• Zaloguj się
  • Zarejestruj
  • Połącz z Facebook
zajawka reklama

Spis treści

Kolejna edycja tego osobliwego festiwalu już za nami. I mówiąc za nami, mam na myśli, że skończył się trzy tygodnie temu, tylko pan dziennikarz licho gospodaruje czasem. Lepiej późno niż wcale. Nie mniej jednak po raz pierwszy miałem możliwość porównania z poprzednią edycją, a jest co porównywać. Co roku zmienia się odrobinę forma, co czyni każdą edycję wyjątkową. Jedynym punktem programu, który się nie zmienił to rozdanie nagród głównych (Czarnych Koni) w kategoriach za film, grę wideo, animację oraz videoclip. Oprócz tego dostaliśmy jeszcze szereg pomniejszych eventów, pokazów, koncertów, nocnych wernisaży i innych. Tak więc było co robić, nie na wszystkim zdołałem się pojawić, aczkolwiek była to kwestia wyboru poszczególnych wydarzeń. Program był ułożony dość litościwie, żaden z konkursowych pokazów się nie gryzł i na wszystkim można było się pojawić. Sam repertuar był niezwykle casualowy, wszystkie te powiedzmy trzy filary kultury czyli filmy, muzyka i gry, były rozłożone dość równolegle na każdy dzień trwania imprezy. Wychodzi to rewelacyjnie na tej zasadzie, że cały czas się coś działo. Jeśli ktoś był wtedy w Katowicach, to Czarny Koń szeptał mu do ucha "Lubisz gry? Spoko, wpadnij do nas na wernisaż, gramy cały dzień! Może muzyka? Nie ma problemu, jeden pokaz się właśnie skończył, ale kolejny jest za 20 minut niedaleko ciebie". Mnie akurat szeptać nic nie musiał, dobrze już wiedział, że najbardziej czekam na filmy, dlatego też na nich głównie się skupię. No, to zaczynamy od Czarnych Koni Filmu.

Ars Independent 2017 fot Michał Jędrzejowski 31Fot. Michał Jędrzejowski

Quality Time (2017, Daan Bakker)

Mój absolutny faworyt, dawno mnie tak żaden obraz nie zachwycił. Zawsze czuję się niepewnie, kiedy wystawiam filmowi 10/10, nigdy nie jestem pewien, czy faktycznie jest tego wart. Tutaj nie miałem jednak żadnych wątpliwości, stwierdziłem to już po samym bezruchu w jakim mnie trzymał ten seans, a zazwyczaj zmieniam pozycję co kilka minut. Quality Time to zbiór pięciu wątków, z czego każdy różni się od siebie diametralnie, pierwszy segment to po prostu buczące okręgi, do których dołączony jest tekst. Bazując na samym humorze (jest cholernie zabawny) i pomysłowości to już jest świetna produkcja, ale jeden aspekt wznosi ją na wyżyny jakości - przekład elementów narracji z gier wideo na język filmu. W drugim segmencie widać to najwyraźniej i chyba najlepiej będzie zobrazować to przykładem. Mamy scenę w długim, statycznym kadrze, który przypomina nieco planszę z gier Point & Click, gdzie nasz bohater podchodzi to do jednej, a to do drugiej postaci, które pełnią tutaj rolę powiedzmy takich NPC. Zamiast słuchać dialogów, czytamy je w postaci tekstu pojawiającego się nad głowami bohaterów. Nigdy nie widziałem, żeby to było zrobione tak dobrze, prostota wykonania i efekt końcowy sprawia, że faktycznie czujemy się, jakbyśmy oglądali grę wideo. Tym bardziej po prostu uwielbiam takie obrazowe kadry, w których nic nie sugeruje gdzie mam się patrzeć, ale dane jest nam tyle czasu w jednej scenie, że sami sobie zerkamy po ekranie na dalsze plany, wyszukując detali niczym w obrazach Pietera Bruegela. W tym segmencie tym bardziej, gdyż wszystkie postacie były dość daleko, więc trzeba było wytężyć wzrok, tym samym nieświadomie bardziej skupiając się na całości. I kiedy już myślałem, że ostatni wątek jest względnie zwyczajny i raczej mnie nie porwie, ostatnia solówka (no nie wyjaśnię tego żartu w tekście, wybaczcie) na gitarze po prostu tak mnie zmiotła, że śmiałem się z niej jeszcze przez tydzień. Mam szczerą nadzieję, że ten film będzie gdzieś dostępny i dane Wam będzie go obejrzeć, jest jedyny w swoim rodzaju.

quality timeFot. Materiały prasowe

Żegnaj entuzjazmie (2017, Vladimir Duran)

