TOP7 klasycznych komedii romantycznych na Walentynki

Wszystkie stoliki w restauracjach zarezerwowane? Wszystkie bilety do kina, na koncerty i do teatru wykupione? A może po prostu nie macie ochoty wychodzić w Walentynki z domu? Jeśli problem tkwi w tym, że nie macie z kim, bez obaw – na każdy wymieniony scenariusz mamy dobrą radę. Nawet kilka – to propozycje filmów idealnych do obejrzenia w ten weekend, solo lub w duecie. Sprawdźcie, jakie komedie romantyczne, powstałe na przestrzeni lat (i uszeregowane według dat), polecamy. Dajcie znać, co Wy dorzucilibyście do poniższego zestawu.

„Światła wielkiego miasta” (1931), reż. Charles Chaplin

Włóczęga Charlie (Charlie Chaplin) i niewidoma kwiaciarka (Virginia Cherrill) – jeśli nie wiecie, co może być wyjątkowego w tej miłosnej historii, podpowiadamy: to czarno-biały, niemy film. W dodatku mistrza Charliego Chaplina. Nie będziemy więc pisać o nic więcej, bo jeszcze zabrakłoby słów.

„Śniadanie u Tiffany’ego” (1961), reż. Blake Edwards

Tę adaptację powieści Trumana Capote’a z pewnością kojarzą nawet ci, którzy jej nie widzieli. Swoimi dwoma lepszymi połówkami są tutaj czarująca Holly (Audrey Hepburn) i pisarz Paul Varjak (George Peppard), mieszkający w tym samym budynku utrzymankowie. Nawet, jeśli nie wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia, ta perełka z pewnością przynajmniej Was zauroczy. Czym? Kotem imieniem „Kot”, diamentami, słynnym wykonaniem „Moon River”, zazdrosną kochanką, nieustępliwymi adoratorami, wiecznie udręczonym sąsiadem, sekretami z przeszłości… Dodajmy, że wszystko zostaje opakowane w subtelny humor, nieodparty urok i przewiązane rozbrajającą naiwnością – niczym upominek od Tiffany’ego.

„Annie Hall” (1977), reż. Woody Allen

Film przez wielu uznawany za najlepszy w dorobku reżysera. Jest tu, jak zwykle, spora dawka humoru, ironii i trafnych obserwacji społecznych; są, przede wszystkim, rozstania i powroty, trudne rozmowy, spotkania z potencjalnymi teściami, wyjścia do kina i na koncerty, antysemityzm, gra w tenisa, kłótnie i rozejmy, wyjazdy do Los Angeles, pająki w łazience i psychoanaliza… Nawet Marshall McLuhan. Nie bez powodu, w końcu komunikacja między tytułową Annie Hall (Diane Keaton) a Alvym Singerem, jak w każdym związku, odgrywa naprawdę ważną rolę. I, jak w każdym związku, nie przebiega bez zakłóceń. Jeśli jest coś, co chcielibyście wiedzieć o relacjach damsko-męskich, ale baliście się zapytać, odpowiedzi proponujemy poszukać w Nowym Jorku późnych lat siedemdziesiątych. 

„Kiedy Harry poznał Sally” (1989), reż. Rob Reiner

Ponadczasowa opowieść na równie ponadczasowy temat – czy może istnieć przyjaźń damsko-męska? A jeśli może, to jak długo? Cyniczny Harry (Billy Crystal) najchętniej połączyłby dział nekrologów z działem nieruchomości, książki czyta od końca, żeby poznać zakończenie, w razie, gdyby w połowie lektury umarł, z kolei związek to dla niego nieustanna próba kompromisu między słynnymi trzydziestoma sekundami a całą nocą. Perfekcjonistka Sally (Meg Ryan) składa zamówienia w restauracjach tak, że gubi się w nich każdy kelner, uważa, że wszystkie kobiety, nie wyłączając Ingrid Bergman w „Casablance”, myślą praktycznie i w bistro udowadnia, jak dobrze potrafią przed mężczyznami udawać. Tych dwoje spotyka się po raz pierwszy tuż po studiach, kiedy z Chicago wyjeżdżają do Nowego Jorku. W przeciągu dwunastu lat swojej znajomości razem z nimi przechodzimy od niechęci, przez przełamanie lodów, aż do platonicznej przyjaźni i… jej rzekomego kresu, czyli wspólnie spędzonej nocy. Co będzie dalej, nietrudno się domyślić. Ale trudno oprzeć się niewymuszonemu urokowi tej produkcji.

