Des – recenzja mrożącego krew w żyłach miniserialu HBO!

„Czemu ich zabiłem? Miałem nadzieję, że to wy mi powiecie” – wyznaje Denis Nilsen, seryjny morderca, o którym opowiada najnowszy serial łączący siły HBO i Sky UK. Pytanie to zostało zadane ustami Davida Tennanta, który w trzyodcinkowej serii prezentuje tour de force swojej dotychczasowej kariery. Wprawdzie seriale, również te dokumentalne, na podstawie poczynań i biografii morderców to nic nowego, ale skromność oraz brak aranżacyjnej popisówki czynią z tej akurat produkcji jeden z najsilniejszych thrillerów małego ekranu ostatnich lat.

Jak głosi plansza już na początku pierwszego epizodu – jest to opowieść oparta na prawdziwych zdarzeniach, a sprawa Nilsena została bardzo dobrze udokumentowana. Kontekst reportażowy, czyli urywki oraz scenki codziennego życia Londynu, odbębniony zostaje w kilka sekund, a smutna konsternacja, że to właśnie lata 70. i 80. zrodziły największych zwyroli tego świata, zostaje umocniony, na szczęście bez silenia się na socjologiczną analizę. To nie ta bajka – tutaj szybko przechodzimy do sedna. Żadnych zabaw w kotka i myszkę ze śledczymi, żadnej zagadki w stylu komiksowego Riddlera albo książkowego Zodiaka – potworność, jakiej się dopuścił morderca, ujawniona zostaje od razu. I podobnie jak detektyw Daniel Mays zostajemy wrzuceni w sam środek makabry, która relacjonowana jest chłodno, ale drobiazgowo przez Nilsena. Pomimo tego, że Tennant aktorsko błyszczy jak milion dolarów, na pierwszy plan wysuwają się tutaj ludzie, którzy są skonfundowani łatwością, z jaką przebiega śledztwo. To nie powinno być takie łatwe, powtarzają wszyscy. I właśnie dlatego jest tak przerażające.

Całość obserwujemy z trzech perspektyw – prostodusznego, ciągnącego sprawę do końca policjanta, seryjnego mordercy oraz pisarza, który ma zamiar stworzyć obiektywną biografią. Serial, podobnie jak wymarzona książka, daleki jest od eksponowania czynów Desa (tak każe wołać na siebie morderca). Przypomina to trochę tezy, które nawiedziły Łukasza Orbitowskiego podczas reasearchowania Innej duszy – tego typu bestialskie czyny są irracjonalne, morderca zazwyczaj wygląda i zachowuje się jak zwykły człowiek, a jego intencje są niepoznawalne. W pewnym momencie porzucone jest zarówno przez autora książki, jak i narrację serialową, grzebanie w młodości psychopaty. Pozostają tylko pytania i czysta kartka, którą zapiszemy sami po seansie. Zło po prostu sobie jest, trzeba skupić się na jego powstrzymaniu, a nie zrozumieniu.

Des to serial, który wparował na małe ekrany nieproszony, niczym skromny brat wszystkich tych mieniących się procedurali albo tworów typu Mindhunt. Niepotrzebny jest tutaj David Fincher ani gęsta atmosfera, a najbardziej przerażająca wydaje się zwyczajność. Morderca, który przypomina urzędnika lub mężczyznę witającego nas w okienku bankowym. Metodycznie, powoli, sprawdza, czy ze społecznego punktu widzenia psychopata może być ważniejszy od ofiary. David Tennant, który w jednym z wywiadów wspominał, że cieszy się, iż przyszło mu grać Desa dopiero, gdy ten prawdziwy zmarł, rozumie najlepiej i swoją postać, i implikacje przyniesione przez tę produkcję. Najbardziej przerażający jest bowiem nie ten, co krzyczy i wymachuje linką do duszenia, ale ten, który siedzi cicho w kącie i szepcze: sprawdzam. Wśród tych wszystkich rozkrzyczanych psychopatów Nielsen prezentuje się tak jak produkcja HBO – niekrzykliwie, ale z tego powodu jego zimne oczy tylko bardziej mrożą krew w żyłach. I chociaż wyraźnym minusem jest poczucie, że ta historia zasługiwała na więcej uwagi niż dały mu trzy odcinki, to wciąż jedno z największych zaskoczeń serialowych tego roku.

Redaktor

Z wykształcenia polonista i kulturoznawca. Stworzyły go filmy, może go też zabiją.

Więcej informacji o
, , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?