31. WFF – Dzień 7: wizyta na Helu, brutalna Kolumbia i moralne dylematy

W siódmym dniu festiwalu ominęliśmy bardzo szerokim łukiem konkurs główny i przyjrzeliśmy się filmom z innych sekcji. Postanowiliśmy sprawdzić, co piszczy w polskim kinie, którego nie zobaczycie w Gdyni, oraz czy w Kolumbii robią dobre kino gatunkowe. Choć żadna z produkcji raczej złotymi literami się w historii nie zapisze, to każda prezentowała poziom co najmniej przyzwoity. Po tym dniu nasunęło się też jedno zasadnicze pytanie: dlaczego obie rodzime produkcje nie doczekały się jeszcze daty wejścia do powszechnej dystrybucji? Wszak ostatnimi czasy mogliśmy oglądać na ekranach filmy sporo słabsze pod niemal każdym względem. Jak na razie na to pytanie odpowiedzi brak. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że dystrybutorzy uwierzą w widzów i takim kinem się zainteresują.

Zacznijmy jednak od początku. Na pierwszy rzut poszła kolumbijska produkcja nosząca tytuł „Złe dni”. Film pokazywany jest w ramach sekcji „1-2”, w której prezentowane są pierwsze lub drugie filmy reżyserów (niekoniecznie młodych). Od razu trzeba zaznaczyć, że obraz w reżyserii Andresa Beltrana to kino niskobudżetowe i mające wszelkie znamiona tego, żeby być kinem bardzo złym. Pełno tu technicznych niedoróbek (nie wszystkie stylowe ujęcia są tak dopracowane jak powinny), średniego aktorstwa (chociaż aktorzy są podobno w Kolumbii znani) i niepohamowanego naśladowania innych twórców. Sama fabuła przypomina miks tego, co możemy oglądać w filmach Roberta Rodrigueza i braci Coen. Mamy dwóch tajemniczych bandytów, z których jeden w wyniku bójki zostaje ranny. Szukając pomocy, trafiają do posiadłości zamieszkiwanej przez Lucię oraz jej córkę Emilię. Okazuje się, że bandyci nie znaleźli się tam przypadkowo. Poszukują oni tajemniczego „Turka” – potężnego bossa, który jest w posiadaniu znaczącej fortuny w formie szmaragdów. Losy wszystkich postaci, które się w filmie pojawiają, zostają splecione w pełnym napięcia finale i jest zdecydowanie najlepszą częścią całego filmu.

3352_gl

Beltran próbuje swojemu filmowi nadać specyficzny, stylowy klimat. Z wymienionych wcześniej powodów nie do końca mu się to udaje. Uzyskuje za to, nie do końca świadomie, bardzo specyficzny campowy efekt, który ma swój urok (ach te kłęby cygarowego dymu). Same postacie i historia, choć epigońskie, skrojone są całkiem przyzwoicie. Najciekawsza wydaje się tutaj relacja między piękną Lucią a jednym z bandytów o imieniu Ramirez. Ona – wciąż uciekająca przed własnym losem, będąca w konflikcie z córką i szukająca ukojenia w alkoholu, on – tajemniczy i brutalny, ma jednak w sobie pewne pokłady dobroci. Na drugim planie zdecydowanie wyróżnia się Fernando – ojciec Emilii. To postać, która zachowuje się jak znany z „To nie jest kraj dla starych ludzi” Anton, tyle że cierpiący na ADHD. Fernando jest bezwzględnym zabójcą, który przemierza bezdroża swoim czerwonym samochodem i sypie ludowymi mądrościami i przypowieściami jak z rękawa. Szkoda, że jest to postać koszmarnie wręcz zagrana, bo zdecydowanie drzemał tu spory potencjał. Jeśli chodzi o samą tematykę, „Złe dni” nie zaskakują niczym nowym. Wałkowany jest tutaj tak lubiany przez Coenów temat banalności zła oraz samonakręcającej się spirali przemocy. Ciekawie prezentuje się za to muzyka, która z jednej strony uderza w latino blues rocka, a z drugiej w proste „pochłaniające” widza dźwięki. Podsumowując trzeba powiedzieć, że pomimo licznych braków „Złe dni” ogląda się całkiem nieźle. Trzeba liczyć na to, że Beltran nabierze trochę dojrzałości i stworzy swój bardziej indywidualny filmowy język.
„Złe dni”, reż. Andres Beltran – ocena MoviesRoom: 50/100

Malos-Dias--Fotogramas-24_905

Drugim filmem, na który padł mój wybór tego dnia, jest polski „Klezmer”. Film mający swoją światową premierę na Festiwalu w Wenecji, w Warszawie również pokazywany jest w ramach sekcji „1-2”. „Klezmer” to kolejny w ostatnich latach polski film sięgający po tematykę stosunków polsko-żydowskich w czasach II wojny światowej. Do tej pory temat ten nie był jednak na naszym podwórku dotykany w sposób tak bezpośredni. Zazwyczaj oglądaliśmy to z perspektywy chociażby innego pokolenia. Dziejący się w 1942 roku film Piotra Chrzana opowiada bowiem o grupie polskich chłopów, którzy podczas zbierania opału (a dokładniej szyszek) w lesie trafiają na ledwo żyjącego Żyda. Stawia ich to oczywiście przed trudnym pytaniem: co dalej?. Czy rannego należy wydać bezpośrednio Niemcom? A może schować się za plecami sołtysa i odebrać za „znalezisko” nagrodę? Pozostaje też opcja ratunku…

