31. WFF – Dzień 5: o pewnym dzięciole, kochankach i matczynej miłości

Piąty dzień przyniósł nam znacznie większą stabilność, jeżeli chodzi o poziom filmów, które wytypowaliśmy do przedstawienia. Zróżnicowanie zaś, jak zwykle, jest niemałe. Tak jak w dniu poprzednim, relację rozpoczniemy dokumentem, by potem ocenić kolejne dzieło związane z Serbią i jej przeszłością, dzień zaś zakończyć bardziej kameralnym, ale na swój sposób w podobnym stopniu gwałtownym konflikcie matki z córką.

Półwiecze Związku Radzieckiego zostawiło po sobie krwawe piętno. Nic dziwnego zatem, że do dziś roztrząsa się niezliczone wątki związane z kolejami losu na tamtych ziemiach. Godnym uwagi dziełem z tego zakresu jest dokument „Rosyjski dzięcioł”. Koncentruje się on na teorii wymyślonej przez ukraińskiego artystę performera, Fedora Alexandrovicha, twierdzącego, jakoby katastrofa w Czarnobylu bynajmniej nie była dziełem przypadku. Do tragedii miało rzekomo dojść przez znajdujący się tam kolosalny konglomerat radiowych masztów, zwany „rosyjskim dzięciołem”. Co może ujmować w „Rosyjskim dzięciole”, to bardzo profesjonalnie i wiarygodnie ukazane okoliczności dramatu rozgrywającego się w Czarnobylu. Twórcy wykonali to tak, że niezwykle trudno byłoby tutaj o obojętność. Ponadto sprawnie naświetlili temat na tle zbrodniczego systemu komunistycznego, by wreszcie na w ten sposób misternie przygotowanym terenie uderzyć swoimi najmocniejszymi i najbardziej kontrowersyjnymi teoriami, które nie miałyby takiej siły uderzenia, gdyby nie uprzednie ugruntowujące zabiegi. Razić może z kolei zupełnie niepotrzebna przesadna ekspozycja samego Alexandrovicha. Ukrainiec został zbyt mocno nakreślony jako heroiczny odludek, który na tle przeciwności losu pokazuje swą wielkość. Takie działanie może nieco odebrać wiarygodność bez wątpienia zasłużonej postaci, która zaczyna nieco pogrywać fałszywą pompatyczną nutą bohatera w stylu amerykańskim (co zresztą nie dziwi aż tak, w końcu twórca dokumentu, Chad Garcia, jest przecież Amerykaninem). I nawet dokonane na pewnym etapie filmu odbrązowienie performera nie usuwa do końca tego poczucia. Gdyby „Rosyjski dzięcioł” skoncentrował się mocniej na samych konkretach, zamiast drążyć zarys postaci Alexandrovicha, zyskałby znacznie więcej. Dlatego też trudno się oprzeć wrażeniu, iż dobry, choć nie rewelacyjny obraz Garcii otrzymał nagrodę za Najlepszy Dokument na ostatnim festiwalu Sundance w niemałym stopniu za sam temat.
Ocena Movies Room: 68/100

rosyjski dzięcioł
Następna pozycja ma o tyle ciekawy koncept, że ukazuje problem dotyczący szerszego spektrum społeczeństwa poprzez relację pojedynczych jednostek. Przede wszystkim należy pochwalić twórców za bardzo ciekawy i przy tym świetnie zrealizowany w tym kontekście pomysł odgrywania różnych ról przez te same postacie. „Słońce w zenicie” podzielone jest na trzy rozdziały, odległe od siebie o dziesięć lat (1991, 2001, 2011). Osią każdego z powyższych etapów historii jest relacja dwojga zakochanych, których dzieli przynależność do skonfliktowanych z sobą narodów (w każdą z par znakomicie wcielają się Tihana Lazović oraz Goran Marković). Znamienną kwestią jest przede wszystkim to, że każdy z rozdziałów uosabia w sposób chronologiczny odmienne stadium burzliwego związku, które odzwierciedla w pewien sposób serbsko-chorwacki konflikt. Wpierw tragicznie przerwana idylla, następnie nieumiejętność pojednania z powodu zbyt świeżych ran, aż wreszcie konfrontacja po latach, z pielęgnowanym przez długi czas żalem, lecz również chłodniejszym umysłem. Najważniejsza dla całości zdaje się być ta końcowa partia. Daje bowiem pewną nadzieję na to, że najgorsze lata mogą minąć na dobre. Wszystko jednak zależy od obu stron, jak to rozegrają. Warto w tym miejscu skonfrontować obraz, a szczególnie jego puentę, z recenzowaną przez nas „Ojczyzną”, która również poruszała się na podobnych wodach. „Słońce w zenicie” wygrywa właściwie pod każdym względem, bo nie dość, że zarysowuje problem znacznie mniej topornie i nieporównanie bardziej kreatywnie, to jeszcze ma zdecydowanie bardziej konstruktywne wnioski.
Ocena Movies Room: 82/100

słońce w zenicie
Dzisiejszy przegląd zakończymy „Krajem przodków” Senem Tüzen. Bohaterką filmu jest Nesrin, dochodząca do siebie po drastycznych zmianach w swoim życiu młoda kobieta, która przyjeżdża do domu zmarłej babki, by powrócić do dawnych niezrealizowanych marzeń i zająć się pisarstwem. Plany krzyżuje jej matka, która również dociera na tamto miejsce i staje się przyczyną twórczej blokady Nesrin. „Kraj przodków” jest szczerym i przez to także na swój sposób brutalnym pokazaniem tego, jak wielki niewidzialny mur może utworzyć się pomiędzy dwiema bliskimi osobami, jeżeli nie będą one pielęgnować swej więzi przez długi czas. Nesrin i jej rodzicielka żyją obok siebie, jednakże każda z nich egzystuje w innym świecie. Owe światy wyjściowo zupełnie się ze sobą nie pokrywają, co na dłuższą metę uniemożliwia wzajemne zrozumienie. Pojawiają się jedynie krótkie, przelotne chwile, w których kobiety przebijają się przez swoje paradygmaty, spotykając się w jednym miejscu, by ponownie być po prostu matką i córką. Jednak tak daleko posuniętego braku kontaktu nadrobić w takim czasie się po prostu nie da. Dlatego bohaterki koniec końców wykonują więcej kroków w tył niż naprzód, raniąc się nawzajem i osłabiając. Dzieło Tüzen jest gorzkim, a zarazem niezwykle prawdziwym i niczym nieprzekłamanym obrazem, który w wysmakowany sposób buduje dwa złożone charaktery, pozwalając im działać po swojemu do samego końca, co ostatecznie daje imponujący efekt.
Ocena Movies Room: 80/100

kraj przodków

Dziennikarz

Redakcyjny hipster. Domorosły krytyk filmowy, fan mieszaniny stylistyk i kreatywnego kiczu. Tępiciel amerykańskiego patosu i polskich kom-romów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?