9. Alain Resnais

current resnais originalFot. The Criterion Collection

Kilka filmów z brzegu: Zeszłego roku w Marienbadzie, Hiroszima, moja miłość, Noc i mgła

Z autorem arcydzieł światowej kinematografii pokroju Zeszłego roku w Marienbadzie oraz Hiroszima, moja miłość jest w kontekście samotności pewien problem. Resnais zaczynał bowiem jak wielu młodych twórców filmowych - od sztuki dokumentu. A gdy zabrał się już za fabułę, to wrósł w założenia francuskiej Nowej Fali jak pleśń w domową ścianę. Ba, z Godardem i Chabrolem nawet jeździł do Cannes, aby odwoływać słynny już wtedy festiwal filmowy. Jak więc w takim przypadku mówić o samotności? Cóż... Resnais zdołał jednak w tym całym zamieszaniu wypracować sobie swój autorski styl. Styl, którego nie zdołałby podrobić nikt, a to dlatego, że nikt inny nie znalazł się z kamerą tak blisko zagadnienia ulotności ludzkiej myśli. I choć sam reżyser mówił, że takie przykładowe "Zeszłego roku w Marienbadzie jest próbą, wciąż bardzo toporną i bardzo prymitywną, zbliżenia się do złożoności myśli, do procesu myślenia", to dla nas ta "prymitywność" jest całkowicie wystarczająca. Błądzące po omacku jazdy, oniryczna narracja (przede wszystkim obrazem), wydawałoby się losowo zestawiane ujęcia to tylko wierzchołek góry lodowej o nazwie "Ja, Resnais". Góry, która właśnie z racji swej wyrazistości i odrębności dryfowała przez większość czasu samotnie.

Extra: Jean-Luc Godard

A skoro już w temacie Nowej Fali jesteśmy, to grzechem byłoby nie wspomnieć o naszym ukochanym okularniku. Godard, podobnie jak Resnais, jest synonimem zjawiska, które zawładnęło kinematografią lat 60. ubiegłego wieku, ale w pewnym momencie i pod wpływem czynników o wątpliwej tożsamości, udał się na reżyserską banicję, kręcąc filmy polityczne, podziemne i w końcu eksperymentalne (co nawet trafnie obrazuje na wpół biograficzny film Ja, Godard). Co więcej, wybór tej drogi uzasadniał on swoją wiernością względem postulatów Nowej Fali, a wszystkich, którzy nie poszli razem z nim, zwyzywał od zdrajców i zer. Słynna swego czasu stała się historia korespondencji Godarda z Francois Truffautem, gdzie od niecenzuralnych słów i zarzutów papier się uginał (część z nich w przekładzie angielskim możecie przeczytać TUTAJ). Niemniej należy w tym wszystkim docenić konsekwencję Jean-Luca – jeszcze w tym roku ma się ukazać kolejne jego dzieło, a będąc świadomym tego, co narobił w swoim ostatnim pełnym metrażu, zakładam, że ani trochę się nie zmienił.


8. Robert Bresson

feature 5 750x400Fot. Senses Of Cinema

Kilka filmów z brzegu: Dziennik wiejskiego proboszcza, Ucieczka skazańca, Kieszonkowiec

O ile co do samotności Resnaisa były jakieś wątpliwości, tak Bresson to samotnik jak się patrzy. Przeżył trzy epoki kinematograficzne, a jego styl ani na chwilę nie ugiął się pod presją zewnętrzną. Tak samo więc jak w roku 1943 (Anioły grzechu), tak i w 1983 (Pieniądz) interesował go naturalizm sytuacji, pozorna przypadkowość i najmniej istotny szczegół opowieści. Opowieści, która przebrzmiewała przede wszystkim obrazem – w filmach Bressona nie spotkamy wszak zatrważających ilości dialogów, a te, jeśli już się przydarzą, przypominają raczej rozmowę ze współlokatorem aniżeli klasycznie rozumiany dyskurs narracyjny. Można zatem spokojnie założyć, że jest on takim nieoficjalnym ojcem nowofalowców, szykującym grunt dla ekscesów Godarda, Truffauta i Chabrola oraz zapewniającym im miejsce w historii. No i jest też podręcznikowym przedstawicielem Klubu Samotników, gdyż za jego pozycją nie przemawia tylko autorska kreacja artystyczna, ale również sam przedmiot snutych opowieści – na tapet zawsze bowiem trafiało odosobnienie, wyobcowanie, poszukiwanie wewnętrznego spokoju, a nawet metafizyka. No po prostu jak znalazł.


