Advertisement



Czarne bractwo. BlacKkKlansman – przedpremierowa recenzja nowego filmu Spike’a Lee!

Po latach twórczych niepowodzeń i bezpowrotnie traconych szans już chyba nikt nie wierzył w artystyczną przenikliwość Spike’a Lee. Jego Czarne bractwo. BlacKkKlansman mimo pokazów w Cannes omijane było początkowo jak najszerszym łukiem, by po pierwszych seansach okazać się największym filmowym zaskoczeniem festiwalu. Spike Lee, artystowski samowyklęty, w końcu wrócił na właściwe tory i ponownie zrobił, co należy. I mimo znacznie mniejszej dawki subtelności niż te 30 lat temu, wychodzi obroniony bardziej niż sam prawdopodobnie się spodziewał.

Czarne bractwo. BlacKkKlansman działa tak dobrze dlatego, że okazuje się obrazem  złożonym w kontekście intencji. Opowiadając o rasistowskich prześladowaniach i przeszłym ideologicznym zezwierzęceniu Stanów Zjednoczonych jednocześnie w całości trzyma się na uzasadnionej popkulturowej nostalgii. Nostalgii do wytapirowanych włosów, śledczych akcyjniaków klasy B czy kolorowego disco wypychającego powoli ciągnące się pod stopami boogie. Wprawiając w moralny dyskomfort Spike Lee składa niemalże laurkę czasom minionym, których nigdy nie było, czasom nigdy niezaznanej sielanki i hedonistycznie bezpiecznego flower power, które portretowanej mniejszości przytrafiła się jedynie z drugiej ręki, w dedykowanej telewizji czy zamkniętych nocnych klubach. Nie jest to jednak pusta, popularna ostatnio taniutka nawiązaniówka w stylu pełnometrażowego Kung Fury czy Player One. W Czarnym bractwie. BlacKkKlansman czuć jak Spiky „Joint” Lee to człowiek swoich czasów, który mruga do widza z odmętów swojej kulturowej świadomości, który nie tylko stanowi żywy symbol powietnamskiej afroamerykańskiej mentalności, ale jest też człowiekiem, który przeniknął z niewygodnym rasizmem do światowego mainstreamu. Jego najnowszy film jest więc nawet konstrukcyjnie oparty na blaxsploitationowej standardowej formule, w której dwie klasyczne sylwetki zostają postawione w konkretnych kryminalnych okolicznościach, dopychając uroczo niezręczne klisze na każdym kroku, co, zaskakująco, wypada w Klansmanie całkiem odświeżająco.

Czarne bractwo. BlacKkKlansman

Fot. materiały prasowe

Policyjny duet Adama Drivera i Johna Davida Washingtona stanowi tu ekwiwalent międzyludzkich przepychanek społeczności genialnego Rób, co należy. Tak jak tam wiecznie wypoczęty humor odzwierciedlał przemiany bulgoczącego rasowego amerykańskiego kotła, tak w Czarnym bractwie staje się panicznym rasistowskim chichotem, zasadzającym się na wzajemnym strachu przed nieobliczalną naturą ”tych drugich”. Chociaż w swoim filmie wystrzega się wszystkiego co potencjalnie pozbawiłoby Klansmana rozrywkowej bezpretensji, Lee w tajemnicy kreśli społeczny portret nienawiści wyłuszczając zakompleksienie i lęk niezrozumień Stanów Zjednoczonych. Jego najnowszy film przekazem nie wchodzi może na subtelne tony poprzedników, ale tworzony jest z wyjątkowego poczucia obowiązku, z palącego w sercu rozgoryczenia, zatrważającego odnajdywania przeszłych tendencji. Kiedy na ekranie pojawia się prawicowy ekstremista nawołujący do wyrzucenia mniejszości za mur, sala reaguje gromkim śmiechem na Driverowe „Przestań, on nigdy nie mógłby zostać prezydentem”. Wystarczy jednak popatrzeć po kinowych sąsiadach, żeby dostrzec to kiełkujące ziarno przerażenia; to samo, które trzydzieści lat temu dało Lee wstęp do wielkiego Hollywood podnosząc w końcu żywą, nigdy nieodbytą dyskusję. Dziś może być już niestety za późno.

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?