Księga miłości – recenzja filmu o szesnastolatce na tratwie

Po tytule można by oczekiwać jakiejś pięknej historii miłosnej. Nic bardziej mylnego – Księga miłości jest niezaprzeczalnie piękną opowieścią (no, przynajmniej bardzo ładną), ale romantyzmu tu ze świecą szukać. Ani reżyser, ani scenarzysta, ani nawet aktorzy nie należą do czołówki – prawdę mówiąc, nazwiska, o których mówią napisy końcowe, nie obijały mi się wcześniej o uszy zbyt często. Ale czy mimo to udało się stworzyć przyzwoite dzieło? Tak! Choć nie jest to film idealny, mogę śmiało przyznać, że seans minął mi bardzo przyjemnie.

https://www.youtube.com/watch?v=MfV5FLea1PY

Henry jest architektem w dużej firmie. Jego dzień jest zaplanowany od początku do końca, facet już dawno wpadł w rutynę. Cały szyk życia Henry’ego w jednej chwili się burzy – kiedy ten dowiaduje się, że jego żona zginęła w wypadku samochodowym. Tragizmu sytuacji dodaje fakt, że była w ósmym miesiącu ciąży. Mężczyzna natychmiast przestaje pracować, zamyka się w domu i w samotności przeżywa żałobę… no, przynajmniej do chwili, gdy poznaje włóczącą się po okolicy szesnastolatkę. Choć ich relacja na początku nie jest szczególnie przyjazna, za sprawą pewnych wydarzeń Henry zostaje zobowiązany, by jej pomóc. Ale w czym pomóc, spytacie – ano, przy budowie tratwy, którą będzie mogła przepłynąć Atlantyk. I choć brzmi to nieco absurdalnie, fabuła jest całkiem przyzwoita. Ale nie tylko fabuła! Przyzwoita jest również narracja, która opowiada tę historię bez większych zgrzytów w taki sposób, że nie sposób oderwać się od ekranu. No, może czasami, bo nudne fragmenty się niestety pojawiają. Ze zbędnymi przedłużeniami mamy do czynienia, ale na szczęście niezbyt często.

Mieszane uczucia mam do nastolatki – Millie. Dziewczynę niby da się lubić, ale przychodzi to z trudem, a jej postać jest jakby żywcem wyciągnięta z poradnika scenarzysty dla ubogich. Przypomina tysiące innych „zbuntowanych” nastolatek, z jakimi mieliśmy już do czynienia wiele razy i odnoszę wrażenie, że jest przerysowana aż do przesady. Nie można tego jednak powiedzieć o Henrym – Jason Sudeikis sprawdził się w jego roli znakomicie, prezentując nam zaskakującą transformację ze zmanierowanego korpoludka w szalonego, wręcz dzikiego faceta preferującego życie typu „raz koza śmierdzi”. Z kolei drugoplanowe postacie zostały napisane poprawnie, ale bez szczególnych zachwytów. 

ksiegailu
Historia, pomimo tego, że nie najgorsza, w pewnych momentach cierpi na ogromną przewidywalność. Pojawiają się również fragmenty, w których nastolatka dzieli się z nami filozoficznymi przemyśleniami na temat życia… i cóż, nie wiem, czy twórcy osiągnęli zamierzony efekt, bo ani to szczególnie nie wzrusza, ani nie daje do myślenia – tak samo jak postać bohaterki, momenty te są po prostu nijakie. Spodobał mi się za to sposób, w jaki została ukazana relacja architekta po tragedii rodzinnej i sarkastycznej Millie. Nie można tu mówić o niewyobrażalnie ogromnej miłości przypominającej tę ojcowską, ale bohaterów łączy bardzo fajnie wyważona przyjaźń – taka bez nadmiernego patosu i niewyobrażalnych poświęceń.

Podsumowując, bawiłem się przy Księdze miłości bardzo dobrze. Jestem w stanie polecić ten film każdemu, kogo interesują tego typu obyczajowe opowieści – bez przysłowiowych wybuchów i pościgów, ale przyzwoicie opowiedziane, z ciekawym głównym bohaterem. 

Ilustracja wprowadzenia i pełnego tekstu: Materiały prasowe

Stały współpracownik

Fan Tarantino, Kubricka i Kazika. Autor "Kalesonów Sokratesa". Jedyny członek redakcji urodzony w XXI wieku.

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?