c559c0d1-6fd8-4239-8d20-c8850766c8e9_900x

„Klezmer” raczej nie spodoba się wszystkim tym, którzy osądzali od czi i wiary „Pokłosie” czy chociażby „Idę”. Obraz chłopstwa z tamtych czasów płynie raczej niewesoły. Zabobony (zwłaszcza na temat Żydów), plotkarstwo i egoizm to główne cechy bohaterów, których poznajemy. Zresztą pewna stronniczość i przerysowanie to chyba największa wada filmu, zwłaszcza na samym początku. Główni bohaterowie przypominają czasem postacie jakby żywcem wyjęte z bajki o złych i cwanych Polakach. Na szczęście z czasem sytuacja się poprawia. Pojawiają się kolejni bohaterowie, a wraz z nimi pewna zmiana i przebudowanie postaw wszystkich. Choć obraz Chrzana to kino z założenia minimalistyczne (kilkoro bohaterów, jedno miejsce akcji), to ma ono pewien emocjonalny ładunek i potrafi utrzymać widza w napięciu. Dzieje się tak głównie za sprawą ciekawie poprowadzonej historii, w której motywacje bohaterów doprowadzają ich do ciekawych, nierzadko zaskakujących punktów. Na plus można  policzyć świetnie napisane i iskrzące energią dialogi oraz fakt, że postacie kobiece są tutaj silne i mają realny wpływ na przebieg wydarzeń. Świetne jest też samo zakończenie historii – w nieoczywisty sposób kwituje motywacje i postępowanie bohaterów. Z kolei młoda obsada prezentuje się tutaj bardzo nierówno. Z jednej strony mamy świetne kobiety (Dorota Kuduk!) i nieco gorszych mężczyzn (najbardziej irytuje wyjęty jakby z innego porządku Kamil Przystał). Film zobaczyć warto, chociażby żeby sprawdzić, jak podejmuje trudny temat. Tylko czy długo będziemy musieli czekać na premierę w polskich kinach?
„Klezmer”, reż. Piotr Chrzan – ocena MoviesRoom: 65/100

HEL

Ostatni film wybrany siódmego dnia festiwalu to polski „Hel”, pokazywany w ramach sekcji „Wolny duch”, dla której ciężko znaleźć wspólny mianownik. Jedyne, co łączy filmy z tego konkursu, to podążanie własną ścieżką. Dużo tu kina niezależnego, idącego pod prąd. Nie wszystkie strzały są trafne, dlatego oglądanie filmów z „Wolnego ducha” to trochę gra w ruletkę. „Hel” to wedle opisu thriller. I faktycznie, początek filmu zaczyna się jak rasowy klimatyczny kryminał. Głównym bohaterem (a przynajmniej tak wydaje się na początku) jest Jack – amerykański scenopisarz znajdujący się w twórczym dołku. Przyjeżdża on jesienną porą na słynny polski półwysep w poszukiwaniu inspiracji. Do pomocy zostaje mu przydzielony Polak o imieniu Kail. Niedługo po przybyciu na pobliskiej stacji benzynowej dochodzi do bestialskiego morderstwa, w wyniku którego jedna z ofiar traci język. W tym momencie film zaczyna odbiegać od gatunkowych ram. Kluczowe wydawałoby się pytanie „kto zabił?” schodzi na dalszy plan. Zaczyna się wtedy zabawa. Zarówno z formą, jak i z oczekiwaniami widzów. Nie wszyscy dotrą do końca cało.

Film dwójki reżyserów, Katii Priwiezienciew oraz Pawła Tarasiewicza, to kino, które wielu odrzuci lub wręcz skłoni do wyjścia z sali. Wszystko dlatego, że główną inspiracją są dla nich filmy Davida Lyncha z lekkim dodatkiem Refna. Wszyscy ci, którzy mają uczulenie na „Zagubioną autostradę” czy „Blue Velvet”, powinni więc „Hel” omijać z daleka. Podobnie jak twórca Twin Peaks reżyserzy, odrzucając gatunek (choć nigdy nie jest to odrzucenie pełne), zaczynają kompletny odjazd. Z początku jest nieśmiało. Tu jakaś scena wrzucona jakby z innego dialogu czy porządku czasowego, tam nagranie z VHS. Wszystko to sprawia, że możemy się od pewnego momentu poczuć kompletnie zdezorientowani. Tym bardziej, że im bliżej końca projekcji, tym twórcy coraz bardziej popuszczają wodze fantazji. Finał to już totalne pójście w oniryzm, które zahacza nawet o kino gore. Co ciekawe, wszystkie te środki służą do opowiedzenia względnie prostej, acz stylowej (i okrutnej) historii (choć do tej konkluzji możecie dojść dopiero jakiś czas po seansie). „Hel” to również raczej nie spotykana w rodzimym kinie jakość od strony realizacyjnej. Zdjęcia mają specyficzny chłód i ziarno, a scenografia z pietyzmem oddaje realia lat 90. (wtedy dzieje się akcja). Jeśli dodać do tego dobre aktorstwo, to mamy przykład, że da się kręcić sprawne kino u nas. „Welcome to Hel” chciałoby się rzec.
„Hel”, reż. Katia Priwiezienciem, Paweł Tarasiewicz – ocena MoviesRomm: 70/100

Dziennikarz

Redakcyjny hipster. Domorosły krytyk filmowy, fan mieszaniny stylistyk i kreatywnego kiczu. Tępiciel amerykańskiego patosu i polskich kom-romów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?