Ranking: Komedie, które nie śmieszą, a powinny

Spotykam się z wieloma opiniami, jakoby współczesne komedie zupełnie nie śmieszyły. I mowa tu nie tylko o polskich tworach, które zostawiają wiele do życzenia, ale również amerykańskich produkcjach. Moim zdaniem wcale nie chodzi o to, że świat się zmienił, że kiedyś siedziano w kawiarniach i czytano poetów, dlatego żarty były na najwyższym intelektualnym poziomie. Komedia może rodzić się na śmietniku. Czasami może przeszarżować, być głupia, a czasami nawet ponosić porażki. Ważne jest, by była czymś więcej niż tylko dowcipami najniższego lotu. Komedia ma podejmować ryzyko, ale przede wszystkim ma śmieszyć. Dlatego dziś daje wam ranking dziesięciu komedii, które zupełnie nie śmieszą, choć miały potencjał.

1. „Szefowie wrogowie”

Komedia w reżyserii Setha Gordona z początku wydawała się być czymś więcej aniżeli kolejną amerykańską komedią. Miała niezwykle obiecujący trailer, dość pozytywne recenzje i dlatego postanowiłam, że obejrzę tą produkcję na dużym ekranie. Po napisach końcowych zaczęłam się zastanawiać, co się stało, że nie zaśmiałam się ani razu. Dobra obsada, charakterystyczni aktorzy, fajne dialogi, śmieszne sytuacje – a film był w ogóle nieśmieszny. Zagadka ta po dzień dzisiejszy nie została przeze mnie rozwiązana. Może clue sprawy kryje się w tym, że twórcy chcieli jakby za bardzo?

2. „Praktykant”

Koncepcja od początku wydawała się być niezwykle komediowo sympatyczna.  Jest fajna – starszy pan o imieniu Ben – emeryt, wdowiec – przystępuje, znudzony swoim życiem, do stażu w młodej, prężnie rozwijającej się firmie internetowej. Ona – Jules, młoda matka, która opiekując się w domu dzieckiem, wpada na genialny pomysł biznesu i już po chwili zatrudnia 200 osób, w tym kilku stażystów. I niestety to by było na tyle. Miała być zgrabna komedia, a wyszło niechlujnie. Zbyt dużo moralizowania, feminizacji, a na dodatek wątki poboczne, które miały szansę na karykaturalne skomentowanie otaczającej nas rzeczywistości, zupełnie nie wykorzystują komediowego potencjału. 

3. „Lejdis”

Filmy Saramonowicza oraz Koneckiego charakteryzuje nie tylko pójście na łatwiznę, ale również samozadowolenie z siebie. W filmach tych panów nie znajdziemy nic, co dla widza mogłoby być niekomfortowe, niejednoznaczne lub przekraczające granice jego tolerancji. Z drugiej strony wyraźnie zaznacza się, że tych granic w ich świecie zwyczajnie nie ma. „Lejdis” z jednej strony chce być lepsze i mądrzejsze od głupich komedii, podczas gdy tak naprawdę to ekranizacja kolorowej pracy. Z tym wyjątkiem, że nie tej z najniższej półki cenowej, przez co jest jeszcze bardziej nieśmiesznie.

4. „Ryś”

Nie ma co się nad tym filmem zbytnio rozwodzić. Stanisław Tym nie udźwignął mitu „Misia” co w konsekwencji dalej zlepek trochę lepszych i trochę gorszych pomysłów. Oczywiście przewaga tych niższych lotów jest przytłaczająca. To raczej zbiór luźno powiązanych skeczy, aniżeli film. Co więcej mało który jest w stanie wywołać coś więcej niż uśmieszek zażenowania na twarzy widza. A mogło być tak pięknie.

5. „Junior”

Nie ma chyba osoby, która nie kojarzyłaby filmu z Arnoldem i Danny deVito. Sam pomysł jest tak charakterystyczny i wyróżniający się, że aż dziw bierze, że całość nie śmieszy pod żadnym względem. Nie wiem, jakim cudem scenarzyści nie pozwolili Arnoldowi być Arnoldem, tylko na siłę tworzyli – w ich zamierzeniu – komiczne momenty, które były na tyle dziwaczne, że zamiast śmieszyć wprawiały widza w konsternację. 