Jedyny festiwalowy pokaz, który wzbudził we mnie mieszane uczucia. Przede wszystkim ma trudną w odbiorze formę, mija trochę czasu, zanim widz się z nią zasymiluje. Tym bardziej, że całość trwa niespełna 80 minut, więc zanim wstrzelimy się w seans, to już powoli się kończy. Specyfika realizatorska polega tutaj na naprawdę wąskim kadrze. Tak wąskim, że nawet Wąski się oburzył. I jego mafia też. Dodać do tego mnogość zbliżeń i chaos w oczach gwarantowany. Te zabiegi akurat faktycznie tutaj pasują do fabuły filmu, aczkolwiek (przynajmniej ja) potrzebowałem czasu, żeby zaangażować się w tę zamkniętą przestrzeń domowego ogniska. Czasu, którego oczywiście nie miałem, ponieważ sporo się dzieje. Kolejnym aspektem, który nie dawał mi spokoju, to mój brak jakiegokolwiek pojęcia o strukturze tego domostwa. Lubię mieć w głowie jakiś szkielet budynku, w którym przez dłuższy czas dzieje się akcja w filmie. Wiem, że to dość subiektywne czepianie się, ale całość jest już i tak nieco chaotyczna, więc chciałem mieć punkt oparcia chociaż w tym. Oprócz jednej długiej sceny, gdzie powiedzmy, że pokazano mi jakiś przekrój budynku - nie wiedziałem co gdzie jest, względem czego. I sama historia jest ciekawa i bohaterowie naturalnie przedstawieni i chciałbym w to wszystko  zaangażować się już od samego początku, tak więc jeśli dane mi będzie natknąć się na tą argentyńsko-kolumbijską produkcję, to chętnie obejrzę ją raz jeszcze.

entuzjazmFot. Materiały prasowe

Posmak tuszu (2016, Morgan Simon)

Jeśli jakiś film nie radzi sobie z poprawną budową postaci, to nie powinien w ogóle zawracać mi głowy i nauczyć się paru rzeczy od Morgana Simona. Tutaj budowa bohaterów opiera się w 90% na relacjach między nimi. Można powiedzieć, że to taka ekspozycja z pierwszej ręki, działa to na tej samej zasadzie jak poznajemy kogoś w rzeczywistości. Nie liczy się to, co dana osoba mówi o sobie, tylko cała reszta - jej zachowanie, podejście do innych itd. Ten film zrobił dokładnie to samo, odkrywając swoich bohaterów głównie przez sytuacje, w których się znajdują i relacje między nimi. I wydaje mi się, że właśnie ten aspekt sprawia, że jest to pozycja wyjątkowa, ponieważ ani fabuła, ani forma w żaden sposób nie jest innowacyjna, zdołali jednak wycisnąć z niej ile się dało. Nie ma tu postaci dobrych, czy też złych, każda jednak intryguje i z zaangażowaniem śledzimy ich losy. 

posmak tuszuFot. Materiały prasowe

Cierpkie mleko (2017, Hubert Charuel)

W zasadzie nie za wiele można o nim napisać, po prostu sobie ten film był. Jest definicją poprawnie opowiedzianej historii, która ma ręce i nogi. Technicznie bez zarzutów. To dobra produkcja i właściwie tyle. Muszę się jednak nie zgodzić z przedmową kuratorki, moim zdaniem krówki nie były tutaj głównym bohaterem. Nawet główny bohater nie był głównym bohaterem. Wydaje mi się, że na pierwszym planie jest jego relacja ze swoim stadem i to, jak przywiązany jest do każdej z krówek. W każdym krytycznym kamieniu milowym fabularnym to właśnie ta relacja była motorem napędowym kolejnych wydarzeń i właściwie wszystko się wokół niej kręciło. Wysnułem tę teorię gdzieś na początku seansu i gdzieś w połowie jedna linijka mi ją potwierdziła. W momencie, gdy przyjechał ten jakiś tam cały spec z komisji do spraw zwierząt pod właściwie fałszywym alarmem, poszedł naszemu bohaterowi na rękę tłumacząc, że "to jest oczywiste, on jest rolnikiem, wiadomo, że za bardzo się tym przejmuje". Koniec końców jedno tej produkcji trzeba przyznać - całkiem dobrze sprzedaje z pozoru nudną tematykę. Nie znam się kompletnie na rolnictwie, ale wszystkie jej niuanse (a to, że wapno używamy tu, że badania okresowe tam) przybliża mi w sposób zrozumiały. Tym bardziej, że tempo jest rewelacyjne, więc wszystko przyswajamy idealnie. Cierpkie mleko raczej każdemu się spodoba, aczkolwiek mało kto wywyższy go do poziomu "mojego ulubionego wszech czasów".

cierpkieFot. Materiały prasowe

Serce miłości (2017, Łukasz Ronduda)