7. David Wark Griffith

D W GriffithFot. New York Public Library

Kilka filmów z brzegu: Nietolerancja, Narodziny narodu, Złamana lilia

Amerykanina często określa się mianem ojca filmowej narracji, czemu rzecz jasna trudno zaprzeczyć. Najwybitniejsze dzieła Griffitha pokroju Nietolerancji oraz Narodzin narodu odznaczają się przecież wybitnym zrozumieniem oraz wyczuciem prawideł rządzących medium filmu. I to nie tylko tego z epoki kina bezdźwięcznego. To on wprowadził do arsenału kinematografu narzędzie zwane dzisiaj "narracją równoległą", a także (jeszcze przed Eisensteinem) zaczynał eksperymentować z montażem intelektualnym (słynna kołyska z Nietolerancji). Ale to nie koniec wdrażanych przez niego innowacji. Na początku lat 70. Orson Welles w swoim komentarzu do artystycznych wartości Nietolerancji powiedział wszak, że w tej produkcji znajdziemy dosłownie wszystko, co czyni film filmem. Co wy na to? Potrzebujecie jeszcze jakiejś rekomendacji? Przypominam, że mowa jest tu o dziele z 1916 roku. Dzisiaj rzecz jasna nikogo nie trzeba przekonywać co do wielkości reżysera, ale w latach 20. ludzie mieli nieco inne baczenie. To wtedy bowiem w Ameryce zaczął konstytuować się system producencki, którego mocodawcy dość szybko doszli do wniosku, iż filmy Griffitha są zbyt "trudne" dla przeciętnego odbiorcy. Aby nie wypaść z obiegu, zdecydował się na mariaż z bardziej przystępnymi środkami wyrazu, ale ta zmiana zdecydowanie mu nie leżała. Na przestrzeni dekady popadł więc w całkowite zapomnienie. W 1936 roku dostał jeszcze honorowego Oscara, ale nic on w kwestii powrotu Griffitha do formy nie zmienił. Zmarł 12 lat później. W pokoju hotelowym. Opuszczony przez kinematografię.

Extra: Erich von Stroheim i Siergiej Eisenstein

Przykładów takiej klasycznej samotności artystycznej można by pewnie wymieniać bez liku, ale z głośniejszych przypadków warto wspomnieć jeszcze o przynajmniej dwóch. Casus von Stroheima jest poniekąd bliźniaczy dla tego, którego doświadczył Griffith. Oboje padli wszak łupem żądnych krwi producentów, choć autor legendarnej Chciwości zasłynął w świecie filmowym z bezkompromisowej postawy względem ich rosnących kompetencji. Prawdopodobnie jako pierwszy dostrzegł szkodliwy wpływ brudnych, producenckich zagrywek na wartość dzieła filmowego i również jako pierwszy przedsięwziął odpowiednie środki zapobiegawcze. Niestety rozpędzająca się, ale już bezwzględna machina amerykańskiego przemysłu rozrywkowego ostatecznie przejechała go jak walec świeży asfalt, przez co jego reżyserskie zapędy zostały skutecznie zneutralizowane. W przeciwieństwie do Griffitha zaczął on jednak realizować się niemniej skutecznie w repertuarze aktorskim, lecz pamiętny, autobiograficzny występ w Bulwarze zachodzącego słońca wykazał, że niedawna rana reżyserskiej porażki wcale nie zanikła pod wpływem sukcesów w innej dziedzinie. Co do Eisensteina natomiast... Tak, to jest smutny przypadek. Najwybitniejszy przedstawiciel sowieckiej szkoły montażu, jeden z najbardziej wpływowych teoretyków filmu w historii i niemniej utalentowany reżyser stał się bowiem ofiarą stalinowskiego reżimu. Co jest tym bardziej zabawne, że Rosjanin z własnej, nieprzymuszonej woli był zagorzałym orędownikiem rewolucji i jedynego słusznego ustroju. Co więc go zawiodło? Wódz. Wódz, który w pewnym momencie uznał, iż filmy Eisensteina szkodzą dorobkowi radzieckiej kinematografii. Wyrok? Wycofanie licencji reżyserskiej i dożywotni zakaz uprawiania tego "zawodu". Cóż, przynajmniej wreszcie wiemy, o co chodzi w powiedzeniu "rewolucja pożera własne dzieci".

Wiesz, co z tym zrobić


Tomasz Małecki

Tomasz Małecki

Redaktor

O mnie:

Najbardziej tajemniczy członek redakcji. Nikt nie wie, w jaki sposób dorwał status redaktora współprowadzącego dział publicystyki i prawej ręki rednacza. Ciągle poszukuje granic formy. Święta czwórca: Dziga Wiertow, Fritz Lang, Luis Bunuel i Stanley Kubrick.


Więcej informacji o:

Wypowiedz się na ten temat...
Zaloguj się poprzez
albo skomentuj jako gość
Wczytywanie komentarza... The comment will be refreshed after 00:00.

Skomentuj jako pierwszy

MOVIES ROOM POLECA

Najnowsze Wiadomości

Polub nas


© 2016 MOVIESROOM.PL · Wszystkie prawa zastrzeżone · Korzystanie z serwisu jest równoznaczne z akceptacją regulaminu.