„Notting Hill” (1999), reż. Richard Curtis

Historii o niełatwym połączeniu dwóch zupełnie różnych światów powstało wiele, jednak ta, której bohaterami są nieufna Anna (Julia Roberts) i nieporadny William (Hugh Grant) podbiła serca nie tylko brytyjskich widzów. Najbardziej jaskrawym odcieniem w całej palecie specyficznego, angielskiego humoru jest oczywiście Rhys Ifans – wszystkim, którzy widzieli film, aktor już zawsze będzie się kojarzyć z nieokrzesanym współlokatorem głównego bohatera, Spike’em (pamiętacie scenę z paparazzi? Albo tę w łazience?). Właściciel niewielkiej księgarni i gwiazda filmowa – brzmi surrealistycznie? Oczywiście, że tak. Sam William dość często używa tego słowa, gdy w grę wchodzi jego romans z Anną (Spike używa znacznie innych słów). Szczypta surrealizmu w tym przypadku bynajmniej nie zaszkodziła.   

„Jak stracić chłopaka w 10 dni” (2003), reż. Donald Petrie

Temat dobrze znany – wojna płci. Tym razem w wykonaniu Andie (Kate Hudson), dziennikarki czasopisma dla kobiet oraz Bena (Matthew McConaughey), speca od reklamy. Obydwoje mają wysokie aspiracje, obydwoje decydują się także wstąpić na bardzo ryzykowną ścieżkę prowadzącą do osiągnięcia celu. Ona, żeby móc pisać na poważne tematy, musi stworzyć artykuł dotyczący wszystkich błędów, jakimi kobiety odstraszają od siebie mężczyzn – ma je popełniać osobiście i dokumentować, aż do momentu, gdy zostanie porzucona. On, żeby otrzymać lukratywne zlecenie kampanii diamentów, musi przekonać potencjalnego pracodawcę, że rozumie ich wartość, bo rozumie kobiety – ma więc rozkochać w sobie jakąś i być z nią przez określony czas, aby tego dowieść. Obydwoje muszą uporać się z zadaniem w dziesięć dni. I, oczywiście nieprzypadkowo, jedno trafia na drugie. Czy raczej – trafia kosa na kamień… Nawet, jeśli zdobywca Oscara jest już hen, daleko od tego rozdziału w swojej filmografii, nie musi się go wstydzić – to lekka, przyjemna i naprawdę zabawna opowiastka. Jasne, że wiemy, jak się skończy – nie o zakończenie tu przecież chodzi, lecz o rozmaite wyboje na drodze do happy endu.

„Kocha, lubi, szanuje” (2011), reż. Glenn Ficarra, John Requa

Komedia romantyczna, której główni bohaterowie to mężczyźni? Czemu nie, jeśli mają to być fajtłapowaty Cal (Steve Carell), playboy Jacob (Ryan Gosling) i trzynastoletni Robbie (Jonah Bobo). Z pierwszym żona chce się rozwieść, drugi nie narzeka na brak powodzenia u kobiet i wie, jak z niego korzystać, z kolei trzeci właśnie zakochał się po raz pierwszy (#najgorzej). Żeby było jeszcze bardziej skomplikowanie: Jacob ma pomóc Calowi odzyskać pewność siebie, ale sam nieco ją traci, kiedy poznaje córkę swojego podopiecznego. Twórcy udowodnili, że gdy w grę wchodzi historia o budowaniu lub odbudowywaniu damsko-męskiej relacji, nie każda scena musi spływać lukrem, nie w każdym dialogu trzeba uderzać w liryczne tony. Można się naśmiewać, można się bić, można się kłócić. Narracja o miłości może być i zabawna, i wzruszająca, i przekonująca. Przykład: reakcja bohaterki granej przez Emmę Stone na kaloryfer Ryana Goslinga zapewne niewiele różni się od tej, jaką ten widok wywołał w oglądających film kobietach. W dodatku odtworzenie słynnej choreografii z „Dirty Dancing” wypadło lepiej, niż cały sequel produkcji… 

Dziennikarz

Studentka czwartego roku Tekstów Kultury UJ.
Ze świata literatury najbardziej lubi powieści, ze świata muzyki - folk, ze świata kina - (melo)dramaty oraz indie. I Madsa Mikkelsena, oczywiście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?