Ten akurat będziecie mieli okazję zobaczyć w polskich kinach gdzieś na początku grudnia. Uważam też, że powinniście. Chociażby dla samej estetyki, na której wysoki poziom rzadko można u nas liczyć. Serce miłości natomiast, trafił w punkt, nie tylko kolorystycznie, ale też na płaszczyźnie scenografii i kompozycji kształtów. Zwłaszcza to ostatnie, mój znajomy przyuważył to w scenie, która chyba najlepiej odda to, o czym mówię. Mamy na ekranie (nie kinowym, już w kadrze, na takim telebimie małym) podczas wernisażu łysą postać Bąkowskiego, po czym podchodzi do niego łysa postać Zuzanny, kładąc na ekran z Bąkowskim okrągły kieliszek wina. W tym momencie jest taki swoisty przepych jednego kształtu, co jest motywem, który dość często się przewija przez cały seans. Sam też zauważyłem taką fascynację czy nawet fetysz kształtu czaszki, który bardzo mi się podobał. W sumie sam producent powiedział po seansie, że prawdziwa Zuzanna (którą Wasilewska w filmie portretuje) jako jeden z elementów, na który zwracała uwagę przy poszukiwaniu aktorki, był właśnie kształt czaszki. Co akurat po tym, jak zobaczyłem jej portret (i Bąkowskiego) w tym filmie, wydaje mi się absolutnie sensowne. To jest takie w ogóle polskie Die Antwoord, bo już nie wiem, z czym mi się to bardziej kojarzy. Sama sztuka nowoczesna w obrazie przedstawiona jest (przynajmniej dla mnie, laika w temacie) w sposób, który może bawić, wydawać się niedorzeczny, ale też mamy świadomość, że mamy do czynienia z jakąś tam właśnie formą sztuki i ekspresji za jej pośrednictwem. To chyba taki idealny balans pomiędzy "przecież to jest głupie, typowa sztuka i losowe głupoty", a jakimiś właśnie pseudozachwytami i nadinterpretacją. Już za sam ten aspekt i sposób, w jaki ten film go uchwycił, zasługuje on na uwagę. Dodać do tego sferę wizualną i mamy autentycznie ciekawe dzieło. Łukasz Ronduda (reżyser) wydaje się rozumieć całą tę otoczkę na tyle dobrze, że jest nam (widzom) w stanie opowiedzieć ją w taki sposób, że raczej nie obrazi koneserów, ale też i zachęci amatorów.

Ars Independent 2017 fot Michał Jędrzejowski 58Fot. Robert Jaworski

Symulacja (2017, Abed Abest)

No cóż, z przykrością stwierdzam, że tego akurat nie zdołałem zobaczyć. Zdążyłem jedynie na spotkanie z reżyserem, który mówił o inspiracjach i porównaniach do Dogville. Dodał również, że sporo czerpał z gier, z tytułów wymienił GTA V, oraz Watchdogs, co tylko mnie bardziej zabolało, bo aż byłem ciekaw efektu tych nietypowych inspiracji. Klątwa tej produkcji prześladowała mnie chyba do końca festiwalu, nieustannie napotykałem się na jej reżysera. Tu się z nim minąłem przy wejściu do toalety, tam się z nim zderzyłem przy wejściu na inny seans. Zacząłem dochodzić do wniosku, że on wie. Wie, że nie widziałem jego Watchdogsville V. Liczyłem też, że akurat ten film nie wygra, czułbym się wtedy jak idiota robiąc reportaż bez uwzględnienia wygranego filmu. To tak jak wrócić z Cannes i napisać "fajnie było, ciekawe czy ten The Square faktycznie taki dobry". Tak czy inaczej, Abed, wybacz, jak będzie okazja to nadrobię.

symulacjaFot. Materiały prasowe

Raz jeszcze pełna lista wzsystkich laureatów oraz zwycięzcy festiwalu w kategorii Czarny Koń filmu

  • Quality Time (2017, Daan Bakker)
  • Żegnaj entuzjazmie (2017, Vladimir Duran)
  • Posmak tuszu (2016, Morgan Simon)
  • Cierpkie mleko (2017, Hubert Charuel)
  • Serce miłości (2017, Łukasz Ronduda)
  • Symulacja (2017, Abed Abest)

 

Wiesz, co z tym zrobić


Patryk Sławicki

Patryk Sławicki

Stały współpracownik

O mnie:

https://www.facebook.com/nocnefilmowanie/ |....| http://www.filmweb.pl/user/pestowsky |....| i tyle.


Więcej informacji o:

Wypowiedz się na ten temat...
Zaloguj się poprzez
albo skomentuj jako gość
Wczytywanie komentarza... The comment will be refreshed after 00:00.

Skomentuj jako pierwszy

MOVIES ROOM POLECA

Powiązane Publikacje

Related Articles

Najnowsze Wiadomości

Polub nas


© 2016 MOVIESROOM.PL · Wszystkie prawa zastrzeżone · Korzystanie z serwisu jest równoznaczne z akceptacją regulaminu.