6. „Poznaj moich rodziców”

Fanów komedii „Poznaj mojego tatę”, jak i osoby, które wybrały się do kin na to dzieło by się autentycznie pośmiać, czeka niestety wielkie rozczarowanie. Kontynuacja przeboju z 2000 roku jest niestety zdecydowanie słabsza od oryginału. Choć z założenia sam pomysł skonfrontowania obu rodzin wydawał się być czystym samograjem, to w tym przypadku scenariusz pełen jest słabych punktów, intryga nic nie wnosi, a liczba gagów może i jest duża, ale żaden z nich nie spełnia założonej roli. Najbardziej szkoda mi plejady gwiazd – u boku Roberta De Niro wystąpił Dustin Hoffman oraz Barbra Streisand. Z założenia miała to być lekka i zabawna komedia, prezentuje jednak dość specyficzny rodzaj humoru, który mało kogo jest w stanie rozśmieszyć.

7. Straszne filmy od 2 wzwyż

O ile pierwsza część była przełomowa jeśli chodzi o współczesne parodie, to reszta była niczym więcej aniżeli gwoździem do trumny całej serii, zanim na dobre się zaczęła. Może i początkowy zamysł na to, by parodiować wszystko ,co w danym momencie było popularne, był zacny, ale z biegiem lat wyczerpał się i stał się jednym wielkim filmowym śmietnikiem aluzji, do których trudno znaleźć jakikolwiek odnośnik. Plus poziom humoru zaczął osiągać dno dna. Szkoda, ze twórcy trzymali się zasady: więcej gagów, nieważne, że nieśmiesznych, ważne, by były.

8. „Zoolander”

Środowisko modeli i modelek. Zadufani w sobie kreatorzy mody. Brak jakichkolwiek zahamowań, a także mózgu u bohaterów. Zoolander, niby komedia… Mnie ta produkcja bardziej zdenerwowała aniżeli rozśmieszyła. Kolejny raz genialny koncept, został zmarnowany. Może komuś faktycznie się ten film spodobał, jak jednak na powtórny seans się nie zdecydowała.

9. „Ted”

Jestem świadoma, że posypią na mnie gromy od fanów tej produkcji, ale mnie zupełnie nie rozbawiła. Sam pomysł jest po prostu genialny – to opowieść o facecie, którego pluszowy miś z dzieciństwa ożywa, by wraz z właścicielem odbyć serię pieprznych przygód. I to by było niestety na tyle. Uwielbiam twórcę filmu za brak poprawności politycznej oraz przekraczanie granic dobrego smaku. Tutaj obiektami docinków byli Żydzi, grubi, chudzi, czarni, celebryci i politycy. Problem jest taki, że nie było to ani przez chwilę śmieszne. Z założenia miała to być komedia, a wyszło… sami wiecie najlepiej. Część wydarzeń wydaje się być zupełnie wyrwana z kontekstu, niepotrzebna i mało zabawna.

10. „Jeszcze dalej niż północ”

Koncept sam w sobie (jak wielu pozostałych przypadkach) wydaje się być znakomity. Naczelnik poczty trafia za karę w północny, mało popularny rejon Francji. W Bergues przyjdzie mu zamieszkać wśród miejscowych francuzów. Niby nic wyjątkowego, ale mówi się tam dziwnym dialektem, jada nietypowe potrawy, a jakby tego było mało… na miejscu jest koszmarnie zimno. Z założenia miała to być komedia pomyłek bazująca na wewnętrznych francuskich stereotypach. Okazała się jednak  żenująca na każdej z możliwych płaszczyzn. Produkcja dla nikogo. 

Stały współpracownik

Radiowiec z przypadku, filmowiec z zamiłowania. Dziecko Mensy i wielbicielka filmów klasy Z w jednym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?